sobota, 3 listopada 2012

Tłumy w Namsan i inne dziwności Gyeongju

Niedaleko miasta znajduje się Park Narodowy Namsan. Jego mapa kusiła mnie ścieżkami, szczytami i rozlicznymi ciekawostkami rozmieszczonymi w leśnej gęstwinie. Na papierze wyglądało to dobrze, więc po śniadaniu (podanym do pokoju!) wsiadłem do podmiejskiego autobusu i po kilkunastominutowej przejażdżce już byłem na miejscu. Niestety, na ten sam pomysł co ja wpadło kilka tysięcy Koreańczyków. To była sobota, a w weekend rozliczni miłośnicy trekkingu wyciągają swój imponujący ekwipunek i wyruszają na łono przyrody. O ile w ciągu tygodnia można liczyć na samotność, w sobotę i niedzielę jest to niemożliwe. Jak już wspominałem, dla lokalnej ludności trekking mały i duży to sport narodowy. Nie przeszkadza im ani tłok, ani fakt, że ich odpoczynek niewiele różni się od codzienności – i tam i tu traktują wszystko na poważnie, wypruwają sobie żyły i... pokornie kłębią się w kolejkach. Zabawne i straszne jednocześnie.


Zanim jednak wyruszyłem na podbój wzniesień, skręciłem w boczną ścieżkę i trafiłem do położonej pod zboczem świątyni Mangwolsa. Widziałem ich już sporo, ale ta wyjątkowo przypadła mi do gustu. Przede wszystkim, byłem w niej praktycznie sam, o ile nie liczyć kilku mnichów odprawiających poranne modlitwy. Z głośników umiejscowionych na dziedzińcu wydobywały się tajemnicze dźwięki. Śpiewy i recytacje uzupełniane były o sekcję rytmiczną gwarantowaną przez tępe uderzenia drewienkami o siebie. Po chwili i mnie wprowadziło to w nastrój kontemplacji i uduchowienia, a ten moment ciszy i samotności na pewno się tego dnia mi przydał.



Kawałek dalej znajduje się kolejna świątynia, Sambulsa. Obok niej, ukryte pod pagodą są trzy posągi Buddy. Modliło się pod nimi kilka osób, ale poza jednym mnichem oraz jedyną białą osobą którą spotkałem tego dnia, w okolicy nie było absolutnie nikogo. Ta ostatnia zresztą była ciekawostką wartą odnotowania. Pani z Australii, na oko już w wieku emerytalnym, tarabaniła ze sobą składane krzesełko, statyw i wielki aparat. A do tego, kulała na jedną nogę i ledwo co się poruszała. Porozmawiałem z nią chwilę i ta chwila wystarczyła, by dojść do wniosku, że jest to silna ciałem i duchem wariatka, której nic nie jest straszne.




Chcąc nie chcąc, postanowiłem wejść na szczyt Geumobong, najwyższej góry Parku Namsan. Ale szybko się zniechęciłem. Tłok jak w metrze! I wyglądało na to, że jedynie mnie to przeszkadza. Reszta osób zachowywała się zupełnie jakby stanem naturalnym było to, że w leśnej gęstwinie aż roi się od ludzi idących a to w górę, a to w dół.




Gdzieś przed szczytem przystanąłem, odpocząłem i postanowiłem wracać na dół. Nie było sensu pchać się dalej, tym bardziej, że z każdym krokiem robiło się jeszcze tłoczniej, do tego stopnia że... trzeba się było zatrzymywać i czekać aż korek na trasie się rozładuje! Trochę byłem na siebie zły, ale po chwili uznałem to jednak za zabawne doświadczenie, więc wracałem na dół z uśmiechem na twarzy.

Na mapie zaznaczono jeszcze sporo innych atrakcji, więc postanowiłem obejrzeć te do których nie miałem daleko. Jak to czasami bywa, były one dosyć wątpliwej jakości. Ale miały jedną, ogromną zaletę – były tylko dla mnie.


Tłumy zostawiłem daleko za sobą, a najczęściej byłem pozostawiony niemal sam sobie. Pawilon Poseokjeong dla przykładu, okazał się być miłym, acz małym parkiem, którego jedyną atrakcją były resztki dawnego urządzenia wodnego służącego do dworskich zabaw. Miejsce jest znane z tego, że znajdował się tu jeden z najpiękniejszych pałaców Królestwa Silla, ale trudno powiedzieć co dzisiaj do niego przyciąga turystów... bo nic z niego praktycznie nie zostało. Kawałek dalej znalazłem za to prawdziwą koreańską wieś. Jej wąskie uliczki wytyczone zostały przez wysokie, białe mury okalające domostwa. Na podwórkach stały ogromne dzbany do fermentowania kimchi na srogą zimę, suszyły się papryczki chili, a lokalny sklepik i jego nędza dopełniała wizerunku miejsca zapomnianego przez czas. Oszczekiwały mnie leniwe burki, ale nie zobaczyłem ani jednego mieszkańca owego sioła. Koryto okolicznej rzeki było zupełnie suche, co mogło sugerować, że doskonała pogoda jaką się cieszyłem, nie dla każdego jest błogosławieństwem.





Gdy już wróciłem do Gyeongju, zmyłem z siebie kurz po jakże udanym podbijaniu Parku Namsan i udałem się na leniwy spacer po mieście, który zwyczajowo przedłużył się do ciemnej nocy. Na przepastnych terenach Wolseong w najlepsze trwał sobotni relaks. Ludzie spacerowali, niewyżyci miłośnicy wysiłku fizycznego jeździli na rowerach, a rodziny puszczały latawce. W okolicach wieży astronomicznej odbywała się za to nader dziwna ceremonia. Ubrani na biało ludzie ze śpiewem na ustach najpierw krążyli po polach, a potem rozpoczęli procesję. Część osób niosła proporce czy też nieokreślone skrzynieale główną częścią pochodu byli mężczyźni, którzy (niekiedy z trudem) trzymali na swych barkach lektykę. A może był to tron? Ciężko określić zarówno to, jak i powód dla którego kilkadziesiąt osób ubrało się w kitle, żółtawe spodnie, nakrycia głowy i dziwne buty. Atmosfera była jednak luźna, mogę więc tylko domniemywać, że nie była to poważna sprawa wiary, a raczej kolejny tego dnia przykład na to jak trudno zrozumieć duszę Koreańczyków.








Jednym z najpiękniejszych miejsc Gyeongju jest jezioro Anapij. Ostatkiem sił pokuśtykałem w jego kierunku (poranne ćwiczenia dały mi nieco o sobie znać). Wokół akwenu rozłożyło się kilka orientalnych pawilonów i chociaż widziałem już mnóstwo podobnych budynków, musiałem przyznać, że całość mnie oczarowała. Zachodzące słońce dodatkowo dodawało widokom szczególnego uroku. Krążyłem wokół wody, patrzyłem się na odbicia w niej majaczące i... obserwowałem zakochane pary. W sobotę nagle się od nich zaroiło, a motele zapewne nie narzekają na nadmiar wolnych pokoi.







Tego popołudnia spotkało mnie także zabawne zdarzenie. Nie pierwszy i nie ostatni raz ktoś poprosił mnie o wspólne zdjęcie. Zawsze czułem się wtedy dziwnie, ale tym razem moją twarz oblał zapewne głęboki rumieniec. Odważna nastolatka zawołała kilkanaście swoich koleżanek i po chwili pozowałem do fotografii otoczony tutejszymi licealistkami. Wszystkie były we mnie wpatrzone jak w obrazek. Dziesiątki innych osób się temu przypatrywały, głośno komentując i zapewne zastanawiając się czy aby ów rudy, brodaty włóczęga nie jest kimś znanym. Do końca dnia omijałem szerokim łukiem jakiekolwiek grupki młodzieży.

Metodą na chybił-trafił znalazłem restaurację, gdzie ku mojemu zdziwieniu, dostałem angielskie menu. Zamówiłem Bul-gogi z wołowiny, wzorem ludności lokalnej, popiłem je Makkeoli, czyli ryżowym winem i zacząłem dumać nad samym miastem. Nie do końca mnie oczarowało. Opisy sugerujące, że jest to muzeum na świeżym powietrzu są nader celne. Pamiętajcie, że muzea bywają nudne i monotonne. Pełno tu parków, kopców kryjących grobowce, ale z poziomu przechodnia brakuje jednak zwartej miejskiej zabudowy – takiej która byłaby w stanie przyciągnąć uwagę na dłużej. Dlatego też, chociaż z jednej strony warto tu przyjechać, bardziej podobało mi się w Jeonju, gdzie czułem się w mieście i to orientalnym. Gyeongju to kopce, dziesiątki, a może setki podobnych sobie, które szybko się jednak nudzą. Jednak najbardziej podobało mi się w Seulu i cieszę się, że już jutro wracam do stolicy!