
W Irlandii zasiedzieli się moi najlepsi przyjaciele, więc weekendowy wyjazd do Dublina spędziłem w głównej mierze na spożywaniu alkoholu, rozmowach i wygłupach. Zdarzyło się nawet robić zdjęcia leżąc na zimnej posadzce chodnika, co jednak nie powinno nikogo dziwić w stolicy pijaństwa za jaką mam od dawna Dublin. Wypiłem kilka pint Guinnessa i cydru, szczególnie za tym drugim łkam czasem w nocy. Cydr smakuje mi szczególnie, szkoda że w Polsce znaleźć go trudno.

Poza walorami towarzyskimi, przypomniałem sobie lato sprzed kilku lat spędzone w murach Baile Átha Cliath. Dublin nie jest piękny. Gdyby go obrać z moich dobrych wspomnień, okazałoby się, że to zadupie na krańcu Europy, które nie ma nic do zaoferowania zabłąkanym turystom.

To oczywiście lekka przesada, zawsze coś się przecież znajdzie: a to Zamek, a to kilka/set kościołów, Trinity College, Halfpenny Bridge, rzeka Liffey czy w końcu Temple Bar. Ta ostatnia dzielnica bardzo urokliwa, aż trudno uwierzyć, że niewiele brakowało, by Irlandczycy ją sami sobie zburzyli w imię "zmian".

Niedaleko miasta znajduje się moje ukochane miejsce - Howth.

Howth to mała mieścina przylepiona leniwie do wzgórz, wrzosowisk i morza. Jest tam rybacki port, wciąż tętniący swoim własnym rytmem, nowoczesna marina na snobistyczne jachty, a atrakcją są foki, które bezczelnie pływają po terenie zagospodarowanym przez człowieka.

Dookoła morze, na horyzoncie majaczą niewielkie wyspy, po niebie raz po raz przelatują samoloty lądujące w pobliskim porcie lotniczym. Czy można chcieć więcej? Można, owszem. Spacer po wrzosowych wzgórzach to jedno z najfajniejszych wspomnień z moich podróży. Cisza, spokój, wiatr od morza, wysokie klify i urwiska. Jeżeli dodamy do tego podróż do Dublina double deckerem na górnym pokładzie, mamy w efekcie wycieczkę idealną. A to wszystko blisko City Center.

Dublin wspominam bardzo miło - to pierwsze miasto do jakiego trafiłem ponownie, nie licząc Wiednia. Można się było wzruszyć, widząc stare śmiecie po tylu latach. Co więcej, z wielką chęcią wpadnę tam ponownie - dla walorów towarzyskich uber alles, ale także po to by poszwendać się po O'Connell, Henry Street i przepastnych antykwariatach, które od 2004 roku rozrosły się tysiąckrotnie. No i napić się zimnego Cydru!!!
