poniedziałek, 5 listopada 2012

Tropem wspomnień z dzieciństwa i pożegnanie z Seulem

Rano postanowiłem odwiedzić Park Olimpijski. Nie jest to pierwszorzędna atrakcja Seulu. Ani nawet drugorzędna... Ale chciałem tam pojechać z powodów czysto sentymentalnych. Tak się bowiem składa, że Letnie Igrzyska z roku 1988 to jedno z pierwszych wspomnień z dzieciństwa jakie zachowałem do dzisiaj.

Co prawda, wspomnienia te są szczątkowe i zupełnie przypadkowe, ale jednak, gdzieś w odmętach przeszłości pamiętam siebie siedzącego przed telewizorem, patrzącego na ten dziwny świat daleko, daleko od szarej Polski. Nazwa „Seul” mocno wbiła mi się w świadomość jako symbol nowoczesnej, drapieżnej i obcej Azji. Miałem wtedy siedem lat. Teraz mam trzydzieści jeden i na własne oczy oglądam pozostałości po tamtych wiekopomnych dla Korei Południowej chwilach.

Zanim jednak dojechałem do Parku, spędziłem dobrą godzinę w metrze, podążając na miejsce. Nie jest to zadanie trudne. Tylko bardzo czasochłonne. Jedzie się i jedzie, a końca podróży nie widać. To trochę zniechęca do podobnych eskapad. Po drodze nie za bardzo miałem co robić, więc patrzyłem się na ekrany w wagonikach. Jako że cały system metra w Seulu składa się z kilku linii, a każda z nich ma innego właściciela i firmę zarządzającą, różnią się one między sobą czasem dość znacznie. Linia nr 5, a jechałem nią pierwszy raz, miała więc na ten przykład silne zacięcie „edukacyjne”. Wyświetlane materiały video pokazywały jak należy zachowywać się w przypadku pożaru, jak nie należy rozmawiać przez telefon komórkowy (i u nas by się takie szkolenie niektórym przydało!), jak należy używać schodów ruchomych i tak dalej i tak dalej. Wszystko było bardzo, bardzo dziwne i pogłębiło moje poczucie absolutnego niezrozumienia Koreańczyków i ich dusz.

Sam Park był spory i jak to z parkami bywa, nudny na swoją przyjemną modłę. Po ścieżkach spacerowali emeryci i zakochane w wysiłku fizycznym pary we wszelkim wieku. Pośród alejek i drzew znajdowały się pozostałości po imprezie sprzed, jak ten czas leci, dwudziestu czterech lat. Część z budynków posiadała surowy, wręcz socrealistyczny wyraz typowy dla betonowych molochów. Obrazu dopełniały rozliczne nowoczesne rzeźby, czy raczej artystyczne „instalacje” wykonane w podobnym duchu. Trochę to mnie zdziwiło, ale ówczesna Korea Południowa bardzo chciała za pomocą Igrzysk zbudować wizerunek państwa dynamicznego i monumentalnego. A jak wiadomo, architektura bywa w tym zakresie bardzo pomocna. Betonu, stali i odważnych, przytłaczających widza kształtów nie żałowano. Niestety, taki styl ma to do siebie, że starzeje się bardzo szybko i bardzo brzydko. Patyna czasu pokryła wszystko dookoła, a uczuciu zapomnienia pomagały szare kolory dominujące zarówno pośród murów jak i na niebie. Zobaczyłem tylko część zachowanych aren – pływalnię (gdzie medal zdobył nasz Artur Wojdat, pamiętam to!), halę do gry w piłkę ręczną, welodrom i salę gimnastyczną. Po pewnym czasie musiałem uciekać do metra – zerwał się potężny deszcz, zamieniając spokojny Park w arenę nierównej walki z naturą.







W samym śródmieściu Seulu znajduje się wzniesienie o nazwie Namsan oraz spory Park o tej samej nazwie. To jedna z ciekawostek i fenomenów tego zapchanego molocha. Gęsta zabudowa, dom na domie obok siebie, tymczasem tuż obok tego wszystkiego znaleźć można ciszę, spokój i zieleń. Nie trzeba chyba dodawać, że dla ludności lokalnej jest to jedna z najbliższych okazji do praktykowania trekkingu. Autobusem wjechałem na szczyt góry (262 metry n.p.m), gdzie znajduje się kolejna z atrakcji turystycznych miasta, czyli N Seoul Tower. Od 1980 roku oferuje ona imponujące widoki dla wszystkich spragnionych tego typu doznań. Ja postanowiłem sobie odpuścić wjazd na szczyt. Po pierwsze, nadal pamiętałem wieżę w Busan i swoje rozdygotane serce, po drugie, pogoda na górze była tak podła, że trudno było liczyć na jakiekolwiek widoki. Nawet z dołu panorama miasta robiła wrażenie, szkoda tylko, że przesłaniały ją gęste chmury kłębiące się w dolinach pode mną. Padał brutalny deszcz, który mocno zacinał, a wiatr dopełniał dzieła zniszczenia. To już była jesień pełną gębą! Gdy wróciłem z powrotem do miasta nie mogłem nadziwić się jak bardzo zmarzłem i zmokłem na górze. Ach, można oczywiście skorzystać z kolejki górskiej, która łączy centrum ze szczytem, jednak, jak można się już domyśleć, wybrałem zdecydowanie autobus, który gwarantował bezpośredni kontakt z podłożem przez cały czas podróży.




Mimo iż byłem mokry i zmęczony, niestrudzenie żegnałem się z zakątkami Seulu. Wpadłem na obiad do małej i spokojnej knajpy, gdzie zjadłem po raz pierwszy Bibimbap, czyli ryż wymieszany z warzywami. Podobnie jak inne specjały kuchni koreańskiej i to danie wymaga od Europejczyka pewnej dozy cierpliwości i wyobraźni. O ile smak jest wyjątkowo spokojny i neutralny, trudno mi zrozumieć co jest w nim takiego kultowego, co tłumaczyłoby uwielbienie jakim Bibimbap się powszechnie cieszy. Ja i kuchnia koreańska... niestety, nie do końca się polubiliśmy.

Trafiłem także do Bukhon, czyli wioski Hanok, gdzie byłem pierwszego dnia w Korei. Po tych wszystkich podróżach musiałem przyznać, że to miejsce zalicza się do wyjątkowo miłych i przyjemnych. Docenia się je o tyle o ile człowiek zda sobie sprawę, że w tym kraju niewiele jest podobnych resztek przeszłości zachowanych w oryginalnym kształcie. Pokrążyłem więc po cichych uliczkach, popatrzyłem się na różne drobne detale, podumałem i niespiesznie wróciłem w objęcia nowoczesności. Odwiedziłem kilka szykownych butików, gdzie nabyłem świecidełka dla Ani – Bukhon słynie bowiem ze swojej prężnej „alternatywnej” sceny wyrobów artystycznych i muszę przyznać, że miłośnicy biżuterii, ubrań i dodatków na pewno znajdą tu dla siebie mały raj.







Nie za bardzo chciałem wracać do hotelu, więc swoim sposobem wędrowałem bez celu, odkładając w czasie moment, kiedy trzeba było powiedzieć „Żegnaj Seulu”. Wieczorem wmieszałem się w tłum białych kołnierzyków i spacerowałem pod wieżowcami, delektując się ostatnią wędrówką po zaułkach Dalekiego Wschodu. Po zmroku miasto zamieniło się na moich oczach w dynamicznego,rozświetlonego Tygrysa – mrok ukrył gdzieś brudne zaułki, a światła metropolii rozbłysnęły podwójną mocą. Nie tylko rozświetliły niebo, ale odbijały się od mokrych chodników i trotuarów, wprawiając mnie w kolejną odsłonę koreańskiego amoku. Przyszła jednak pora odwrócić się na pięcie, wsiąść do metra i wrócić do swojej spokojnej dzielnicy. W hotelowym pokoju czekało na mnie heroiczne wręcz zadanie – spakować wszystko do plecaka.







***

A sama Korea? Cóż. Trudno chyba podsumować w kilku słowach. Oczarowanie szło bowiem w parze z … rozczarowaniem. W Korei wszystko sprawiało na mnie dwojakie wrażenie. I wszystko było inne od moich wyobrażeń! Szybko dostosowałem więc oczekiwania do możliwości.

Nowoczesność przytłaczała i imponowała, ale wystarczyło czasem zajrzeć głębiej, by dostrzec, że jest ona jedynie fasadą, skrywającą dość tandetną prawdę. Starej Korei … już nie ma. Zabytków jest niewiele i po pewnym czasie zaczynały zlewać się w jedność. Milczeniem pomijam fakt, że większość (wszystkie!) to reprodukcje, odtworzone i wyjęte z odmętów przeszłości trochę na siłę, trochę na pokaz. Ten temat to trochę tabu, ale fakty są nieubłagane. Azja to nie jest miejsce, gdzie się przesadnie pielęgnuje pomniki historii. Ich miłośnicy mogą poczuć się oszukani. Przyroda okazała się za to wspaniała, ale do obcowania z nią trzeba się dobrze przygotować. Głównie „terminowo”, tak by unikać kontaktu z tłumami, potrafiącymi zamienić kontakt z naturą w tragikomedię.

Atrakcji w tym kraju jednak nie brakuje. Nie ma w Korei miejsc wyjątkowych, niepowtarzalnych i monumentalnych. To w sumie dobrze, bo każdy może sobie dosyć dowolnie ułożyć trasę, nie mając poczucia, że pomija coś czego pominąć jednak nie wypada. Ze wszystkich miast w jakich byłem, chyba tylko w Seulu naprawdę warto spędzić kilka dni. Cała reszta – co kto lubi, ale Jeonju, Gyeongju, już nie wspominając o Busan to już miejsca, które można pominąć i niekoniecznie trzeba tego żałować. Brzmi niejednoznacznie i niezrozumiale? Taka jest właśnie Korea! To na pewno najdziwniejsze miejsce w jakim do tej pory byłem. Do tego stopnia, że czytam to co napisałem powyżej i już się z tym nie do końca zgadzam.

Jednak codzienność w tym kraju była zaskakująco przyjemna. Wszystko było dobrze zorganizowane, proste i ułatwiające życie. Każdy, nawet najbardziej brudny i zniszczony automat do napojów, działał. Wszędzie, nawet w najmniejszej dziurze, była darmowa i czysta toaleta. Komunikacja była sprawna i sensownie zorganizowana. Ludzie mili i otwarci w kierunku turystów, nawet jeżeli oznaczało to jedynie promienny uśmiech posłany w moją stronę. A do tego, jak na wizytę w kraju nowoczesnym i bogatym, nie jest przesadnie drogo. A w porównaniu do „sąsiedniej” Japonii jest wręcz tanio i to obrzydliwie tanio. Złośliwi mawiają nawet, że Korea to właśnie taka tańsza wersja Japonii. I może, kto wie, mają trochę racji?

Czy warto? Raz w życiu – na pewno. Jeżeli chce się zobaczyć coś innego, nowego i obcego – Korea jest w stanie zadziwić największych globtroterów. W końcu to właśnie z tego kraju pochodzi zespół, którego piosenka, pierwszy raz w dziejach współczesnego świata zakochanego w rekordach, została odtworzona na serwisie Youtube ponad miliard razy. To chyba o czymś świadczy... O czym? Tego już nie wiem :)

niedziela, 4 listopada 2012

Powrót do Seulu

Pora opuścić spokojne Gyeongju i wrócić do szalonego, wielkiego Seulu. KTX zawozi mnie na miejsce szybko i wygodnie. Pociąg czasami osiągał magiczną granicę 300 km/h, mijając pospiesznie pola, tunele, mosty i miasta. Po drodze zatrzymał się m.in. w Daejeon, gdzie kilka dni temu już byłem. To miasto, dzięki szybkiej kolei, stało się przedmieściami stolicy. Z centrum do centrum dojechać można w godzinę i to robi wrażenie.


Chociaż w Seulu niebo było zachmurzone i co chwila z niego siąpiło, przyjemnie było wrócić na „stare śmiecie”. Będąc daleko od domu, zazwyczaj staram się tak zorganizować wyjazd, by na koniec, choć na chwilę, zameldować się w miejscu skąd cała podróż się zaczynała. Czy powrót do Seulu był sensowny? Mógłbym ten jeden dzień więcej spędzić na koreańskiej prowincji, ale miałem wrażenie, że zupełnie nie poznałem tego molocha, w którym tak wiele czekało jeszcze na odkrycie.

Do hostelu trafiłem bez problemu, dostałem najgorszy do tej pory pokój ze wszystkich w jakich spałem i szybko udałem się na rekonesans. W pierwszej kolejności, wypadało coś zjeść. Wybrałem się do znanej mi już knajpy, gdzie zamówiłem pierwszą ośmiornicę od kilku dni. Smacznie, zdrowo i umiarkowanie tanio (7.000 wonów łącznie z miseczką ryżu). Ale czy będzie mi tego brakowało? Chyba nie. Koreańska kuchnia nieprzypadkowo przecież „przegrywa” z kuchnią japońską, chińską, wietnamską, tajską czy nawet filipińską. Niektóre rzeczy, takie jak barbeque galbi czy kimchi, mają swój czar, ale ogólnie rzecz ujmując, dziwne tu panują tak zwyczaje jak i doznania.


Po wysiadce w biznesowym centrum Seulu, udałem się spacerem w kierunku Cheonggyecheon. To jedna z najnowszych atrakcji miasta. Niegdyś był to niepozorny i zapomniany strumyk, zagubiony gdzieś pomiędzy strzelistą zabudową. Sporym wysiłkiem architektonicznym uczyniono z niego przyjemną trasę spacerową, wiodącą znajdującą się pod poziomem jezdni niecką. Na dole panuje zaskakująca cisza, szumi woda, oczy cieszą wystawione rzeźby i imponująca z tej perspektywy panorama wieżowców. Cały projekt był areną ogromnych protestów i afer. Organizacje ekologiczne narzekały na zniszczenia wyrządzone przyrodzie (faktycznie, wszystko zalane zostało betonem), koszty wykonania poszybowały w górę, a opinia publiczna wstrząśnięta była rozmiarem łapówkarstwa towarzyszącego budowie. Po kilku latach Cheonggyecheon to nowy, nader fotogeniczny symbol Seulu.




Jednak to miasto ma także swoje szare i brzydkie oblicze. Pisząc szczerze, w niektórych miejscach atmosfera improwizacji i zaściankowości była tak silna, że gdyby nie pogoda, mógłbym uwierzyć, że dziwnym trafem przeniesiony zostałem do Bangkoku. Brudne uliczki, ciemne zaułki, budynki o elewacji przykurzonej przez czas oraz smog – wszystko to przypomina, że Korea Południowa to nadal Azja, jedyna w swoim rodzaju ojczyzna pierdolnika we wszelkim wydaniu.





Ilekroć wędrowałem po ulicach stolicy, tylekroć natrafiałem na takie lub inne protesty. Koreańczycy od dawna mają na pieńku z władzą i głośno dają temu wyraz. Mając na uwadze, że niemal każdy rząd oskarżany był o rozmaite malwersacje, trudno im się dziwić. Tego dnia napotkałem na kilka kolejnych pikiet. Najpierw minąłem grupkę starszych osób, która nagrodziła głośnymi oklaskami płomienną przemowę krasomówcy z megafonem. Wieczorem trafiłem na koncert o silnym zabarwieniu politycznym – dyskretnie obserwowany przez silną grupę uzbrojonych po zęby policjantów. W powietrzu czuć było złość i niezgodę, jednak wędrowałem pomiędzy proporcami z poczuciem absolutnego bezpieczeństwa.


Tak naprawdę, krążyłem po okolicach sobie już znanych. Ale tym razem skupiałem się na miejscach, które wcześniej tylko mijałem, spiesząc się do tego czy innego pałacu. Tym razem miałem czas na zgłębienie kilku zaułków. Takich chociażby jak Park Tapgol, którego główną atrakcją jest piękna pagoda z epoki dynastii Joseon. Niestety, przezorni Koreańczycy ukryli ją w szklanej obudowie, co pozbawiło ją jakiejkolwiek fotogeniczności.




Kilka przecznic dalej „odkryłem” jeden z najbardziej zaskakujących punktów na mapie całego Seulu, Park Jongmyo. Oprócz tego, że znajduje tam się słynna konfucjańska świątynia, jest to także miejsce spotkań tutejszych emerytów. Pod drzewami, na rozlicznych ławkach przesiadywały setki mężczyzn. Rozmawiali, odpoczywali, dumali na świeżym powietrzu oraz zaciekle grali w rozliczne gry planszowe na czele z „Go”. Przy niektórych stolikach zbierały się grupki kibiców, a na twarzach grających rysował się stan wysokiego skupienia uwagi. Ci nieliczni, którzy byli w stanie oderwać się od emocji, witali mnie uśmiechami i skinieniami głowy, przez co zupełnie nie chciało mi się opuszczać Parku Jongmyo i jego miłych tubylców.







O ile Jongmyo było oczarowaniem, wielki bazar Dongdeamum wręcz odwrotnie – nieco mnie rozczarował. Wybrałem się tam w poszukiwaniu prezentów. Jednak „tekstylna” jego część była już w większości zamknięta. Krążyłem po alejkach i nie byłem w stanie znaleźć nic ciekawego, tym bardziej, że ceny większości rzeczy nie należały do przystępnych. Dużo żywiej i ciekawej było w części „restauracyjnej”. Setki garkuchni działało na pełnych obrotach pod dachem, co sprawiało, że powietrze w środku było tak gęste od zapachów, że można się było nim najeść. Kilka potraw zwróciło moją uwagę – szczególnie grube zwoje kiełbas przypominających rodzimą kaszankę.






Tuż przed zmrokiem dotarłem do pałacu Uhnyeongung. Nie jest on zaliczany do „Wielkiej Piątki”, ponieważ nigdy w jego historii nie był siedzibą dworu królewskiego. Jego środek odbiegał stylistyką od całej reszty jaką widziałem do tej pory. Przede wszystkim, był mały – składał się z kilku skrzydeł i małych placyków otoczonych przez budynki. Nie był monumentalny, a wręcz przeciwnie, uwodził swym niemal wiejskim klimatem. Niestety, po chwilowej kontemplacji przyszedł do mnie ochroniarz i wskazał na zamykającą się właśnie bramę wejściową.


To nie był lekki dzień. Wieczorem wpadłem w szał zakupów w Insandong. Ciekawostką ze sklepów z pamiątkami było to, że w każdym z nich łaziła za mną jakaś kobieta z obsługi. Gdy tylko zacząłem się na coś patrzeć dłużej, zaczynały się ich monologi zachwalające ofertę i cenę. Okropnie to było irytujące, więc bawiłem się z nimi w kotka i myszkę, uciekając co rusz, żeby mieć dla siebie chwilę na zastanowienie się. Jednak ich taktyka okazała się nader efektywna. Goniły mnie przez pół sklepu i kłapały buziami zagłuszając mój głos rozsądku. Gdy tylko zobaczyłem w hostelu co kupiłem (i za ile!) załamałem ręce nad swoją głupotą.

Późnym wieczorem zebrałem się na kolację. Z mojego pokoju wywabiły mnie zapachy produkowane przez okoliczne restauracje. Głodu nie zabiła kanapka, więc zdecydowałem się na coś konkretniejszego. Niestety, wybór okazał się być dalece nietrafiony. Zupę Naengmyeon jadłem już wcześniej i wiedziałem, że mogę spodziewać się długich klusków w towarzystwie jajka oraz ostrego sosu chili. Tym razem jednak dostałem „letnią” mutację tego dania. W misce było szaro i smutno. Całość zaś została udekorowana najprawdziwszymi kostkami lodu. Jak już wspominałem, koreańska kuchnia bywa dziwna i ten moment był chyba kulminacją moich kulinarnych przeżyć. Rozumiem, że chłodnik jest chłodny, ale lodowaty? Kto to je? Poza oczywiście głupim białasem jak ja. Jakby tego było mało, smak był nijaki, kojarzył mi się z kranówką, do której włożono kluski, posypano sezamem i zapomniano o przyprawach. Wyszedłem niepyszny, ale zły humor szybko mi minął, gdy uświadomiłem sobie, że jutro ostatni dzień w tym miejscu i nie wypada się na koniec obrażać na ten szalony kraj. Nawet jeżeli za kilkanaście złotych otrzymuje się coś absolutnie niezjadliwego.