sobota, 28 października 2017

28.10, Chicago do utraty tchu

Pobudka. Toaleta. Śniadanie. Na śniadanie zaś kawa i kiełbasa w formie… placka. Tego jeszcze nie grali w żadnym hotelu. Nie ma jednak co się nad tym rozwodzić. Chciałem jak najszybciej ruszyć na spacer, bo to mój jedyny pełny dzień w Chicago. Cel to zobaczyć jak najwięcej się da. Pogoda przeciętna, chociaż, mając na uwadze, że to jesień, nie taka znowu zła. Ważne, że nie padało, chociaż silny wiatr znad wody, potrafił nieco schłostać poliki oraz czoło.


Ano właśnie. Chicago sprawia wrażenie miasta morskiego, a to nieprawda, bo do Wielkiej Wody jest stamtąd grubo ponad tysiąc kilometrów. Ale łatwo o tym zapomnieć, bo leżące u stóp miasta Jezioro Michigan to akwen o powierzchni ponad 50 tysięcy kilometrów kwadratowych. Wystarczająco dużo, by spacerując nad jego brzegiem zobaczyć duże statki oraz nie dostrzec przeciwległego brzegu. W pierwszej kolejności powędrowałem właśnie w jego stronę, do tzw. Navy Pier, czyli nabrzeża. Pełnego różnych atrakcji oraz pięknych widoków, z naciskiem na mariaż cywilizacji z pięknem statecznej wody. Spędziłem tam sporo czasu, patrząc się na leniwe, sobotnie “życie na wodzie”, podziwiając pomniki, monumentalną architekturę oraz lawirując pomiędzy lokalnymi żulami, którzy jeszcze okupowali tutejsze ławki i skwery.




Wszystko fajnie, ale nie sposób odnieść wrażenia, że ta cała Ameryka, raz że często śmierdzi uryną, a dwa, że jest czasem strasznie wytarta “używaniem”. Wpadłem na drugie śniadanie do McDonalds’a i nie mogłem się nadziwić jak tam było brudno. Kupiłem jakieś pamiątki w małym sklepiku i byłem zdziwiony tym jak paskudnie wyglądało jego wnętrze. Odwiedziłem publiczną toaletę i od razu tego pożałowałem. I tak dalej i tak dalej. Dla odmiany, skierowałem potem swoje kroki w stronę tzw. Magnificent Mile, czyli części Michigan Avenue, która jest znana z monumentalnych budynków, reprezentacyjnych widoków oraz wszelkiej maści sklepów dla klientów co to są bardziej “ęą” niż przeciętni zjadacze chleba tostowego. Tam lepiej czuć, że USA to (jeszcze) potęga, chociaż im bliżej, tym większą można mieć co do tego wątpliwość. Nie sposób jednak odmówić Chicago tego, że “jak chce” to potrafi być wielkomiejskie i zachwycające.



Na końcu czekał na mnie współczesny symbol miasta, czyli “Cloud Gate”. Nazywany powszechnie “Fasolką”, bo takie też jest pierwsze skojarzenie na widok tej rzeźby. Ma ona nieco ponad dekadę i za sobą różne etapy w relacjach z ludnością. Od jawnej wrogości i wyśmiewania, przez aklamację, kończąc na panującej obecnie doń miłości. Czyli, nic nowego. Podobnie rzecz się miała chociażby w Warszawie, gdzie taki Pałac Kultury i Nauki był nienawidzony przez lata, a obecnie jest pospołu, przez jednych nadal pogardzany, a przez innych, w tym mnie, traktowany jako nieusuwalny symbol miasta oraz jego historii. Co do samej “Fasolki”, wokół niej praktycznie zawsze był tłum turystów oraz lokalesów, więc swoją rolę “chicagowskiego” magnesu, spełnia znakomicie. Jej oryginalny kształt oraz fakt, że jest zrobiona z wypolerowanej na błysk stali, daje wszelkiej maści amatorom fotografii możliwość kreatywnych szaleństw.


Czy wspominałem już o moim hotelu? Był taki miły i przyjemny, że zamiast męczyć się dalej, postanowiłem wrócić do niego na odpoczynek. Wybiła 12:00, a ja byłem na nogach od ponad czterech godzin. Napiłem się kawy, porozmawiałem z rodziną przez Skype’a i po dwóch kwadransach, ruszyłem dalej przed siebie. Miałem trochę szczęścia, bo tuż obok mnie, miał miejsce wypadek samochodowy. Trochę szybszy krok i nie daj losie, wpadłby na mnie jakiś nierozważny kierowca, który wymusił na innym pierwszeństwo. To mnie trochę wybiło z przyjemnego uczucia absolutnej kontemplacji, ale nie minęła chwila, a już wróciłem do swojego, chicagowskiego “zen”.

Włóczyłem się po śródmieściu. Odwiedziłem Millenium Park, które oferuje miłe oku krajobrazy na zabudowę centrum. Napatrzyłem się na The Loop. To zdecydowanie moje ulubione miejsce podczas tego wyjazdu. Co rusz, trafiałem na jakieś drobne smaczki i powidoki, które wyglądały jakby zostały żywcem wyciągnięte z popkulturowych klisz w mojej głowie. Trochę pomyszkowałem i znalazłem niepozorny antykwariat muzyczny. Gdzie spędziłem sporo czasu i wyszedłem z kilkoma płytami za symbolicznego dolara albo dziesięć.



Podumałem nad potęgą wielu tutejszych budynków. Wiele z nich jest pod tym względem niezwykle “dyskretnych”, tzn. z poziomu ulicy trudno określić jak duże naprawdę są. A chociażby takie Willis Tower (niegdyś Sears Tower) było przecież przez lata najwyższym budynkiem świata. Oczywiście w takim zupełnie uczciwym rankingu, czyli licząc po wysokości dachu, bez uwzględniania wież i anten, które sztucznie “wydłużają” obecnych rekordzistów. W Chicago jest również sporo architektury przedwojennej. Takiej, która pamięta czasy prohibicji i Ala Capone. Mowa o całym niemalże “Dystrykcie Finansowym”, gdzie poczułem się trochę jak w Seattle, a trochę jak w okolicach Wall Street. A trochę jak w Moskwie, bo przecież Ameryka lat 20-tych była wielką, architektoniczną inspiracją dla Związku Radzieckiego.



Ten uroczy dzień zakończyłem w Chipotle, sieciówce z meksykańskim żarciem. Gdzie nie wiedziałem co i jak zamówić, ale wykazałem się sprytem godnym dyrektorskiego stanowiska. Uważnie słuchałem co zamawia się przede mną i na tej podstawie skompilowałem coś dla siebie. Ha. Zabrzmiałem jakbym jadał tam całe życie. Nawet smaczne to żarcie, chociaż zachwyt po części zwalam na ogólne zmęczenie. Byłem nieprzytomny. Po powrocie do hotelu usiadłem odpocząć i miałem poważny problem, by potem wstać po piwo. Jak za starych, dobrych czasów, rzec by można.