niedziela, 28 października 2012

Na południe

Pora opuścić Seul. Miasto z jednej strony mnie przytłoczyło, z drugiej rozbudziło ciekawość, zostawiło w głowie wiele pytań. Rozumiem zarówno tych, którzy są nim rozczarowani (beton!), jak i tych, którzy przyjeżdżając do Korei w ogóle nie opuszczają stolicy. Seul sprawia wrażenie miasta, w którym jest co robić i jest gdzie pojechać. Przez te dwa dni zupełnie nie zgłębiłem jego duszy. O ile ten moloch takową posiada i o ile taki przejezdny jak ja w ogóle może dostąpić takiego zaszczytu.


Zazwyczaj podróżuję według ustalonej marszruty, ale na ten dzień wyjątkowo nie miałem żadnego planu, żadnego zarezerwowanego hotelu, żadnego pewnego pomysłu. Zupełnie nie w moim stylu, co było przyjemną odmianą. Przez chwilę walczyłem z pomysłem, by po prostu zostać jeden dzień dłużej w mieście, ale górę wzięła ciekawość. Ruszyłem więc na koreańską prowincję. Kierunek – południe. Wybór padł na „niewielkie” miasto Gongju (ledwie 600 tysięcy mieszkańców).

Chciałbym uraczyć czytelników barwną opowieścią o trudach podróży, ale ta była lekka, łatwa, przyjemna i względnie krótka. Co prawda samym metrem musiałem jechać kilkadziesiąt minut, ale potem bez problemu znalazłem dworzec autobusowy, kupiłem bilety i wsiadłem do właściwego autokaru. Niecałe dwie godziny potem byłem już na miejscu. Po drodze obserwowałem koreańskie przedmieścia, bo wsią ciężko to było nazwać. Gyeonggi-Do, jedna z prowincji na które dzieli się cały kraj ma opinię najmniej ciekawej … i najmniej znanej. Gdzie okiem nie sięgnąć, tam zawsze w polu widzenia był jakiś symbol ludzkiego istnienia i aktywności. Szklarnie, hurtownie, skromne grunty orne, zjazdy do nienazwanych miasteczek, osady wyrastające w szczerych polach... Wszędzie ludzie, wszędzie samochody, wszędzie coś się dzieje, coś się wytwarza, coś się produkuje, albo chociaż hoduje. Przyrody, takiej dzikiej i prawdziwej, w tej części kraju jest raczej niewiele. Jak to jednak już bywa z takimi miejscami, trzeba skręcić nieco z utartych i łatwych ścieżek, by znaleźć coś ciekawego i zupełnie zapomnianego przez współczesność.


Samo Gongju okazało się być typowym dla współczesnej Azji betonowym miastem bez wyrazu i własnego charakteru. W oczy rzuca się rozliczna, słodka tandeta, której symbolem jest hotel w kształcie zamku godnego Transylwanii... Oczywiście, od razu można poczuć, że to nie Seul. Budynki są rozstawione rzadziej, otwiera się więc przestrzeń, tyle że w niej nie za wiele jest do podziwiania. Skręcam bez większych problemów we właściwą stronę i po krótkim spacerze docieram nad brzeg rzeki Geumgang. Na jej drugim brzegu pyszni się wiekowa twierdza Gongsanseong, pozostałość po dynastii Baekje i jej królestwie. Przez kilkadziesiąt lat, do 538 roku n.e. znajdowała się tu jego stolica. Umocnienia się jednym z nielicznych, a już na pewno największym artefaktem po tych zapomnianych, dawnych czasach. Co prawda nazwa Baekje nic mi nie mówi (pomijam mądrości wyczytane w internecie czy przewodniku), ale wystarczy, że przypomnę sobie, że w tym samym czasie, gdy tu kwitła cywilizacja, nasi przodkowie walili się po głowach przysłowiowymi maczugami. Wtedy te wystrojone ruiny zaczynają grać w duszy zupełnie inną melodię.

Nie mam noclegu i w jego poszukiwaniu przechodzę przez most do „starego Gongju”. Poza wspomnianą twierdzą, cała reszta jest tak samo betonowa jak nowa część, tyle że bardziej pchlarska, bo wybudowana w latach 70-tych czy też 80-tych. Na mapce zaznaczonych jest kilka moteli. Oczywiście, żaden nie raczy stać w swoim miejscu... Jednak szybko trafiam na sensowne i tanie miejsce.

Bez znajomości angielskiego (recepcjonista) czy koreańskiego (ja) ustalamy cenę, liczbę dni i załatwiamy pozostałe formalności polegające na przekazaniu stosownej kwoty. Mój pokój jest nawet miły i nie posiadam się z radości, bo to pierwszy raz kiedy będę spał w najprawdziwszym motelu. Popełniam z zapomnienia ogromne faux-paus: wchodzę do pokoju cały czas z butami na nogach. Pan uczy mnie więc kultury. Buty należy zdjąć, to wiadomo. Do łazienki są oddzielne klapki, zaś kolejną parę obuwia należy nosić wyłącznie w pokoju. W przepraszającym geście dziękuję mu tak wylewnie, że uderzam się czołem o (podgrzewaną!) podłogę.

Motel amerykański, znany nam z filmów to coś innego od koreańskiego kuzynostwa. O ile w przypadku tych pierwszych, grupą celową są kierowcy i osoby podróżujące po bezkresie Stanów (o naiwności!), w przypadku drugim klientela to … zakochane pary. Często takie zakochane „na jedną noc”. Mówiąc wprost, motele bywają traktowane jak hotele na godziny, miejsca schadzek i spotkań pozamałżeńskich. Poziom usług jest oczywiście różny. Motel w Gongju wyglądał jakby nie za bardzo wiedział na czym mu zależy. Był więc po trochu burdelatowaty, po trochu dedykowany kierowcom i strudzonym wędrowcom. Nie przeszkadza mi to jednak jasno stwierdzić, że wnętrze było nie tylko romantyczne, ale czyste i zadbane. Każdy pokój wyposażony był we własny komputer, duży telewizor oraz łazienkę. To wszystko za sensowne pieniądze. Gdybym miał do Korei przyjechać raz jeszcze – spałbym TYLKO w motelach!

Szybko wychodzę „w miasto”. Najpierw w poszukiwaniu sklepu. Przyzwyczajony do 7 Eleven na każdym rogu, przeżywam ciężki szok. W zasięgu wzroku nie ma nic! Miejska pustynia. Przemierzam handlowe zaułki, targowiska oblepione skromnymi straganami, ale zwykłe sklepy spożywcze udanie unikają mojej uwadze. Kiedy już w końcu udało się coś znaleźć, objuczony herbatami o smaku kory, orzeszków i plwocin, przekraczam bramę fortecy.



W jej wnętrzu, otoczonej murem okalającym wzniesienie, mieści się ładny park, po którym rozrzucone są pawilony, świątynie i punkty widokowe. Zaglądam tam z radością i entuzjazmem, chociaż trudno napisać, że miałem tam ciszę czy spokój. Turystów były bowiem spore hordy. Europejczyka spotkałem jeden raz – kolejnego zaś dopiero następnego dnia w zupełnie innym mieście!

Spędziłem tam sporo czasu. Chodzenie po dawnych umocnieniach było co prawda dosyć męczące, ale widoki jakie otwierały się przede mną w pełni rekompensowały ten wysiłek. Z jednej strony „stare” miasto, z drugiej zaś oczy cieszyła panorama rzeki, pobliskich wzniesień oraz białych bloków symbolizujących nowoczesność.


Najprzyjemniejsze wrażenie zrobiła jednak na mnie jedna ze świątyń, Yeongeunsa. Powstała w 1458 roku i panowała w niej przyjemna cisza, wręcz zmuszająca do podróży w głąb siebie. Z dachów zwisały swastyki, jakby nie było, symbole szczęścia, ze środka dymiły aromatyczne kadzidełka, drzewa szumiały, a liście przyjemnie chrzęściły pod nogami.






Spacerowym tempem odwiedzałem kolejne miejsca ukryte pośród gęstego listowia. Koreańskie pawilony, duże drewniane konstrukcje oparte na kolumnach i pozbawione ścian, szybko zaczynają nużyć, jednak te były wyjątkowo urodziwe dzięki swemu umiejscowieniu pośród drzew i pokrytych liścmi trawników.











Kiedy opuściłem mury fortecy było już ciemno. Pora coś zjeść! Miasta takie jak Gongju mają to do siebie, że w ich betonowym świecie czasem niełatwo znaleźć stosowny (bądź jakikolwiek) wyszynk. Niby wszystko jest na miejscu, ale gdy przychodzi co do czego, okazuje się, że poszukiwania trwają długo i są mozolne. Mijałem sklepy z elektroniką (wojna na linii Samsung – LG trwa w najlepsze), sklepy z telefonami komórkowymi, salony samochodowe... Ulice były pełne neonów jednak czuć było, że czegoś tu brakuje. Brakuje ludzi! Chodniki były puste, kolorowe witryny istniały jakby same dla siebie, nikt do nich nie zaglądał. Nawet ruch na drodze był skromny, nieśmiały i senny.

Na szczęście, wiedziony instynktem, trafiłem w okolice uniwersyteckie. A gdzie studenci, tam wszędzie na świecie są knajpy z tanim, dobrym jedzeniem. Nie inaczej było i tu. Byłem na tyle głodny, że wszedłem do pierwszej lepszej knajpy, gdzie znajdował się wolny stolik. Za 5.000 wonów (około 15 zł) zamówiłem zupę o niewiadomym składzie oraz nazwie. Parująca miska pojawiła się w asyście rozlicznych przystawek. Miło, że dają je zawsze, nawet do tak skromnego dania. Tym razem ów koreański specjał mnie pokonał. Nie byłem w stanie dojeść do końca. Smak? Kolejny raz, wypada go nazwać wyjątkowym i bardzo specyficznym doświadczeniem.

Patrzyłem się na pływające w środku składniki i nie byłem w stanie określić większości z nich. Była tam zarówno dziwna „zielenina”, jakaś nieznana mi czarna narośl, jak i surowe jajko, które przy kontakcie z gorącą zupą ścięło się w coś co przypominało embrion. Piękne wrażenia estetyczne... Lokalne kimchi z kiszonej kapusty pekińskiej, smakowało wyjątkowo ostro i brutalnie. Po takim posiłku kupiłem już tylko piwo i niespiesznie wróciłem do swojego motelu przemierzając puste ulice Gongju, miasta które pewnego dnia stanie się drugą stolicą Korei Południowej.