Jak to często bywa „najpopularniejsza” nie znaczy wcale „najlepsza”. Do Haeundae dojechałem metrem, a sama przejażdżka zajęła kilkadziesiąt minut. Po wysiadce przeszedłem się główną ulicą, która kończyła się nad wodą. Dookoła nowoczesność mieszała się z koreańską prehistorią, czyli architekturą lat początku boomu ekonomicznego (lata 70-te).

Mimo wszystko, czuć było tam swoisty klimat morskiego kurortu, błąkający się gdzieś pomiędzy wieżowcami ze szkła, a betonowymi klockami z odpadającą elewacją. Melancholii dodawał nie tylko fakt, że wszędzie panowała posezonowa pustka, ale także świadomość, że to miejsce dożywa właśnie swych ostatnich chwil w obecnym kształcie. Za kilka lat postęp wyruguje zapewne ostatnie pozostałości po słodkim, azjatyckim pierdolniku.


Sama plaża, mimo mojego negatywnego nastawienia (popularność!), była przyjemna. Pas piasku nie był może zbyt szeroki, ale zaginając się w kształt rogalika ciągnął się on długo wzdłuż wybrzeża. Poza mną było kilku spacerowiczów, ale można sobie wyobrażać tylko jak tłoczno tu musi być w lato, kiedy leżak, nomen omen, leży obok leżaka. Na widok bezkresu Morza Wschodniego aż się zadumałem, co zresztą w Korei zdarzało mi się nadzwyczaj regularnie. To zapewne pozostałości dzieciństwa, wakacji spędzanych w Świnoujściu, a może faktu, że zostałem poczęty tuż obok Bałtyku, w Pobierowie. Tak czy owak, morze, jego widok, zapach i bliskość, zawsze mnie uspokaja i cieszy. Nad morzem czuję się jak w domu. Lubię usiąść i po prostu w ciszy pogapić się na fale, na horyzont po którym przemykają anonimowe statki płynące w nieznany bezkres. A już szczególnie lubię morze poza sezonem, gdy mam wrażenie, że istnieje (niemal) tylko dla mnie.


Haeundae przez lata było cichą, rybacką osadą, ale obecnie przypominało mi drapieżne chińskie miasta (w Chinach nie byłem, ale tak je sobie czasem wyobrażam). Kiedy odwracałem wzrok od morza, moim oczom ukazywał się las wieżowców, który spoglądał pazernie na plażę i ostatnie miejsca, gdzie nie było jeszcze strzelistej zabudowy. Ta ściana nowoczesności tuż obok budziła we mnie niepokój. Zakłócała bowiem poczucie skali, irytowała swoją nachalnością i bezczelnym zerkaniem w kierunku ostatnich skrawków przeszłości. Patrzyłem się na kolejne place budów ze smutkiem i świadomością, że kiedy następnym razem zawitam w to miejsce, istnieje poważna szansa, że go po prostu nie poznam.

Jako że pogoda była rozkoszna (słońce, bezchmurne niebo) urządziłem sobie drugie śniadanie na piasku. Kanapka ze sklepu, a do tego mleko... o smaku orzechów laskowych. Posilony zacząłem spacerować po okolicach. Kawałek dalej znalazłem nawet resztki starej zabudowy, a pośród niej restauracje z akwariami wystawionymi na zewnątrz, betonowe zaułki i ludzi zajętych codzienną, ciężką pracą.





Zupełnie nieświadomie spędziłem tam kilka ładnych godzin. Wracając metrem postanowiłem wysiąść w centrum handlowym Shinsegae. Po koreańsku jego nazwa oznacza „nowy świat” co zresztą doskonale opisuje to co tam zastałem. To jest właśnie największe centrum handlowe świata. Było rzeczywiście wielkie. Do tego stopnia, że po pięciu minutach obcowania z tym potworem... biegłem w stronę podziemnej kolejki. Za duże. Za ogromne. Zbyt przerażające. Znowu poczułem się jak ubogi kuzyn z Europy Wschodniej, który odwiedza rodzinę z Wielkiego Miasta. Azja nam wszystkim ucieka i robi to w sposób tyleż imponujący, co i irytujący.

Kiedy już wróciłem do „starego, dobrego Busan” w pierwszej kolejności znowu poszedłem pod wieżę. Tym razem nie chciałem już wjeżdżać na górę. Na samo wspomnienie wczorajszych emocji, robiło mi się niedobrze. Wiem, to śmieszne. Taki już jednak jestem, ograniczony, a do tego z panicznym lękiem wysokości (aczkolwiek – lękiem wybiórczym). Ale ze wzgórza rozciągał się równie przyjemny widok na miasto. Niezbyt piękne, to fakt, ale tętniące życiem. Z tej perspektywy było ono jednak ciche, zupełnie jakby te wszystkie mróweczki na dole przesuwały się w milczeniu.






Nogi i żołądek pokierowały mnie następnie na targ rybny. Jeszcze wczoraj widziałem tam przyjemne, proste jadłodajnie i postanowiłem w jednej z nich zjeść obiad. Mój wybór padł na stoisko, gdzie miejsca dla klientów rozstawione były wokół dużego stołu. Na jego środku były dwa paleniska, na których gotowały się dwa duże kociołki z jedzeniem. W jednym była jakaś zupa, w drugim... jakieś „drugie danie”. Przewertowałem książkę, ale nie znalazłem informacji co to mogło by być. Zresztą, w Korei najpiękniejszy jest właśnie ten permanentny stan niewiedzy i naprawdę nie warto chyba psuć tej radości z odkrywania nieznanego. Usiadłem więc i siłą gestów pokazałem co chcę zjeść. Po chwili na stole pojawiły się przystawki oraz parujący półmisek wypełniony... Prawdopodobnie była to jakaś forma morskiego stworzenia, w konsystencji przypominała coś pomiędzy twardym makaronem, a kalmarem. Danie było polane smacznym, acz dosyć ostrym sosem chili, a całość składało się w świeże liście sałaty i innej zieleniny. Do tego dostałem równie tajemniczą zupę w małej miseczce. W niej pływała rzecz, która absolutnie zbiła mnie z pantałyku. Był to ciemnobrązowy, powiedziałbym, że wątrobiany blok pokrojony w kawałki. Smakował dziwnie, przywołując na myśl... krew? Glony? Nie wiem. I pewnie nigdy się nie dowiem. Za całość zapłaciłem śmieszne 5.000 wonów, a najadłem się po uszy. Pomijam już samą radość z odkrywania co się znajduje w misce. Obok mnie po chwili usiadła dwójka koreańskich robotników. Zamówili jedną zupę, dwie butelki sonju i wesoło siorbając gaworzyli pogrążając się w oparach procentów (aczkolwiek, ledwie dwudziestu).


Najedzony długo wałęsałem się pośród ryb, kutrów i morskich dziwolągów. Oprócz samego towaru, coraz to dziwniejsi zaczęli mi wydawać się sami sprzedający oraz spacerowicze. Zastanawiałem się na ten przykład, co robią z tymi wszystkimi rybami. Kupujących nie było zbyt wielu, słońce się już chowało za horyzont, tymczasem setki ton ryb czekały na swoich nabywców. Czy je wyrzucano? Zjadano? Zabierano do domów, rozdawano biednym, zostawiano na pastwę sił natury? Nie wiem. I jak to w Korei już bywa, nigdy się pewnie nie dowiem.







Kiedy już nacieszyłem się słonym zapachem morza, przeszedłem na drugą stronę ulicy i znalazłem się w dzielnicy handlowo-rozrywkowej. Otumaniony neonami zacząłem robić zakupy. To znak, że zaczynam myśleć o końcu urlopu. Kupiłem kilka drobiazgów, w tym bogatą kolekcję skarpetek … Gangnam Style. W końcu to chyba największy pop kulturowy sukces Korei Południowej w jej dziejach. Wszedłem też do sklepów z biżuterią, gdzie w towarzystwie roześmianych Azjatek uległem czarowi zakupów błyszczących drobiazgów. Wydałem krocie, a to był ledwie początek...




Wieczorem w pokoju zająłem się konsumpcją kolejnego wina ze sklepowej półki. Tym razem wybór padł na coś robionego z poczciwych bambusów. Smak dosyć przeciętny, ale grzecznie dopiłem całość oglądając koreańską telewizję. A w niej – dziwy!

