Co prawda, wspomnienia te są szczątkowe i zupełnie przypadkowe, ale jednak, gdzieś w odmętach przeszłości pamiętam siebie siedzącego przed telewizorem, patrzącego na ten dziwny świat daleko, daleko od szarej Polski. Nazwa „Seul” mocno wbiła mi się w świadomość jako symbol nowoczesnej, drapieżnej i obcej Azji. Miałem wtedy siedem lat. Teraz mam trzydzieści jeden i na własne oczy oglądam pozostałości po tamtych wiekopomnych dla Korei Południowej chwilach.
Zanim jednak dojechałem do Parku, spędziłem dobrą godzinę w metrze, podążając na miejsce. Nie jest to zadanie trudne. Tylko bardzo czasochłonne. Jedzie się i jedzie, a końca podróży nie widać. To trochę zniechęca do podobnych eskapad. Po drodze nie za bardzo miałem co robić, więc patrzyłem się na ekrany w wagonikach. Jako że cały system metra w Seulu składa się z kilku linii, a każda z nich ma innego właściciela i firmę zarządzającą, różnią się one między sobą czasem dość znacznie. Linia nr 5, a jechałem nią pierwszy raz, miała więc na ten przykład silne zacięcie „edukacyjne”. Wyświetlane materiały video pokazywały jak należy zachowywać się w przypadku pożaru, jak nie należy rozmawiać przez telefon komórkowy (i u nas by się takie szkolenie niektórym przydało!), jak należy używać schodów ruchomych i tak dalej i tak dalej. Wszystko było bardzo, bardzo dziwne i pogłębiło moje poczucie absolutnego niezrozumienia Koreańczyków i ich dusz.
Sam Park był spory i jak to z parkami bywa, nudny na swoją przyjemną modłę. Po ścieżkach spacerowali emeryci i zakochane w wysiłku fizycznym pary we wszelkim wieku. Pośród alejek i drzew znajdowały się pozostałości po imprezie sprzed, jak ten czas leci, dwudziestu czterech lat. Część z budynków posiadała surowy, wręcz socrealistyczny wyraz typowy dla betonowych molochów. Obrazu dopełniały rozliczne nowoczesne rzeźby, czy raczej artystyczne „instalacje” wykonane w podobnym duchu. Trochę to mnie zdziwiło, ale ówczesna Korea Południowa bardzo chciała za pomocą Igrzysk zbudować wizerunek państwa dynamicznego i monumentalnego. A jak wiadomo, architektura bywa w tym zakresie bardzo pomocna. Betonu, stali i odważnych, przytłaczających widza kształtów nie żałowano. Niestety, taki styl ma to do siebie, że starzeje się bardzo szybko i bardzo brzydko. Patyna czasu pokryła wszystko dookoła, a uczuciu zapomnienia pomagały szare kolory dominujące zarówno pośród murów jak i na niebie. Zobaczyłem tylko część zachowanych aren – pływalnię (gdzie medal zdobył nasz Artur Wojdat, pamiętam to!), halę do gry w piłkę ręczną, welodrom i salę gimnastyczną. Po pewnym czasie musiałem uciekać do metra – zerwał się potężny deszcz, zamieniając spokojny Park w arenę nierównej walki z naturą.







W samym śródmieściu Seulu znajduje się wzniesienie o nazwie Namsan oraz spory Park o tej samej nazwie. To jedna z ciekawostek i fenomenów tego zapchanego molocha. Gęsta zabudowa, dom na domie obok siebie, tymczasem tuż obok tego wszystkiego znaleźć można ciszę, spokój i zieleń. Nie trzeba chyba dodawać, że dla ludności lokalnej jest to jedna z najbliższych okazji do praktykowania trekkingu. Autobusem wjechałem na szczyt góry (262 metry n.p.m), gdzie znajduje się kolejna z atrakcji turystycznych miasta, czyli N Seoul Tower. Od 1980 roku oferuje ona imponujące widoki dla wszystkich spragnionych tego typu doznań. Ja postanowiłem sobie odpuścić wjazd na szczyt. Po pierwsze, nadal pamiętałem wieżę w Busan i swoje rozdygotane serce, po drugie, pogoda na górze była tak podła, że trudno było liczyć na jakiekolwiek widoki. Nawet z dołu panorama miasta robiła wrażenie, szkoda tylko, że przesłaniały ją gęste chmury kłębiące się w dolinach pode mną. Padał brutalny deszcz, który mocno zacinał, a wiatr dopełniał dzieła zniszczenia. To już była jesień pełną gębą! Gdy wróciłem z powrotem do miasta nie mogłem nadziwić się jak bardzo zmarzłem i zmokłem na górze. Ach, można oczywiście skorzystać z kolejki górskiej, która łączy centrum ze szczytem, jednak, jak można się już domyśleć, wybrałem zdecydowanie autobus, który gwarantował bezpośredni kontakt z podłożem przez cały czas podróży.




Mimo iż byłem mokry i zmęczony, niestrudzenie żegnałem się z zakątkami Seulu. Wpadłem na obiad do małej i spokojnej knajpy, gdzie zjadłem po raz pierwszy Bibimbap, czyli ryż wymieszany z warzywami. Podobnie jak inne specjały kuchni koreańskiej i to danie wymaga od Europejczyka pewnej dozy cierpliwości i wyobraźni. O ile smak jest wyjątkowo spokojny i neutralny, trudno mi zrozumieć co jest w nim takiego kultowego, co tłumaczyłoby uwielbienie jakim Bibimbap się powszechnie cieszy. Ja i kuchnia koreańska... niestety, nie do końca się polubiliśmy.

Trafiłem także do Bukhon, czyli wioski Hanok, gdzie byłem pierwszego dnia w Korei. Po tych wszystkich podróżach musiałem przyznać, że to miejsce zalicza się do wyjątkowo miłych i przyjemnych. Docenia się je o tyle o ile człowiek zda sobie sprawę, że w tym kraju niewiele jest podobnych resztek przeszłości zachowanych w oryginalnym kształcie. Pokrążyłem więc po cichych uliczkach, popatrzyłem się na różne drobne detale, podumałem i niespiesznie wróciłem w objęcia nowoczesności. Odwiedziłem kilka szykownych butików, gdzie nabyłem świecidełka dla Ani – Bukhon słynie bowiem ze swojej prężnej „alternatywnej” sceny wyrobów artystycznych i muszę przyznać, że miłośnicy biżuterii, ubrań i dodatków na pewno znajdą tu dla siebie mały raj.







Nie za bardzo chciałem wracać do hotelu, więc swoim sposobem wędrowałem bez celu, odkładając w czasie moment, kiedy trzeba było powiedzieć „Żegnaj Seulu”. Wieczorem wmieszałem się w tłum białych kołnierzyków i spacerowałem pod wieżowcami, delektując się ostatnią wędrówką po zaułkach Dalekiego Wschodu. Po zmroku miasto zamieniło się na moich oczach w dynamicznego,rozświetlonego Tygrysa – mrok ukrył gdzieś brudne zaułki, a światła metropolii rozbłysnęły podwójną mocą. Nie tylko rozświetliły niebo, ale odbijały się od mokrych chodników i trotuarów, wprawiając mnie w kolejną odsłonę koreańskiego amoku. Przyszła jednak pora odwrócić się na pięcie, wsiąść do metra i wrócić do swojej spokojnej dzielnicy. W hotelowym pokoju czekało na mnie heroiczne wręcz zadanie – spakować wszystko do plecaka.






***
A sama Korea? Cóż. Trudno chyba podsumować w kilku słowach. Oczarowanie szło bowiem w parze z … rozczarowaniem. W Korei wszystko sprawiało na mnie dwojakie wrażenie. I wszystko było inne od moich wyobrażeń! Szybko dostosowałem więc oczekiwania do możliwości.
Nowoczesność przytłaczała i imponowała, ale wystarczyło czasem zajrzeć głębiej, by dostrzec, że jest ona jedynie fasadą, skrywającą dość tandetną prawdę. Starej Korei … już nie ma. Zabytków jest niewiele i po pewnym czasie zaczynały zlewać się w jedność. Milczeniem pomijam fakt, że większość (wszystkie!) to reprodukcje, odtworzone i wyjęte z odmętów przeszłości trochę na siłę, trochę na pokaz. Ten temat to trochę tabu, ale fakty są nieubłagane. Azja to nie jest miejsce, gdzie się przesadnie pielęgnuje pomniki historii. Ich miłośnicy mogą poczuć się oszukani. Przyroda okazała się za to wspaniała, ale do obcowania z nią trzeba się dobrze przygotować. Głównie „terminowo”, tak by unikać kontaktu z tłumami, potrafiącymi zamienić kontakt z naturą w tragikomedię.
Atrakcji w tym kraju jednak nie brakuje. Nie ma w Korei miejsc wyjątkowych, niepowtarzalnych i monumentalnych. To w sumie dobrze, bo każdy może sobie dosyć dowolnie ułożyć trasę, nie mając poczucia, że pomija coś czego pominąć jednak nie wypada. Ze wszystkich miast w jakich byłem, chyba tylko w Seulu naprawdę warto spędzić kilka dni. Cała reszta – co kto lubi, ale Jeonju, Gyeongju, już nie wspominając o Busan to już miejsca, które można pominąć i niekoniecznie trzeba tego żałować. Brzmi niejednoznacznie i niezrozumiale? Taka jest właśnie Korea! To na pewno najdziwniejsze miejsce w jakim do tej pory byłem. Do tego stopnia, że czytam to co napisałem powyżej i już się z tym nie do końca zgadzam.
Jednak codzienność w tym kraju była zaskakująco przyjemna. Wszystko było dobrze zorganizowane, proste i ułatwiające życie. Każdy, nawet najbardziej brudny i zniszczony automat do napojów, działał. Wszędzie, nawet w najmniejszej dziurze, była darmowa i czysta toaleta. Komunikacja była sprawna i sensownie zorganizowana. Ludzie mili i otwarci w kierunku turystów, nawet jeżeli oznaczało to jedynie promienny uśmiech posłany w moją stronę. A do tego, jak na wizytę w kraju nowoczesnym i bogatym, nie jest przesadnie drogo. A w porównaniu do „sąsiedniej” Japonii jest wręcz tanio i to obrzydliwie tanio. Złośliwi mawiają nawet, że Korea to właśnie taka tańsza wersja Japonii. I może, kto wie, mają trochę racji?
Czy warto? Raz w życiu – na pewno. Jeżeli chce się zobaczyć coś innego, nowego i obcego – Korea jest w stanie zadziwić największych globtroterów. W końcu to właśnie z tego kraju pochodzi zespół, którego piosenka, pierwszy raz w dziejach współczesnego świata zakochanego w rekordach, została odtworzona na serwisie Youtube ponad miliard razy. To chyba o czymś świadczy... O czym? Tego już nie wiem :)





































