





Tępy ból głowy wzmógł się gdy po raz ostatni odbyłem rundkę po Reeperbahn. Na ulicy było pusto, ale i tu oczywiście znaleźli się zagubieni imprezowicze oraz niezmordowani amatorzy rozrywek. Neony już dawno zgasły, światło słoneczne uwypukliło wszechobecną tandetę, gdzieś w zaułku papierosa zapaliła podstarzała tancerka o zmęczonych, podkrążonych oczach, a tajemniczy mężczyzna w cylindrze korzystał ze swego „magicznego pudełka”... Dzielnica Czerwonych latarni w całej swej, wątpliwej, krasie.




Na Repperbahn warto zwrócić uwagę na niepozorny ceglany budynek mieszczący komendę Policji. Nazywa się Davidwache, do dzisiaj spełnia swoją rolę i był bohaterem wielu niemieckich filmów kryminalnych. To w tym miejscu, w 1960 roku dwaj Beatlesi Paul McCartney i Pete Best (ten szybko się z zespołem rozstał) spędzili kilka godzin, gdy zostali oskarżeni o spalenie … prezerwatywy w niejakim Kinie Bambo. Zapewne się tym chwalebnym wyczynem nieszczególnie chwalili, chociaż kronikarze w Hamburgu są jak widać nader pamiętliwi. Historia milczy na temat tego czy Beatlesi odwiedzali słynny burdel na Herbertstrasse. Jego podwoje zamknięte są żelazną bramą, a tabliczki ostrzegają, że wstępu za nią nie mają mężczyźni poniżej 18 roku życia oraz kobiety. Te które nie słuchają się nakazu może czekać zestaw niemiłych niespodzianek, w tym... oblewanie ich z góry moczem. Ot, Niemcy.







Każdej niedzieli bladym świtem odbywa się słynny targ rybny w Sankt Pauli. Sprzedaż kończy się po dziewiątej rano (sic!), ale gdy dotarłem tam ponad godzinę później w powietrzu nadal rozpływał się słony, intensywny zapach ryb. Sprzedawcy kończyli się pakować, a setki mew krążyły dookoła w nadziei na łatwy posiłek. Co ciekawe, tuż obok placu targowego znajduje się ogromna hala. Jeszcze wczoraj widziałem jak do środka wchodzą goście (w dużej części ubrani w ludowe stroje) uczestniczący w hamburskiej mutacji Oktoberfestu. Po kilkunastu godzinach zabawa trwała w najlepsze! Nieprzytomne oczy klienteli jasno wskazywały, że nikt tutaj nie kładł się spać. Do kotleta przygrywał akurat bliżej mi nieznany zespół McCreams, serwujący nieśmiertelne teutońskie przeboje muzyki popularnej. Piwo, mimo wczesnej pory, lało się zaś strumieniami.





Tuż obok na chętnych czeka kolejna alternatywna atrakcja miasta, czyli prawdziwa łódź podwodna. Chociaż wymalowany na kiosku numer (U-434) sugerować może, że mamy do czynienia z U-Bootem, jest to łódź sowiecka i to nie byle jaka. Jednostka o napędzie nuklearnym, tzw. Tango class, wybudowana w 1976 roku służyła przez wiele lat jako jednostka szpiegowska. Miejska legenda głosi, że udało jej się nawet wpłynąć do portu w Nowym Jorku. Dzisiaj jej służba to znoszenie humorów setek dzieci, dla których jest to przecież nie lada atrakcja.


Ja skusiłem się na wycieczkę. W zatoce na chętnych czekało mnóstwo statków oferujących turystyczne przejażdżki po porcie. Przez godzinę nasza krypa pływała po tym tajemniczym i fascynującym miejscu, gdzie z bliska miałem okazję podziwiać ogrom współczesnych kontenerowców.
Są ogromne – to brzmi prozaicznie. Ale w ich przypadku ciężko nawet znaleźć odpowiednie słowa, które są w stanie opisać ich gabaryty. W Hamburskim porcie cumują jednostki, które swymi rozmiarami wykraczają poza tzw. Panamax. To maksymalne rozmiary statków morskich, które umożliwiają skorzystanie z Kanału Panamskiego. Przez lata wyznaczały one standardy dla całego świata. W obecnych szalonych czasach zaś coraz więcej kontenerowców rozrosło się ponad ową miarę. Jednostki Post-Panamax mieszczą nawet ponad dziesięć tysięcy kontenerów! Oto odpowiedź dlaczego transport morski wygrywa i będzie wygrywał z każdym innym (może poza teleportacją w przyszłości).







Bóg Neptun dał nam znać, że na wodzie to on rządzi. Kiedy wypływaliśmy nadal świeciło słońce. Nie minęła chwila, gdy na „pełnej Łabie” nagle zrobiło się ciemno, a z nieba lunęła istna ściana słonego deszczu. W ciągu godziny pogoda zmieniała się jeszcze kilka razy. Mnie to umiarkowanie przeszkadzało, ponieważ ogrom portu tak mnie zafascynował, że nie zważałem na warunki, a chłonąłem widoki tuż za burtą. Oprócz statków, niesamowite wrażenie robi cała portowa infrastruktura. Ogromne doki, suwnice, redy, dźwigi, szare masywne zabudowania, terminale rozładunkowe. W tym miejscu trwa prawdziwa, przydatna i ciężka praca – jakże odmienna od naszego codziennego siedzenia przed biurkiem o której walorach użytkowych coraz częściej śmiem wątpić.




Po powrocie na stały ląd znowu zrobiło się przyjemnie, ale deszcz wracał co chwila. Niespiesznie zwiedzałem więc zaułki Sankt Pauli, zjadłem kolejną kanapkę ze śledziem, popatrzyłem się na smukłą sylwetkę statku San Diego (w czasach swej prosperity określanego jako „biały łabędź południowego Atlantyku”), pokręciłem się po jachtowej przystani, aż w końcu wróciłem do hotelu i z plecakiem powędrowałem z powrotem na Dworzec. Droga powrotna powiodła mnie dokładnie tą samą trasą co pierwszy piątkowy spacer. W niedziele ulice biznesowej części były niemal zupełnie puste. Hamburg krzyczał do mnie – zostań, przecież tak mało zobaczyłeś! I miał rację.

Chciałem jeszcze posiedzieć nad jeziorem, ale pogoda jasno dawała mi znać, że pora już wracać na lotnisko. Cóż, jeżeli Fortuna będzie łaskawa, do Hamburga jeszcze wrócę, bo jego portowy klimat idealnie oddaje to co lubię w miastach i samych podróżach.
