niedziela, 3 maja 2009

Luty/Marzec 2008 - Ateny, Grecja

Luty/Marzec 2008 – Ateny, Grecja

Wizyta w Atenach to, do tej pory, ciągle najbardziej szalony i spontaniczny wyjazd w mojej „podróżniczej” przygodzie.
Powiedzieć, że było spontanicznie, to tak jakby nie powiedzieć nic. Wylot – po pracy w piątek po 22-giej. Powrót? Poniedziałek 7 rano i od razu do biura. Spanie? Tylko w sobotę. Może brak odpoczynku sprawił, że ateńska przygoda, choć krótka, wydaje mi się wyjątkową i tak mistyczną, że czasem się zastanawiam: czy ja tam naprawdę byłem?
Gdy się spytamy kogoś jakie to tak naprawdę miasto, wszyscy powiedzą to samo: brzydkie, szare i nijakie. Zazwyczaj poznaje się je podczas jednodniowej wycieczki, która ma w planach zobaczenie wszystkich zabytków w ciągu kilku godzin letniego skwaru. Ateny, co brzmi paradoksalnie, nie są wcale ośrodkiem nastawionym na ruch turystyczny. Do 2004 roku trafiało tam mało turystów i dopiero ostatnio, powoli się to zmienia.

Poniekąd wcale mnie ta kiepska opinia nie dziwi. Ateny to wszechobecny beton, miasto czasem poskładane tak chaotycznie i przypadkowo, że podziwiane ze szczytów wzgórz (jeżeli ma się szczęście i cokolwiek widać zza chmury smogu) potrafi szczerze rozbawić brzydotą swego ogromu. Ale może to sprawia także, że jest wyjątkowe – choć pudełkowate to jednak tak szczere i autentyczne w swym istnieniu, że w ten sposób ... kto wie czy nie najpiękniejsze?

To co rzuca się w oczy to niesamowita symbioza zabytków antyku z nowoczesnością. Jedna ze stacji metra nazywa się Akropol. Wyjścia znajdują się tuż pod słynnym wzgórzem. Miałem przyjemność zwiedzać je sobotnim rankiem, jako pierwsza osoba tego dnia. Słońce grzało, temperatura dochodziła do magicznych dwudziestu stopni – a jeszcze kilka godzin wcześniej leniwie zerkałem na zimową pluchę w Polsce! Jestem laikiem ale grecka kultura nigdy nie budziła we mnie fascynacji.

Akropol jednak zmienił to podejście, nie spodziewałem sie, że wszystko jest tak duże, ogromne i porażające w swym całokształcie. Inne zabytki powtarzają powyższy schemat dziwnej, niezaplanowanej symbiozy – Świątynia Zeusa znajduje się tuż obok ruchliwej ulicy w centrum miasta, przez teren Greckiej Agory niemal przejeżdża pierwsza linia metra (sama zresztą będąca już zabytkiem), starożytny stadion olimpijski zaś codziennie wdycha spaliny pobliskiej czteropasmówki. Przykłady można mnożyć – wśród betonu znajduje się wiele starożytnych perełek.

Moje ulubione miejsce? Plaka, dzielnica małych białych domków pod Akropolem mnie zachwyciła. W porannym słońcu wszystko prezentowało się przepięknie – leniwe koty leżące na schodach, spacerujące psy, odgłosy radia dochodzące z półotwartych okiennic. Magia!
Ale były i inne miejsca które pokochałem. Plac Syntagma, tam trafiłem w sobotę o trzeciej rano w pierwszej kolejności, ze swoimi Ebzonami zmieniającymi pompatycznie wartę przed budynkiem Parlamentu.

Pireus, portowe miasto – dzielnica Aten, śmierdząca rybami i morzem. Nie byłbym sobą gdybym nie wybrał się nad jego brzeg. Larissa – tam mieszkałem w sympatycznym hoteliku obok stacji kolejowej, która kusiła tym by wsiąść w pociąg i ruszyć w ten piękny kraj.

Jako fan piłki nożnej udałem się także na mecz – Olimpiakos Pireus zaprezentował się znakomicie pod względem kibiców i ... znowu nijako pod względem piłkarskim. Stadion piękny i nowoczesny, ale najważniejsze było to, że poczułem na czym polega południowa żywiołowość. Doping zaczął się przed meczem i trwał do samego końca. Wytrwałości i energii można im tylko zazdrościć. Filmiki nie są w stanie tego oddać – niestety ale w takich sytuacjach technika zawodzi:


To co rzuciło się w oczy od pierwszych chwil to ogrom bezpańskich psów jakie się po mieście wałęsały. W nocy mijałem witryny sklepowe pod którymi psiaki spały na posadzkach.

W ciągu dnia te same zwierzaki kręciły się w tej samej okolicy, stadnie przechodząc przez ulicę albo biegając po parkach. W samym centrum (Syntagma) dużo marmuru. Zadziwiające ale kiedy tylko wysiadłem z lotniskowego busa uderzył mnie zapach. Może to się wydawać śmieszne ale była to woń starego wnętrza kościoła. Po wszystkim myślę, że to „wina” tej posadzki właśnie. W nocy była dodatkowo polewana wodą w ramach czyszczenia i w zamian „oddawała” ten specyficzny zapach, który tak dobrze zapamiętałem. Blisko tych miejsc był miejski park – siedząc na ławce zerkam na trawę a tam dziarsko maszeruje... rodzina żółwi. A to wszystko w centrum zakorkowanego i zatłoczonego miasta. Takie to są właśnie te Ateny...

Grecja to kraina korków. Ruch kołowy wyraźnie nam pokazuje, że może i geograficznie to Europa ale mentalnie jesteśmy dużo dalej na południu. Prawami pieszego i sygnalizacją mało kto się przejmuje. Samochody zatrzymują się na światłach ale robią to bardzo niechętnie i niechlujnie. Standardem jest widok samochodu który staje na środku pasów. Przejścia są ale czasami znaleźć można perełki takie jak zebra do której ... nie ma dojścia.

Czekając na światło można umrzeć ze starości. Jedna jedyna zaleta – w uciekaniu przed autami wszyscy są równi. Czy pop czy starsza babulina czy młodzieniec – każdy ma taką samą (dużą) szansę trafienia pod koła.
Dobrze zapamiętałem też mój hotel w dzielnicy Larissa – skromny ale miły, szkoda tylko, że na trzy noce które w Atenach w sumie spędziłem, przespałem jedynie jedną ;-). Ot, młodość.