Kierunek – Busan. Planując podróż długo zastanawiałem się nad trasą i nad tym czy warto w niej uwzględniać to miasto. Z jednej strony, wszyscy je chwalili za takie rzeczy jak nocne życie i rozrywki (co mnie akurat umiarkowanie interesuje), dobrą kuchnię i bliskość morza. Z drugiej, między zdaniami można było wyczytać, że Busan jest nowoczesne, betonowe i prawie pozbawione zabytków poświadczających jego wielowiekową historię. Mimo wszystko, zwyciężyła ciekawość poznania jednego z największych portów kontenerowych świata oraz wizja zobaczenia na własne oczy Morza Wschodniego (w Japonii nazywanego Morzem Japońskim).
Przejazd autobusem trwał ponad trzy godziny. Jak na lokalne standardy to dosyć długo. Po drodze wjeżdżaliśmy w rozliczne tunele, które pozwalały nam przecinać wzniesienia szybko i bez wysiłku. Pojazd mknął po prostej trasie, zaś dookoła przyroda przeplatała się z cywilizacją. Widoki za oknem dziwiły mnie coraz mniej. Pola na których sianokosy uformowane były w białe bele przypominające, przepraszam, ale tampony. Małe miasta wylane z betonu. Zielone pagórki i lasy. Ich mnogość zadaje kłam tezom, że Korea Południowa to kraj przeludniony i wytrzebiony. Im dalej od Seulu, tym przyroda ma do powiedzenia coraz więcej. Trzeba tylko wiedzieć gdzie szukać.
Jako że w autokarze był telewizor, zerkam czasem na ekran. A na nim dzieją się istne dziwy, potwierdzające tylko, że zrozumieć duszę tego narodu jest bardzo ciężko. Szczególnie z naszej perspektywy. Miks wiadomości w serwisach stacji był przedziwny. Te ze świata składały się z rzeczy tragicznych (huragan w Nowym Jorku), smutnych (bezręka dziewczyna robi zakupy w sklepie spożywczym) albo spraw o podłożu kryminalnym (ujęcie bliżej nieokreślonej szajki w Wielkiej Brytanii). Jedno pasmo skandali, deprawacji i upadku moralnego. Obejrzałem i wcale nie chciałem wracać do tej dziczy, w której żyje „biały człowiek”. Widać, wiadomości mają na celu podniesienie morale i wzmocnienia dumy z bycia Koreańczykiem, czyli homo civicus. Wydarzenia krajowe składały się w większości z samych sukcesów, przetykanych od czasu do czasu niewinnymi głupotami (vide pierwsza na świecie dynia, na której można grać w Tetrisa). Tutaj telewizja uczy i bawi ucząc. Naukowe wykresy obrazowały więc wzrost produkcji tego czy innego wytworu rodzimej ekonomii, specjaliści radzili jak się odżywiać, jak pracować, jak odpoczywać, jak żyć. Była to jedna wielka propaganda sukcesu, ale mnie owa nachalna i naiwna forma niezbyt przypadła do gustu.
W Busan szybko trafiam do mojego motelu. Oczywiście bez stosownej mapki byłoby to praktycznie niewykonalne. Mój pokój nieco mnie rozczula tandetą i oryginalnym stylem z początku lat 90-tych ubiegłego wieku. Tak jak poprzednio, mam jednak swój duży telewizor oraz komputer. Jest też czysto. Jako że nie przyjechałem tutaj delektować się takimi rzeczami, szybko wychodzę na trwający do późnego wieczora rekonesans miasta.

Po kilku dniach na prowincji, musi minąć chwila aż moje zmysły przyzwyczają się znowu do szumu dzikiej metropolii. Busan liczy sobie 3,5 miliona mieszkańców – pod względem liczby ludności to drugie miasto w kraju. Śródmieście nie było jednak szczególnie imponujące. Brakowało w nim wielkich, nowoczesnych wieżowców, czy też śmiałych rozwiązań architektonicznych. Jednocześnie jednak czułem się w nim dobrze, ze względu na bardziej humanitarną skalę. Zabudowa (w większości) miała swoje lata i widać po niej było, że od swego powstania miała charakter czysto utylitarny. W końcu, Busan to nie jest miasto naukowców, poetów, filozofów czy artystów. Busan to handel – to nie tylko największy port w Korei Południowej, ale i piąty port kontenerowy świata. Od Hamburga, którego rozmiary i rozmach niedawno przecież mnie zachwyciły, jest większy, bagatela, dwa razy. Jego znaczenie i przepustowość przestają dziwić, gdy zdamy sobie sprawę, że Korea Południowa, w sensie geopolitycznym, jest wyspą. Wszystkie towary eksportowane i importowane, transportowane są drogą morską (tanio) czy też lotniczą (drogo), ponieważ nie istnieje żadne lądowe połączenie z resztą świata. Busan więc to strategiczny punkt dla gospodarki całego kraju.



Kierując się w stronę wody, w pierwszej kolejności trafiłem do tutejszego Chinatown. I tu zdziwienie. Dookoła mnie bowiem mnóstwo białych twarzy. I to nie zwykłych białych, ale naszych – słowiańskich. Nie wiem jaki odsetek marynarskiej braci stanowią Rosjanie, ale w Busan jest ich mnóstwo. W barach, restauracjach, salonach masażu (jasne) – wszędzie obowiązuje cyrylica, wszędzie szumi śpiewny rosyjski jako lingua franca. Dzielnica cieszy się umiarkowaną sławą, szczególnie po zmroku. Oczywiście, nie oznacza to, że jest tam niebezpiecznie, a jedynie nieco obskurnie. Towarzystwo postawnych pijanych marynarzy nie każdemu musi przecież odpowiadać.



To w Busan znajduje się ponoć największe centrum handlowe (wszech)świata. Niedaleko portu znajduje się inne, zdaje się, że niewiele mniej imponujące. Jak sugeruje nazwa należy ono do Lotte, potężnego konglomeratu japońsko-koreańskiego. Przedsięwzięcia tej mega korporacji można znaleźć w Korei niemal na każdym kroku. Produkują, sprzedają i świadczą usługi w wielu sektorach gospodarki. Ich macki trafiły nawet do Polski, gdzie, jeżeli ktoś nie pamięta, przejęły jedną z ikon znad Wisły, markę E.Wedel. Według planów rozwoju, Lotte ma postawić w Busan m.in. wieżę oraz całą aluminiowo-szklaną dzielnicę wieżowców.


To jednak dopiero za jakiś czas. Tuż obok stalowego giganta w środku, którego zamknięty jest świat luksusowych marek, rozpoczyna się miejsce dla którego warto do Busan przyjechać nawet z drugiego końca świata. Targ rybny Jagalchi. Według wielu, najbardziej śmierdzące miejsce na ziemi. To oczywiście gruba przesada, ponieważ Azja jest w stanie zaoferować znacznie bardziej sensacyjne doznania... Ale jako reklama – hasło brzmi dobrze.

Targ zaczyna się niewinnie – od uliczek ze sklepami, które sprzedają sieci rybackie, boje, żyłki i im podobny asortyment. Kawałek dalej jednak zaczyna się prawdziwa uczta dla wszystkich zmysłów. Najbogatsi sprzedawcy mają swoje stoiska pod dachem, w hali. Po wejściu do środka w nozdrza uderza ów słynny zapach morza i jego mieszkańców, który towarzyszy mi już przez cały czas obcowania z Jagalchi i jego okolicami. Asortyment jest porażający. Nie jestem w stanie nazwać większości tego co widzę. Są tu nie tylko ryby, owoce morza, ośmiornice, kałamarnice, ale także nieokreślone skorupiaki, muszle, a nawet coś co nazywa się „penis fish” i... przypomina to co przypomina. Można tu zobaczyć i kupić chyba wszystko. Sprzedawcy kroją zamówione ryby, wyławiają kolejne z pojemników, podlewają je wodą, uzupełniają zapasy. Ciężka, cuchnąca praca wre w najlepsze mimo popołudniowej pory. Krążyłem wokół stoisk i z dziecięcą ciekawością obserwowałem to wszystko co się działo dookoła mnie.









Na targu można zrobić zakupy, ale także zjeść. Wchodząc do innej hali trafiłem na wiele restauracji. Wszystkie były proste, a chętni mogli sami wskazać co sobie życzą na posiłek. Jako że nie jadłem niczego konkretnego od postoju pomiędzy Jeonju a Busan, szybko zdecydowałem się usiąść przy losowo wybranym stoliku. Właściciel sprawiał wrażenie, że co nieco mówi po angielsku. Jak się jednak okazało, było to mylne wrażenie. Opanował głównie liczby, szczególnie jedną, o czym przekonałem się chwilę później. Pozostało mi więc znowu oprzeć się na sile i wymowie gestów. Pan pokazał mi szarą, płaską rybę – pokiwałem głową na tak. Pan pokazał mi małą ośmiornicę – pokiwałem głową na nie. Po chwili na moim stoliku pojawiły się przystawki. Tym razem, po raz pierwszy, bez kimchi. Było za to kilka pokrojonych warzyw w asyście małż oraz krewetek. Wszystko świeże, smaczne, ale o ile lubię krewetki, nikt mnie nie przekona do tych snobistycznych gili zaczepionych na muszlach.

Główne danie składało się z talerza surowej ryby pokrojonej w drobne paski. Do tego sos sojowy, sos wasabi oraz talerz zieleniny do zawijania wszystkiego w kuleczkę. Nie do końca tego się spodziewałem, ale w końcu niespodzianki to esencja podróżowania. Było smacznie i z pewnością zdrowo. Nieco się jedynie skwasiłem gdy przyszło do płacenia. 20.000 wonów (ca. 60 zł) to niemała kwota. Co prawda, jedzenie było warte swojej ceny, ale spodziewałem się zapłacić o jakieś pięć tysięcy mniej. Niestety, właściciel uparcie powtarzał dwadzieścia i dwadzieścia. Może nie znał innej liczby?

Po posiłku wróciłem na targ. Oprócz hal, składa się on z mnóstwa uliczek i alejek, wzdłuż których, pod gołym niebem, rozstawili się sprzedawcy. Jest tu brudniej i biedniej niż w halach, ale jednocześnie jeszcze bardziej klimatycznie. Kawałek dalej wędkarze moczą kijki tuż obok zacumowanych kutrów. Zerkam w wodną kipiel i nie mogę się nadziwić: na dole rzeczywiście aż roi się od ryb. Ciekawe czy ten urobek trafia na sprzedaż czy też może zabierany jest do domu?


W swoim zwyczaju, długo wałęsałem się po tych okolicach. Krążyłem między stoiskami, zaglądałem do rozlicznych garkuchni, patrzyłem na pracę kucharzy i sprzedawców. Srebrne ryby błyszczały w świetle żarówek, kłęby pary unosiły się nad garnkami z nieokreśloną zawartością, kraby wierciły się pośród trocin.











Byłem też świadkiem zabawnego zdarzenia. Jeden ze sprzedawców miał kubełki, w których trzymał ośmiornice. Kotłowało się w nich okrutnie, a po chwili jedna wyskoczyła na zewnątrz. Szybkimi ruchami zaczęła się oddalać, dopóki inny sprzedawca nie przegonił jej z powrotem. Wrzucił ją do wody, ale ośmiornica, widać z zacięciem podróżniczym, po chwili znowu z niego uciekła. Tym razem, nie niepokojona przez nikogo pokuśtykała w innym kierunku i... zniknęła mi z oczu. Zacząłem wtedy uważnie zerkać pod własne nogi, a w nocy śniły mi się koszmary z wielką ośmiornicą w roli głównej, która wyłazi spod łóżka.


Wiedziony blaskiem neonów trafiłem do handlowego śródmieścia. Niewiele różniło się ono od Seulu. Było tam pełno sklepów, butików, ale również ulicznych straganów z tandetą i szybkim jedzeniem. W porównaniu do Jeonju czy Gongju, było tu gęsto od budynków i ludzi. Te wąskie uliczki to dosłowne ucieleśnienie moich wyobrażeń o nowoczesnej Azji.



Pomiędzy dachami prześwitywała podświetlona wieża Busan. Ma ona około 120 metrów wysokości i powstała w 1973 roku. Za jakiś czas zostanie zapewne zburzona, gdy powstanie planowana już Lotte Tower, a staruszek sprzed dekad przestanie być potrzebny. Konstrukcja już dzisiaj nieco odstaje od standardów XXI wieku, ale jej kształt mnie akurat bardzo się podobał. Ma on w sobie pewne nawiązania do koreańskiej tradycji i budzi miłe memu sercu skojarzenia z latami 70-tymi, gdzie wszystko było mniej plastikowe niż obecnie. Postanowiłem wjechać na samą górę, tym bardziej, że taka przejażdżka nie kosztowała dużo. Dopiero gdzieś w połowie jazdy windą przypomniałem sobie, że mam lęk wysokości i zazwyczaj źle znoszę przebywanie w małych przestrzeniach zawieszonych wysoko ponad ziemią.



Na górze czułem,że konstrukcja nieznacznie się rusza. Być może to z nerwów ruszało mi się w głowie, a być może rzeczywiście konstrukcja pozwala na pewne odchylenia odczuwalne dla błędnika. Popatrzyłem się na morze świateł pode mną, a kilka widoków sprawiło, że nogi mocniej się pode mną ugięły. Z ulgą zjechałem na dół.



Powoli wróciłem do motelu. Dałem sobie spokój z metrem i znowu zdałem się na własne nogi. Część drogi pokonałem przejściem podziemnym. Nazywa się ono Gwangbok i liczy sobie dobre kilkaset metrów długości. Mroźną zimą czy też upalnym latem pewnie docenia się je jeszcze bardziej. Nie żeby było ono jakoś szczególnie imponujące, ale dodaje co nieco do ogólnego obrazu rozmachu Korei Południowej.
Zahaczyłem jeszcze o wieczorne Chinatown i... szybko się stamtąd zmyłem. Panowała tam przygnębiająca pustka i cisza, przecząca sławie tego miejsca. Pod barami i salonami masażu przesiadywały blondwłose damy o urodzie, która jasno sugerowała, że przeciętny rosyjski marynarz nie jest wybredny. Jako że moja słowiańska uroda oraz długa broda mogły sugerować, że jestem właśnie takim amatorem damskich wdzięków, uciekłem chybcikiem.


Wieczór zakończyłem, jakżeby inaczej, stosownym napojem. Tym razem ze sklepowej lodówki wyciągnąłem wino ryżowe. Smak? Tak jakby zalać ryż wodą i zostawić na kilkanaście dni. Popijałem ten niskoalkoholowy specyfik, oglądałem koreańską telewizję i zacząłem czuć, że połowa wyjazdu właśnie się zbliża...
