Nieznane są doprawdy koleje losu. Okazało się bowiem, że w październiku “muszę” jechać służbowo do Chicago. Wizja tak odległej podróży wywołała we mnie spory szok oraz korowód wspomnień z zamierzchłej przeszłości. W której to przecież zdarzało mi się sporo latać po tzw. świecie. To były czasy! Gdyby nie zdjęcia i spisywane niezdarnie przeżycia, w tym ten blog, mógłbym chyba nie uwierzyć, że tak naprawdę wyglądało kiedyś moje życie. Że ten podróżnik przez małe “p” to byłem naprawdę ja, a nie ktoś tylko do mnie jakby podobny. W sumie, czasami się łapię na tym, że naprawdę nie wierzę w to, że kilka lat temu byłem w stanie ot tak sobie, polecieć do USA, na Karaiby, do Korei albo do Uzbekistanu. To było szaleństwo i cieszę się, że dałem się w nie wciągnąć. Szczególnie, że teraz nie mam ani siły, ani ochoty na takie wojaże. O czym przekonałem się przygotowując się do tego wyjazdu. Bo napisać, że mi się nie chciało, to za mało, by oddać to, co wewnętrznie czułem. Po cichu liczyłem na to, że rozłoży mnie jakieś przeziębienie, albo, że zjem coś, co mi zaszkodzi. Tak jak w lipcu, kiedy tak się strułem w eleganckiej restauracji, że samolot do Paryża poleciał beze mnie na pokładzie. Ale się wtedy cieszyłem. W nagrodę pojechałem samochodem oglądać drewniane kościoły na Mazowszu Północnym. No kurwa, ja to ja jestem jednak pojebany, że tak dosadnie to napiszę.
Niestety, albo stety, tym razem zdrowie dopisywało, więc nie było wyjścia. Pożegnałem się z żoną, dziećmi. Z pewną taką nieśmiałością wsiadłem do taksówki i pognałem na Okęcie. Tam z kolei przekonałem się kolejny raz, że przestałem lubić lotniska. Te wszystkie procedury mnie zdenerwowały i wymęczyły. Pomyślałem sobie, że lotniska to trochę takie świątynie podróżowania, gdzie obowiązują pewne normy i surowe kary za ich naruszenie. Podobnie jak na mszy świętej jest np. moment, kiedy wszyscy wierni wstają i patrzą się przed siebie. Jest moment, kiedy trzeba być cicho. Brakuje tylko wspólnych śpiewów, chociaż częściowo funkcję tegoż przejęło przecież klaskanie, nagradzające każde udanie lądowanie. Jak widać, trochę odjechałem od meritum, ale to dlatego, że mi się wszystko dookoła nie podobało. Co więcej, uwierzcie lub nie, ale ja, miłośnik latania, starałem się polecieć do Chicago bez przesiadek. A przecież ja kiedyś kochałem przesiadki, bo każda przesiadka to więcej startów i lądowań, które przecież też darzyłem ciepłym uczuciem. A teraz było mi naprawdę smutno, gdy okazało się, że najlepiej będzie jak polecę Lufthansą przez Frankfurt, a nie naszym przaśnym LOT-em od razu na miejsce. Męczyłem się więc podwójnie, bo musiałem przejść jeszcze raz przez system weryfikacji mojej skromnej osoby. Z tym lecąc do USA zazwyczaj miałem problemy. Kilka lat temu byłem maglowany przez urzędnika imigracyjnego, który był tak niemiły i wścibski, że poważnie zastanawiałem się nad daniem mu w mordę. Tym razem jednak, obyło się bez najmniejszych problemów. Może jakaś zasługa w tym tego, że na dzień przed wyjazdem poszedłem do barbera, który wystylizował mnie na eleganckiego mężczyznę w sile wieku. Moja broda wyglądała dostojnie, przy czym ta dostojność miała więcej wspólnego z hipsterem niż pakistańskim pasterzem kóz. Jak zerkałem na swoje zdjęcia z przeszłości, to w sumie przestałem się dziwić zainteresowaniu jakie wzbudzałem wśród obrońców granic USA. Sam bym siebie nie wpuścił, chociażby z tego względu, że byłem brzydki i zarośnięty. Nie to, co teraz.
Narzekanie narzekaniem, ale im bliżej do celu, tym bardziej przypominałem sobie, że to całe podróżowanie to jednak potrafi być fajne. Chociażby dlatego, że wprowadza mnie ono w stan głębokiej refleksji i wyostrza mój zmysł obserwacji. Obserwowałem więc otoczenie i zadziwiałem się nad tym co widzę. A widziałem głównie Amerykanów, wracających z “European Trip” do swoich domów. Co za dziwni to ludzie. Dziwni i niesamowici. Na przykład, zaskoczyła mnie ich głośność. Oraz to, że bardzo chętnie opowiadali o swoim życiu prywatnym. W kolejce do samolotu stałem obok człowieka, który każdemu dookoła opowiadał, że był pilotem, że stacjonował w RFN, a dokładnie to w Darmstadt i tak dalej i tak dalej. Jak na byłego wojskowego, zadziwiająca była ta otwartość. Pewnie wynikała z potrzeby podkreślenia swojego statusu. A może z chęci zabicia nudy.
***
No dobra. Jak już wylądowałem, przeszedłem pozytywnie ewaluację służb granicznych, odebrałem bagaż, oddałem wszystkie papierki, przepuściłem walizkę przez dodatkowe prześwietlenie jej zawartości, to poczułem to, co dawniej. Czyli, zew przygody. Tyle, że po tylu latach przerwy, doceniłem bardziej ten fenomen. Polegający na tym, że jestem sam, z dala od domu, w obcym kraju, który jest wielki i w sumie to zupełnie mi przecież nieznany i że muszę sobie poradzić, bo nie mam przecież wyjścia. Dalekie podróże to przymusowe wyjście ze strefy komfortu. Zapomniałem już jakie to fajne uczucie.
Pierwsze wrażenie było takie, że Chicago, formalnie aglomeracja numer trzy w USA, nie jest wcale duże. Co prawda z lotniska do centrum jechałem godzinę, ale mijana zabudowa była dosyć niska, nieszczególna i słabo radziła sobie z budowaniem wrażenia na przybyszu takim jak ja. Porównałbym te widoki do Seattle, ale raczej nie do Nowego Jorku. Oczywiście, gdy już dotarłem do celu, zrobiło się wielkomiejsko, ale nadal przyjemnie. Mimo zmęczenia, raz, że się nie zgubiłem, dwa, że wędrując miejskimi kanionami ze szkła i stali, nie czułem się przytłoczony skalą tego miasta. Chicago mi się od razu spodobało, także dlatego, że jego śródmieście, czyli tzw. “The Loop” to miejsce, które zachowało klimat sprzed dekad. O czym jeszcze będzie okazja nie raz pewnie napisać.
Niestety, albo stety, zamiast eksplorować i cieszyć się tym miejscem, swoje kroki skierowałem do pewnego wieżowca, gdzie wjechałem windą na któreś tam piętro i resztę dnia spędziłem na spotkaniu biznesowym. Tam też obserwowałem, głównie znowu Amerykanów, chociaż towarzystwo było międzynarodowe w pełni tego słowa. Znowu zadziwiła mnie odmienność - nie wiem już w sumie czy ich, czy może nasza. Wszyscy dookoła byli pewni siebie, elokwentni i do tego, posiadali cechę, której szczerze nie znoszę wśród innych, czyli umiejętność pięknego mówienia o niczym. Ja tak niestety nie umiem, a co więcej, nie chcę się tak nauczyć mówić. Zrozumiałem, że moja niechęć wynika z tego, że słuchanie tego typu pustych monologów jest po prostu męczące. Mój mózg zawsze oczekuje konkretu, a kiedy go nie dostaje, zaczyna się denerwować. Tyle refleksji związanych ze spotkaniem. Po nim zdążyłem tylko pójść do swojego hotelu, umyć się i ruszyłem na wspólną kolację. Gdzie niestety czułem się trochę wyobcowany i niestety, w zabiciu tego uczucia nie pomogła wcale dawka alkoholu jaką w siebie władowałem. Doszedłem do wniosku, że zawsze byłem dziwakiem i samotnikiem, ale ostatnie lata spędzone głównie w otoczeniu mojej rodziny, sprawiły, że jeszcze bardziej zatraciłem swoje socjalne zdolności. No szkoda, co zrobić, przecież się nie zmienię w wieku blisko czterdziestu lat - pomyślałem i przestałem się przejmować.
