czwartek, 26 października 2017

26.10, Pierwsze z Chicago obcowanie

Pobudka rano. Najpierw trochę pracy, bo do Chicago przyjechałem z prezentacją do skończenia (dla potomności dodam - wygraliśmy ten przetarg!). Ale potem wychodzę na spacer i oglądam sobie miasto przed kolejną turą spotkań. Od bladego świtu wszystko buzuje i żyje. Ulice pełne samochodów, chodniki przechodniów. Każdy się gdzieś spieszy, ale jak popatrzy się dokładniej, to widać, że pośpiech pośpiechem, ale na poranną kawę do Starbucksa trzeba wpaść. Zawsze zazdrościłem Amerykanom tego luzu i szybko sobie przypomniałem, że to jedna z tych rzeczy, które naprawdę lubię w tym kraju.

Czasu przed kolejnym spotkaniem nie miałem zbyt wiele, ale wystarczyło go na tyle, by pospacerować chwilę wzdłuż rzeki Chicago. Zdziwił mnie jej kolor, wściekle, pastelowo wręcz zielony. Miła to okolica, ucywilizowana w całości, oferująca ciekawe widoki oraz sporo miejsc na wypoczynek, jogging czy inny fitness. Miejsca jest na tyle dużo, że chociaż to ścisłe centrum, niemal zawsze miałem tam poczucie, że jestem prawie sam. Tak rano, jak w ciągu dnia oraz wieczorami.


To wokół kanału zlokalizowane są najbardziej reprezentacyjne biurowce i hotele. Na czele z masywnym Hotelem Trump, którego neon świeci dzień i noc, co pewnie dla rodzimej ludności nie jest szczególnie przyjemne. W końcu, Chicago to “matecznik” Baracka Obamy i liberałów.

Mnie jednak najbardziej zadziwił wielopoziomowy parking, który wyglądał jak gigantyczny sękacz. Wątpię bym ze swoim lękiem wysokości był w stanie tam wjechać autem i zaparkować. Ilekroć go widziałem, a widziałem go każdego dnia pobytu w Chicago po kilkanaście razy, dostawałem gęsiej skórki.


***

Po spotkaniu i obowiązkowej kolacji, miałem jeszcze chwilę na spacer wieczorem po tzw. The Loop. Nazwa dzielnicy pochodzi od kolejki, która otacza dzielnicę. A jest to kolejka nie byle jaka, bo taka zbudowana na estakadach, położonych nad ulicami. Tworzy to naprawdę świetny klimat, który od razu przypomniał mi filmowe klasyki, na czele z “The Blues Brothers” czy “Francuskim Łącznikiem”. Akcja tego pierwszego miała miejsce w Chicago właśnie. Ten drugi kręcono w Nowym Jorku. W pierwszym, nadziemna kolejka się ostała, w drugim zaś, praktycznie już jej nie ma. Czemu w sumie trudno się dziwić, bo co prawda, przejeżdżające wagoniki są niesamowite, ale również, są głośne i sprawiają, że na kilkanaście sekund wszystko dookoła się trzęsie, a hałas jest taki, że nie da się normalnie rozmawiać. Więc pewnego dnia, The Loop zniknie z powierzchni ziemi jako przeżytek i podobnie jak w Nowym Jorku, ostanie się jakiś fragment, który przerobiony zostanie na atrakcję dla turystów. Łaziłem w jej okolicach do późna i nie mogłem się nasycić tym wszystkim. Widokami, dźwiękami, a nawet, zapachami smarów i wysłużonego metalu. Szczególnie, że bezpośrednie otoczenie estakad często wyglądało tak, jakby jej sąsiedztwo zakrzywiało czasoprzestrzeń, zatrzymując się w latach 70-tych. Wytarte bary, paskudne sklepy, niepokojąco puste “back alleys” tylko utwierdzały mnie w przekonaniu, że coś w tym może być.