

Oddaję pokój, zostawiam bagaże i wychodzę na kilka godzin. Samolot dopiero wieczorem, więc postanawiam zobaczyć północne rubieże śródmieścia Chicago, w tym znaną dzielnicę o pięknej nazwie Gold Coast. Trasa była przyjemna i zaskakująca. Może kwadrans od mojego hotelu, zniknęła wielkomiejska zabudowa, hałas i tłok, ustępując nobliwym domom, ciszy oraz … dyniom i pająkom. No tak, przecież za chwilę Halloween. Amerykanie, nawet Ci z klasy średniej i wyższej, traktują to święto bardzo poważnie. Fronty prawie wszystkich domów “ozdobione” były z tej okazji w wymyślny i często szokujący sposób. Za szokujące uznaję bowiem wielkie pajęczyny wiszące na drzewach, świecące się czaszki czy też prowizoryczne nagrobki w ogródku. Już nie wspominając o pełnowymiarowym kościotrupie konia. Tak poza tym, to Gold Coast było dokładnie takie jak sobie je wyobrażałem. Przeraźliwie spokojne, bogate, ale i dyskretne. Pewnie się tam bardzo miło mieszka.



W Lincoln Park moją uwagę zwróciły z kolei wiewiórki. Oraz osoby grające w piłkę nożną, znaczy się, soccer. Widać, że ta dyscyplina zyskuje na popularności, co nie dziwi, skoro na znaczeniu zyskują latynosi, rozkochani przecież w tym sporcie.


To wszystko brzmi niewinnie, ale cały ten spacer mocno mnie wymęczył. Szczególnie, że musiałem jeszcze wrócić, a plecak robił się coraz to bardziej ciężki. W drodze powrotnej, odwiedziłem Navy Pier, pospacerowałem wzdłuż nabrzeża, gdzie podziwiałem kilka zacumowanych statków oraz lśniącą panoramę Chicago z drugiej strony. Jak je będę wspominać? Na pewno to ciekawe i miłe miasto. Zaskakująco dalekie od Nowego Jorku pod każdym względem. Słyszałem o tym oczywiście już wcześniej, ale co innego słyszeć, a co innego zobaczyć na własne oczy. Niezależnie od tego, z całą pewnością warto je odwiedzić i jeżeli się jeszcze przydarzy, to z chęcią do niego przyjadę ponownie. Mówię więc Chicago zwyczajowe “do zobaczenia”.

