Nie minął ledwie miesiąc od Aten, a niezbadane wyroki fortuny (wsparte dodatkowo promocyjnymi cenami biletów lotniczych) skierowały mnie do Sztokholmu.
Krótki odstęp między jednym a drugim, sprawił, że lecieć mi się strasznie nie chciało. Spokojny weekend w domu mocno kusił, wizja leczenia lekkiego podziębienia za pomocą słodkiego lenistwa wydawała się arkadią. Ale pomyślałem – nie można być pipką. Jak pomyślałem, tak zrobiłem. Sztokholmie – here I come :-)
Wyprzedzając wszystko – oczywiście decyzji nie żałowałem. Miejsce okazało się świetne, kto wie czy nie lepsze od Aten i innych miast. Pogoda oczywiście nie rozpieszczała, był koniec marca i aura dostosowała się do pory roku - bez czapki dawałem radę ale bez rękawiczek już nie. Słońce jednak pięknie świeciło i do Polski wróciłem czerwony od niego i morskiego wiatru który niezmiernie kąsał mnie cały czas. Czasami padał deszcz ale śnieg, który widziałem zaraz po przylocie na ziemie szwedzką, zniknął bardzo szybko. Myślę, że gdybym był tam latem, ogólne wrażenia byłyby jeszcze lepsze.

Sztokholm to miasto piękne. Typowa Skandynawia, a więc wzorowy porządek na ulicach, spokój, schludnie, czysto. Do tego dodajmy chłód, przede wszystkim taki wynikający z aury, ale także i ten tworzony przez zdystansowanych tubylców i mamy mniej więcej dobry obraz całości. Oczywiście, ten region Europy, od wieków omijały jakiekolwiek wojny, więc liczba zabytków i ich stan zachowania musi szczerze imponować. To co jednak utrzymało się przez wieki, było często niszczone przez pokojowo nastawiony szwedzki socjalizm - udało się na szczęście powstrzymać najbardziej szalone plany. Gamla Stan, czyli tamtejsze „stare miasto” zachwyca. Wszystko dobrze utrzymane, wąskie uliczki, piękne kamienice reprezentujące kilkaset lat historii Szwecji, tajemnicze zaułki – to wszystko tam jest.

Co ważne, to autentyzm miejsca, bo ludzie tam żyją na codzień, istnieją nie tylko sklepy z pamiątkami, restauracje, bary czy małe galerie sztuki, ale i np. zakłady szewskie oraz inne przejawy ludzkiej aktywności, także tej bardzo prozaicznej. Można skręcić w bok od głównej wybrukowanej uliczki, by po chwili trafić w miejsce zupełnie puste, pozbawione ludzkich tłumów – tych zresztą w Gamla Stan, tak naprawdę, nigdy nie uświadczysz. Starówka jest, ma się przynajmniej takie wrażenie, nieco z boku miasta i wielkomiejski zgiełk omija ją bokiem.

Miasto położone jest na wyspach. W centrum jest ich kilka i co ciekawe, każda z nich reprezentuje nieco inny styl zabudowy. Gamla Stan – stare miasto, jest jedną z nich. Inna wyspa zabudowana w drugiej połowie XIX wieku, to istny Paryż, czyli duże, bogate kamienice, szerokie trakty i ogólny klimat dobrze prosperującego ośrodka miejskiego. Na Djurgarden znajduje się Skansen, czyli pierwowzór wszelkich muzeów umieszczonych na „świeżym powietrzu”. W tym zresztą byłem i cóż mogę powiedzieć. Świnie łażące po błocie, kury łażące po błocie, kaczki łażące po błocie... Jakaś rewelacja to więc nie była, ale to może efekt tego, że podobnych widoczków w Polsce nam nie brak? Inna wyspa – Soder, to nieco nasza Praga, czyli cwaniakowo, zabudowana mniejszymi, wyraźnie biedniejszymi kamienicami, gdzie niegdyś mieszkała robotnicza część Sztokholmu. Z kolei malutka Kastelholmen kusiła spacerami, kiedyś to była baza marynarki wojennej, a obecnie składa się z parku i deptaka dookoła. I tak dalej i tak dalej – nawet wyspy turystycznie "nudne" miały coś w sobie.
Dla mnie chyba najważniejsze było to, że wszędzie dookoła... było morze! No bo jak wyspy to i woda musi być. W Sztokholmie wody było dużo i to tej najlepszej, czyli słonej. W miasto wdziera się morze, jest ono wszędzie, kanały i mosty to chleb powszedni. To nie jest Wenecja, gdzie kanałem nazywa się brązowy ściek szerokości metra. Tutaj to słowo oznacza szeroki pas wody po którym pływają statki żeglugi morskiej, a wszystko liczone w setki, setki metrów. Robi to wrażenie kolosalne, bo tak naprawdę wszędzie czuć jego obecność, wszędzie jest woda i nie jest ona jakimś nieproszonym gościem, nie jest wroga ludziom, jest integralną częścią całego systemu. Nic dziwnego więc, że mimo surowej pogody, godziny długie spędzałem nad jego brzegiem, zaś moje ulubione miejsce to wyspa Riddelholmen, niewielka i choć położona w samym centrum, czasem miałem wrażenie, że jest tylko i wyłącznie dla mnie.

Sztokholm to jednak nie tylko piękne kamienice, nie tylko stare miasto, nie tylko Grand Hotel i inne miejsca znane ze swych związków z Nagrodą Nobla. Szwecja to także socjalizm i jego ślady widać w architekturze, szczególnie w samym centrum. Znajdziemy tam nieco szarych, paskudnych budynków wybudowanych w latach 60-tych, które przypominają nam, że mimo wszystko jesteśmy w państwie, które „wie lepiej” od swoich obywateli, a przy okazji zabiera im 80% wypracowanych dochodów w imię ekonomii równości i dobrobytu. Szczególnie to ostatnie sprawia, że przekrój etniczny wygląda jak wygląda. Większość to emigranci, zaś prawdziwi skandynanowie są w mniejszości. Spotkać na ulicy nordyka to tak jak u nas spotkać na Nowym Świecie osobę ubraną w strój ludowy rodem z Cepelii – szansa niewielka.
Nie byłbym sobą gdybym nie wybrał się na stadion. Wybór padł na AIK Solna Sztokholm, który swoje mecze rozgrywa na Rasundzie. Jak zawsze już, przynoszę pecha gospodarzom i oglądam kolejny remis! Kibicowsko jednak byłem pod sporym wrażeniem, może nie był to poziom Olimpiakosu ale szwedzka żywiołowość zaskoczyła mnie bardzo. Przed meczem szara (socjalistyczna!) dzielnica Solna i okolice samego stadionu są opanowywane przez kibiców. Rozliczne puby pękają w szwach, ścisk w piwnych ogródkach nie do opisania, wszędzie śpiewy, krzyki i tysiące pijanych tubylców. Policja bardzo spokojna, chociaż skuteczna – przeszukuje plecaki nieletnich i na ich oczach wylewa ich zawartość na bruk. A dodać trzeba, że wszelki alkohol jest tam bardzo drogi i widok wylewania puszki piwa musi boleć wyjątkowo. Kolejki do kas i wejść duże, stadion o pojemności ponad 30 tysięcy miejsc, zapełnia się w 100%. Doping bardzo dobry, kibice gości (Kalmar FF) obecni w dużej grupie, sam brałem nawet udział w pokazie ultras AIK, rzucając w górę confetti. Wszystko mogło się bardzo podobać, jedyna wada to... temperatura, mimo iż świeciło słońce, wyszedłem z Rasundy zamarznięty w połowie (to na szczęścia była moja gorsza połowa).
Poniżej kilka filmików z tego meczu. Znowu siedziałem wysoko i kolejny raz miałem wrażenie, że jeden krok i wpadam w objęcia bliżej mi nieznanych piłkarzy obu drużyn:
O jedzeniu nie ma co wspominać – pamiętam jednak, że to tam właśnie jadłem najdroższe parówki w życiu. Smak nie pozostawał wątpliwości – to musi być robione z papieru toaletowego.
Nocleg to był bajkodramat. Bajka bo klimatycznie było niezwykle, spałem bowiem na ... zacumowanej barce. Statek nieźle utrzymany, chociaż „pokój” baardzo mały, a było to czteroosobowe (sic!) dormitorium. I tu zaczyna się dramat, bo spanie w takiej ciasnocie, na górnej „koi” nie należy do szczególnie przyjemnych. Całe szczęście, że bywały noce gdy pokój był pusty lub prawie pusty i wtedy można było nieco odpocząć. Poranny prysznic w łazience też był ciężkim wydarzeniem, woda leciała ciepła ale dookoła było coś poniżej zera stopni, a przypominam, że się wybrałem tam już z własnym, prywatnym wirusem trawiącym moje trzewia.
Wszystko to jednak sprawiało, że tym bardziej, wychodziłem wcześnie a wracałem bardzo późno i zwiedziłem miasto naprawdę "dogłębnie". Mimo, że poznałem je dobrze, ciągle mam ochotę pojechać tam ponownie – ale wtedy gdy jest tam jednak cieplej :-)
