Męczący dzień. Rano szybko jem śniadanie i wychodzę na spacer. Żegnam się z The Loop i okolicami. Żegnam, ale się pożegnać coś nie mogę. Nie chce się wcale wracać. Szczególnie,że pogoda zrobiła się fantastyczna. Niebo błękitne, słońce grzeje, wiatr ucichł. Szkoda, że to wszystko akurat wtedy, gdy wracam do domu, ale nie ma co narzekać. Aura i tak była dla mnie łaskawa, szczególnie, że przydomek “Windy City” nie wziął się przecież znikąd.
Oddaję pokój, zostawiam bagaże i wychodzę na kilka godzin. Samolot dopiero wieczorem, więc postanawiam zobaczyć północne rubieże śródmieścia Chicago, w tym znaną dzielnicę o pięknej nazwie Gold Coast. Trasa była przyjemna i zaskakująca. Może kwadrans od mojego hotelu, zniknęła wielkomiejska zabudowa, hałas i tłok, ustępując nobliwym domom, ciszy oraz … dyniom i pająkom. No tak, przecież za chwilę Halloween. Amerykanie, nawet Ci z klasy średniej i wyższej, traktują to święto bardzo poważnie. Fronty prawie wszystkich domów “ozdobione” były z tej okazji w wymyślny i często szokujący sposób. Za szokujące uznaję bowiem wielkie pajęczyny wiszące na drzewach, świecące się czaszki czy też prowizoryczne nagrobki w ogródku. Już nie wspominając o pełnowymiarowym kościotrupie konia. Tak poza tym, to Gold Coast było dokładnie takie jak sobie je wyobrażałem. Przeraźliwie spokojne, bogate, ale i dyskretne. Pewnie się tam bardzo miło mieszka.
W Lincoln Park moją uwagę zwróciły z kolei wiewiórki. Oraz osoby grające w piłkę nożną, znaczy się, soccer. Widać, że ta dyscyplina zyskuje na popularności, co nie dziwi, skoro na znaczeniu zyskują latynosi, rozkochani przecież w tym sporcie.
To wszystko brzmi niewinnie, ale cały ten spacer mocno mnie wymęczył. Szczególnie, że musiałem jeszcze wrócić, a plecak robił się coraz to bardziej ciężki. W drodze powrotnej, odwiedziłem Navy Pier, pospacerowałem wzdłuż nabrzeża, gdzie podziwiałem kilka zacumowanych statków oraz lśniącą panoramę Chicago z drugiej strony. Jak je będę wspominać? Na pewno to ciekawe i miłe miasto. Zaskakująco dalekie od Nowego Jorku pod każdym względem. Słyszałem o tym oczywiście już wcześniej, ale co innego słyszeć, a co innego zobaczyć na własne oczy. Niezależnie od tego, z całą pewnością warto je odwiedzić i jeżeli się jeszcze przydarzy, to z chęcią do niego przyjadę ponownie. Mówię więc Chicago zwyczajowe “do zobaczenia”.
Pobudka. Toaleta. Śniadanie. Na śniadanie zaś kawa i kiełbasa w formie… placka. Tego jeszcze nie grali w żadnym hotelu. Nie ma jednak co się nad tym rozwodzić. Chciałem jak najszybciej ruszyć na spacer, bo to mój jedyny pełny dzień w Chicago. Cel to zobaczyć jak najwięcej się da. Pogoda przeciętna, chociaż, mając na uwadze, że to jesień, nie taka znowu zła. Ważne, że nie padało, chociaż silny wiatr znad wody, potrafił nieco schłostać poliki oraz czoło.
Ano właśnie. Chicago sprawia wrażenie miasta morskiego, a to nieprawda, bo do Wielkiej Wody jest stamtąd grubo ponad tysiąc kilometrów. Ale łatwo o tym zapomnieć, bo leżące u stóp miasta Jezioro Michigan to akwen o powierzchni ponad 50 tysięcy kilometrów kwadratowych. Wystarczająco dużo, by spacerując nad jego brzegiem zobaczyć duże statki oraz nie dostrzec przeciwległego brzegu. W pierwszej kolejności powędrowałem właśnie w jego stronę, do tzw. Navy Pier, czyli nabrzeża. Pełnego różnych atrakcji oraz pięknych widoków, z naciskiem na mariaż cywilizacji z pięknem statecznej wody. Spędziłem tam sporo czasu, patrząc się na leniwe, sobotnie “życie na wodzie”, podziwiając pomniki, monumentalną architekturę oraz lawirując pomiędzy lokalnymi żulami, którzy jeszcze okupowali tutejsze ławki i skwery.
Wszystko fajnie, ale nie sposób odnieść wrażenia, że ta cała Ameryka, raz że często śmierdzi uryną, a dwa, że jest czasem strasznie wytarta “używaniem”. Wpadłem na drugie śniadanie do McDonalds’a i nie mogłem się nadziwić jak tam było brudno. Kupiłem jakieś pamiątki w małym sklepiku i byłem zdziwiony tym jak paskudnie wyglądało jego wnętrze. Odwiedziłem publiczną toaletę i od razu tego pożałowałem. I tak dalej i tak dalej. Dla odmiany, skierowałem potem swoje kroki w stronę tzw. Magnificent Mile, czyli części Michigan Avenue, która jest znana z monumentalnych budynków, reprezentacyjnych widoków oraz wszelkiej maści sklepów dla klientów co to są bardziej “ęą” niż przeciętni zjadacze chleba tostowego. Tam lepiej czuć, że USA to (jeszcze) potęga, chociaż im bliżej, tym większą można mieć co do tego wątpliwość. Nie sposób jednak odmówić Chicago tego, że “jak chce” to potrafi być wielkomiejskie i zachwycające.
Na końcu czekał na mnie współczesny symbol miasta, czyli “Cloud Gate”. Nazywany powszechnie “Fasolką”, bo takie też jest pierwsze skojarzenie na widok tej rzeźby. Ma ona nieco ponad dekadę i za sobą różne etapy w relacjach z ludnością. Od jawnej wrogości i wyśmiewania, przez aklamację, kończąc na panującej obecnie doń miłości. Czyli, nic nowego. Podobnie rzecz się miała chociażby w Warszawie, gdzie taki Pałac Kultury i Nauki był nienawidzony przez lata, a obecnie jest pospołu, przez jednych nadal pogardzany, a przez innych, w tym mnie, traktowany jako nieusuwalny symbol miasta oraz jego historii. Co do samej “Fasolki”, wokół niej praktycznie zawsze był tłum turystów oraz lokalesów, więc swoją rolę “chicagowskiego” magnesu, spełnia znakomicie. Jej oryginalny kształt oraz fakt, że jest zrobiona z wypolerowanej na błysk stali, daje wszelkiej maści amatorom fotografii możliwość kreatywnych szaleństw.
Czy wspominałem już o moim hotelu? Był taki miły i przyjemny, że zamiast męczyć się dalej, postanowiłem wrócić do niego na odpoczynek. Wybiła 12:00, a ja byłem na nogach od ponad czterech godzin. Napiłem się kawy, porozmawiałem z rodziną przez Skype’a i po dwóch kwadransach, ruszyłem dalej przed siebie. Miałem trochę szczęścia, bo tuż obok mnie, miał miejsce wypadek samochodowy. Trochę szybszy krok i nie daj losie, wpadłby na mnie jakiś nierozważny kierowca, który wymusił na innym pierwszeństwo. To mnie trochę wybiło z przyjemnego uczucia absolutnej kontemplacji, ale nie minęła chwila, a już wróciłem do swojego, chicagowskiego “zen”.
Włóczyłem się po śródmieściu. Odwiedziłem Millenium Park, które oferuje miłe oku krajobrazy na zabudowę centrum. Napatrzyłem się na The Loop. To zdecydowanie moje ulubione miejsce podczas tego wyjazdu. Co rusz, trafiałem na jakieś drobne smaczki i powidoki, które wyglądały jakby zostały żywcem wyciągnięte z popkulturowych klisz w mojej głowie. Trochę pomyszkowałem i znalazłem niepozorny antykwariat muzyczny. Gdzie spędziłem sporo czasu i wyszedłem z kilkoma płytami za symbolicznego dolara albo dziesięć.
Podumałem nad potęgą wielu tutejszych budynków. Wiele z nich jest pod tym względem niezwykle “dyskretnych”, tzn. z poziomu ulicy trudno określić jak duże naprawdę są. A chociażby takie Willis Tower (niegdyś Sears Tower) było przecież przez lata najwyższym budynkiem świata. Oczywiście w takim zupełnie uczciwym rankingu, czyli licząc po wysokości dachu, bez uwzględniania wież i anten, które sztucznie “wydłużają” obecnych rekordzistów. W Chicago jest również sporo architektury przedwojennej. Takiej, która pamięta czasy prohibicji i Ala Capone. Mowa o całym niemalże “Dystrykcie Finansowym”, gdzie poczułem się trochę jak w Seattle, a trochę jak w okolicach Wall Street. A trochę jak w Moskwie, bo przecież Ameryka lat 20-tych była wielką, architektoniczną inspiracją dla Związku Radzieckiego.
Ten uroczy dzień zakończyłem w Chipotle, sieciówce z meksykańskim żarciem. Gdzie nie wiedziałem co i jak zamówić, ale wykazałem się sprytem godnym dyrektorskiego stanowiska. Uważnie słuchałem co zamawia się przede mną i na tej podstawie skompilowałem coś dla siebie. Ha. Zabrzmiałem jakbym jadał tam całe życie. Nawet smaczne to żarcie, chociaż zachwyt po części zwalam na ogólne zmęczenie. Byłem nieprzytomny. Po powrocie do hotelu usiadłem odpocząć i miałem poważny problem, by potem wstać po piwo. Jak za starych, dobrych czasów, rzec by można.
Przykro to pisać, ale firmowe spotkania mnie naprawdę wymęczyły. Zarówno ich forma, jak i ludzie dookoła. Zabrakło mi jakiejś bratniej duszy. Zawsze jakąś znajdowałem, a tym razem, niestety, nie było nikogo kto, by mnie zrozumiał i kto by myślał podobnie jak ja. Gdy tylko skończyliśmy ostatnią turę, pożegnałem się i szybko uciekłem. Musiałem jeszcze wymigać się od kolacji, co nie było trudne, bo miałem do skończenia prezentację. Ale tak czy owak, było mi trochę głupio być aż takim antyspołecznym dupkiem.
Tyle lamentów. Część oficjalna się skończyła, a ja zmieniłem hotel służbowy na prywatny. Tym razem, wyjątkowo, zdecydowałem się spać za własne w warunkach godnych. Miałem naprawdę świetny pokój, łóżko było wielkie, łazienka również. Ha! Miałem łazienkę w pokoju, to dopiero rarytas. Sam hotel był w dobrej lokalizacji, kilka kroków od rzeki. W przeciwieństwie do poprzednich wyjazdów na amerykańską ziemię, z przyjemnością do niego wracałem w ciągu dnia, żeby odpocząć i się odświeżyć. Szczególnie, że wyszedłem z wprawy w tak intensywnym zwiedzaniu. Codziennie robiłem dziesiątki kilometrów na nogach i wieczorami dosłownie nie mogłem usiąść, tak mnie wszystko bolało.
Mając na uwadze fakt, że w Polsce czekano na dokument ode mnie, pozwoliłem sobie tylko na mały spacer po zmroku. Wyszedłem z hotelu i … poczułem się w końcu wolny. Tak naprawdę, dopiero tego dnia, zrozumiałem w pełni, że jestem w Chicago, że mam przed sobą weekend na obcowanie z tym miejscem, że mogę się otworzyć na nowe doznania. Włączyłem swoją ciekawość świata i dałem się jej ponieść w mrok miasta.
Patrzyłem się na ludzi, zarówno tych spieszących na imprezy, jak i tych, którzy nadal pracowali. Tu i tam spotykałem różnych dziwaków, którzy, co rzecz typowa dla USA, nie wzbudzają niczyjego zainteresowania, poza przybyszami z innych światów. Krążyłem po ulicach, zaglądałem w zaułki, przypominałem sobie swoje wyjazdy sprzed lat. A potem, przypomniałem sobie, że czas wracać przed laptopa, więc kierowany poczuciem obowiązku, wróciłem grzecznie do hotelu, z piwem, albo nawet trzema. Oglądałem NBA, słuchałem Lynyrd Skynyrd i muszę przyznać, że tego wieczora byłem wyjątkowo płodny, jeżeli chodzi o efekty mojej pracy. Chicago zaczęło mi najwyraźniej dobrze służyć.
Pobudka rano. Najpierw trochę pracy, bo do Chicago przyjechałem z prezentacją do skończenia (dla potomności dodam - wygraliśmy ten przetarg!). Ale potem wychodzę na spacer i oglądam sobie miasto przed kolejną turą spotkań. Od bladego świtu wszystko buzuje i żyje. Ulice pełne samochodów, chodniki przechodniów. Każdy się gdzieś spieszy, ale jak popatrzy się dokładniej, to widać, że pośpiech pośpiechem, ale na poranną kawę do Starbucksa trzeba wpaść. Zawsze zazdrościłem Amerykanom tego luzu i szybko sobie przypomniałem, że to jedna z tych rzeczy, które naprawdę lubię w tym kraju.
Czasu przed kolejnym spotkaniem nie miałem zbyt wiele, ale wystarczyło go na tyle, by pospacerować chwilę wzdłuż rzeki Chicago. Zdziwił mnie jej kolor, wściekle, pastelowo wręcz zielony. Miła to okolica, ucywilizowana w całości, oferująca ciekawe widoki oraz sporo miejsc na wypoczynek, jogging czy inny fitness. Miejsca jest na tyle dużo, że chociaż to ścisłe centrum, niemal zawsze miałem tam poczucie, że jestem prawie sam. Tak rano, jak w ciągu dnia oraz wieczorami.
To wokół kanału zlokalizowane są najbardziej reprezentacyjne biurowce i hotele. Na czele z masywnym Hotelem Trump, którego neon świeci dzień i noc, co pewnie dla rodzimej ludności nie jest szczególnie przyjemne. W końcu, Chicago to “matecznik” Baracka Obamy i liberałów.
Mnie jednak najbardziej zadziwił wielopoziomowy parking, który wyglądał jak gigantyczny sękacz. Wątpię bym ze swoim lękiem wysokości był w stanie tam wjechać autem i zaparkować. Ilekroć go widziałem, a widziałem go każdego dnia pobytu w Chicago po kilkanaście razy, dostawałem gęsiej skórki.
***
Po spotkaniu i obowiązkowej kolacji, miałem jeszcze chwilę na spacer wieczorem po tzw. The Loop. Nazwa dzielnicy pochodzi od kolejki, która otacza dzielnicę. A jest to kolejka nie byle jaka, bo taka zbudowana na estakadach, położonych nad ulicami. Tworzy to naprawdę świetny klimat, który od razu przypomniał mi filmowe klasyki, na czele z “The Blues Brothers” czy “Francuskim Łącznikiem”. Akcja tego pierwszego miała miejsce w Chicago właśnie. Ten drugi kręcono w Nowym Jorku. W pierwszym, nadziemna kolejka się ostała, w drugim zaś, praktycznie już jej nie ma. Czemu w sumie trudno się dziwić, bo co prawda, przejeżdżające wagoniki są niesamowite, ale również, są głośne i sprawiają, że na kilkanaście sekund wszystko dookoła się trzęsie, a hałas jest taki, że nie da się normalnie rozmawiać. Więc pewnego dnia, The Loop zniknie z powierzchni ziemi jako przeżytek i podobnie jak w Nowym Jorku, ostanie się jakiś fragment, który przerobiony zostanie na atrakcję dla turystów. Łaziłem w jej okolicach do późna i nie mogłem się nasycić tym wszystkim. Widokami, dźwiękami, a nawet, zapachami smarów i wysłużonego metalu. Szczególnie, że bezpośrednie otoczenie estakad często wyglądało tak, jakby jej sąsiedztwo zakrzywiało czasoprzestrzeń, zatrzymując się w latach 70-tych. Wytarte bary, paskudne sklepy, niepokojąco puste “back alleys” tylko utwierdzały mnie w przekonaniu, że coś w tym może być.
Nieznane są doprawdy koleje losu. Okazało się bowiem, że w październiku “muszę” jechać służbowo do Chicago. Wizja tak odległej podróży wywołała we mnie spory szok oraz korowód wspomnień z zamierzchłej przeszłości. W której to przecież zdarzało mi się sporo latać po tzw. świecie. To były czasy! Gdyby nie zdjęcia i spisywane niezdarnie przeżycia, w tym ten blog, mógłbym chyba nie uwierzyć, że tak naprawdę wyglądało kiedyś moje życie. Że ten podróżnik przez małe “p” to byłem naprawdę ja, a nie ktoś tylko do mnie jakby podobny. W sumie, czasami się łapię na tym, że naprawdę nie wierzę w to, że kilka lat temu byłem w stanie ot tak sobie, polecieć do USA, na Karaiby, do Korei albo do Uzbekistanu. To było szaleństwo i cieszę się, że dałem się w nie wciągnąć. Szczególnie, że teraz nie mam ani siły, ani ochoty na takie wojaże. O czym przekonałem się przygotowując się do tego wyjazdu. Bo napisać, że mi się nie chciało, to za mało, by oddać to, co wewnętrznie czułem. Po cichu liczyłem na to, że rozłoży mnie jakieś przeziębienie, albo, że zjem coś, co mi zaszkodzi. Tak jak w lipcu, kiedy tak się strułem w eleganckiej restauracji, że samolot do Paryża poleciał beze mnie na pokładzie. Ale się wtedy cieszyłem. W nagrodę pojechałem samochodem oglądać drewniane kościoły na Mazowszu Północnym. No kurwa, ja to ja jestem jednak pojebany, że tak dosadnie to napiszę.
Niestety, albo stety, tym razem zdrowie dopisywało, więc nie było wyjścia. Pożegnałem się z żoną, dziećmi. Z pewną taką nieśmiałością wsiadłem do taksówki i pognałem na Okęcie. Tam z kolei przekonałem się kolejny raz, że przestałem lubić lotniska. Te wszystkie procedury mnie zdenerwowały i wymęczyły. Pomyślałem sobie, że lotniska to trochę takie świątynie podróżowania, gdzie obowiązują pewne normy i surowe kary za ich naruszenie. Podobnie jak na mszy świętej jest np. moment, kiedy wszyscy wierni wstają i patrzą się przed siebie. Jest moment, kiedy trzeba być cicho. Brakuje tylko wspólnych śpiewów, chociaż częściowo funkcję tegoż przejęło przecież klaskanie, nagradzające każde udanie lądowanie. Jak widać, trochę odjechałem od meritum, ale to dlatego, że mi się wszystko dookoła nie podobało. Co więcej, uwierzcie lub nie, ale ja, miłośnik latania, starałem się polecieć do Chicago bez przesiadek. A przecież ja kiedyś kochałem przesiadki, bo każda przesiadka to więcej startów i lądowań, które przecież też darzyłem ciepłym uczuciem. A teraz było mi naprawdę smutno, gdy okazało się, że najlepiej będzie jak polecę Lufthansą przez Frankfurt, a nie naszym przaśnym LOT-em od razu na miejsce. Męczyłem się więc podwójnie, bo musiałem przejść jeszcze raz przez system weryfikacji mojej skromnej osoby. Z tym lecąc do USA zazwyczaj miałem problemy. Kilka lat temu byłem maglowany przez urzędnika imigracyjnego, który był tak niemiły i wścibski, że poważnie zastanawiałem się nad daniem mu w mordę. Tym razem jednak, obyło się bez najmniejszych problemów. Może jakaś zasługa w tym tego, że na dzień przed wyjazdem poszedłem do barbera, który wystylizował mnie na eleganckiego mężczyznę w sile wieku. Moja broda wyglądała dostojnie, przy czym ta dostojność miała więcej wspólnego z hipsterem niż pakistańskim pasterzem kóz. Jak zerkałem na swoje zdjęcia z przeszłości, to w sumie przestałem się dziwić zainteresowaniu jakie wzbudzałem wśród obrońców granic USA. Sam bym siebie nie wpuścił, chociażby z tego względu, że byłem brzydki i zarośnięty. Nie to, co teraz.
Narzekanie narzekaniem, ale im bliżej do celu, tym bardziej przypominałem sobie, że to całe podróżowanie to jednak potrafi być fajne. Chociażby dlatego, że wprowadza mnie ono w stan głębokiej refleksji i wyostrza mój zmysł obserwacji. Obserwowałem więc otoczenie i zadziwiałem się nad tym co widzę. A widziałem głównie Amerykanów, wracających z “European Trip” do swoich domów. Co za dziwni to ludzie. Dziwni i niesamowici. Na przykład, zaskoczyła mnie ich głośność. Oraz to, że bardzo chętnie opowiadali o swoim życiu prywatnym. W kolejce do samolotu stałem obok człowieka, który każdemu dookoła opowiadał, że był pilotem, że stacjonował w RFN, a dokładnie to w Darmstadt i tak dalej i tak dalej. Jak na byłego wojskowego, zadziwiająca była ta otwartość. Pewnie wynikała z potrzeby podkreślenia swojego statusu. A może z chęci zabicia nudy.
***
No dobra. Jak już wylądowałem, przeszedłem pozytywnie ewaluację służb granicznych, odebrałem bagaż, oddałem wszystkie papierki, przepuściłem walizkę przez dodatkowe prześwietlenie jej zawartości, to poczułem to, co dawniej. Czyli, zew przygody. Tyle, że po tylu latach przerwy, doceniłem bardziej ten fenomen. Polegający na tym, że jestem sam, z dala od domu, w obcym kraju, który jest wielki i w sumie to zupełnie mi przecież nieznany i że muszę sobie poradzić, bo nie mam przecież wyjścia. Dalekie podróże to przymusowe wyjście ze strefy komfortu. Zapomniałem już jakie to fajne uczucie.
Pierwsze wrażenie było takie, że Chicago, formalnie aglomeracja numer trzy w USA, nie jest wcale duże. Co prawda z lotniska do centrum jechałem godzinę, ale mijana zabudowa była dosyć niska, nieszczególna i słabo radziła sobie z budowaniem wrażenia na przybyszu takim jak ja. Porównałbym te widoki do Seattle, ale raczej nie do Nowego Jorku. Oczywiście, gdy już dotarłem do celu, zrobiło się wielkomiejsko, ale nadal przyjemnie. Mimo zmęczenia, raz, że się nie zgubiłem, dwa, że wędrując miejskimi kanionami ze szkła i stali, nie czułem się przytłoczony skalą tego miasta. Chicago mi się od razu spodobało, także dlatego, że jego śródmieście, czyli tzw. “The Loop” to miejsce, które zachowało klimat sprzed dekad. O czym jeszcze będzie okazja nie raz pewnie napisać.
Niestety, albo stety, zamiast eksplorować i cieszyć się tym miejscem, swoje kroki skierowałem do pewnego wieżowca, gdzie wjechałem windą na któreś tam piętro i resztę dnia spędziłem na spotkaniu biznesowym. Tam też obserwowałem, głównie znowu Amerykanów, chociaż towarzystwo było międzynarodowe w pełni tego słowa. Znowu zadziwiła mnie odmienność - nie wiem już w sumie czy ich, czy może nasza. Wszyscy dookoła byli pewni siebie, elokwentni i do tego, posiadali cechę, której szczerze nie znoszę wśród innych, czyli umiejętność pięknego mówienia o niczym. Ja tak niestety nie umiem, a co więcej, nie chcę się tak nauczyć mówić. Zrozumiałem, że moja niechęć wynika z tego, że słuchanie tego typu pustych monologów jest po prostu męczące. Mój mózg zawsze oczekuje konkretu, a kiedy go nie dostaje, zaczyna się denerwować. Tyle refleksji związanych ze spotkaniem. Po nim zdążyłem tylko pójść do swojego hotelu, umyć się i ruszyłem na wspólną kolację. Gdzie niestety czułem się trochę wyobcowany i niestety, w zabiciu tego uczucia nie pomogła wcale dawka alkoholu jaką w siebie władowałem. Doszedłem do wniosku, że zawsze byłem dziwakiem i samotnikiem, ale ostatnie lata spędzone głównie w otoczeniu mojej rodziny, sprawiły, że jeszcze bardziej zatraciłem swoje socjalne zdolności. No szkoda, co zrobić, przecież się nie zmienię w wieku blisko czterdziestu lat - pomyślałem i przestałem się przejmować.