
Dlaczego akurat Korea Południowa? Na to pytanie nie ma sensownej odpowiedzi. Podobnie jak w inne miejsca, bilety do Seulu nabyłem ni stąd, ni zowąd, wiedziony intuicją i ciekawością. Chciałem zobaczyć inną Azję niż tą którą poznałem do tej pory (ledwo przecież muskając jej najdalsze wypustki!). Według wielu, Korea to kwintesencja tego kontynentu, miejsce tak inne jak to tylko możliwe, kraj dynamiczny i pewnie spoglądający w przyszłość, a jednocześnie posiadający wielowiekową historię, bogatą kulturę, wyjątkową kuchnię. Mimo to, Korea od zawsze jest w cieniu wielkich sąsiadów, dzięki czemu nadal nie jest zbyt popularnym kierunkiem wojaży. Brzmiało dobrze.
Do niemal dnia wylotu nie byłem pewny czy w ogóle pojadę, ale szczęśliwie udało się jeszcze raz uciec dorosłemu światu na te kilkanaście dni. Bez Ani co oznaczało, że raczej nie odpocznę i nie będę miał dla siebie ani grama litości. A więc, w drogę!
***
Przystanek po drodze do bram Azji tym razem przypadł w Amsterdamie. Lotnisko Schiphol zrobiło na mnie bardzo przyjemne wrażenie. Przestronnie, spokojnie, zupełnie nie czuć, że to miejsce przez które przewija się rokrocznie ponad 40 milionów podróżnych. Do tego, rarytas, czyli darmowy internet wiszący w powietrzu. Aż poczułem żal, że w drodze powrotnej przesiadać się będę na paryskim lotnisku im. Charlesa de Gaulle'a, które jest ucieleśnieniem dokładnego przeciwieństwa tych przymiotów... No nic, to dopiero za kilkanaście dni. Teraz czas na radość z faktu, że jestem w drodze, a więc w owym rozkosznym stanie zawieszenia gdzieś pomiędzy. Przeglądam przewodnik po nieznanym patrząc na błękitnego kolosa niebios, czyli Boeinga 747, którym polecę … dopiero pierwszy raz w życiu. Początek urlopu to zdecydowanie jedna z jego najprzyjemniejszych części.



Przelot z Amsterdamu do Seulu to bite jedenaste godzin w drodze. A samolot jest wypchany do cna. Zarówno ludźmi jak i ich bagażami. Azjaci, jak się okazuje, chyba wszelkiej narodowości i pochodzenia, mają to do siebie, że zabierają na pokład tyle ile im się zmieści w rękach. A mieści się dużo. Od takich Wietnamczyków różni ich jedynie asortyment. O ile tamci przewozili paskudne bazarowe torby, samowary, kuchenki mikrofalowe, słowem – tandetę, to pośród Koreańczyków dominują zakupy ze strefy bezcłowej – alkohole, delikatesy, buty, torebki, perfumy.
Na monotonię najlepsza jest rozmowa (to wcale nie jest moja maksyma, ja wolę spokój, ciszę i milczenie). Jest okazja porozmawiać, bo spotykam rodaka. Jednego z dwóch podczas całego wyjazdu (i jednego z nielicznych „białych” turystów, ale o tym później). Tak naprawdę, był Niemcem, ale urodził się w Polsce i całkiem dobrze mówił po naszemu, kalecząc co prawda język ciężkim teutońskim akcentem, który sprawia, że każde słowo brzmi jak ponury rozkaz. Pogadaliśmy o tym i tamtym, między innymi o Hamburgu skąd pochodził i Sankt Pauli na mecze którego również czasem wpada. Ja udzieliłem mu kilku drobnych porad. Przepraszam, ale musiałem. Zazwyczaj tego nie robię, ale osobnik ów sprawiał tak nieporadne wrażenie, że w moim obowiązku było wyprostowanie kilku faktów. Chociażby takiego jak kwestia bezpieczeństwa. Nigdzie na świecie nie jest tak bezpiecznie jak w większości krajów Azji, tymczasem on żywił przekonanie, że jest dokładnie odwrotnie. Po wylądowaniu wymieniliśmy się kontaktami i każdy z nas poszedł w swoją stronę. Ja raczej pokuśtykałem, bo niewygodna podróż sprawiła, że jedna z nóg niemal odmówiła mi posłuszeństwa. Starość nie radość jak to się mawia, następnym razem chyba pora na biznes klasę.
Lotnisko Incheon to idealna wizytówka całego kraju. Ogromne, stalowe, monumentalne, nowoczesne, a jednocześnie łatwe do poruszania się i bardzo przyjazne. Pierwszy kontakt z Koreą sprawił, że poczułem się ubogim kuzynem, który przybył z biednej, zacofanej Europy. I niestety, w ten sposób czułem się niemal przez całą podróż. Azja nam uciekła już dawno, dawno temu. Nie mówię o naszej poczciwej Polsce, ale o Europie, bądź co bądź mateczniku cywilizacji białego człowieka.
Po niemal godzinnej podróży autokarem, wysiadam na przystanku Sinchon. Zmęczony i otumaniony otoczeniem i miastem, które trudno opisać słowami. Na ratunek niech przyjdą więc liczby. Seul liczy sobie ponad 10 milionów mieszkańców. Niby nie tak znowu dużo, ale... Ludzie i budynki są tu niesamowicie upchane - pod względem zagęszczenia ustępuje mu jedynie Mumbaj. Jeżeli weźmiemy pod uwagę jedynie kraje rozwinięte, okażę się, że stolica Korei to największe miasto „pierwszego” świata, a jeżeli przyjrzymy się bliżej aglomeracjom, okażę się, że potężniejsze na całej planecie jest jedynie Tokio. Łącznie z przyległymi miastami takimi jak wspomniany już Incheon czy Suwon, żyje tu ponad 25 milionów ludzi, co z kolei oznacza, że co drugi Koreańczyk z Południa żyje w stolicy.
Na szczęście, bez problemu znajduję mój hostel. Bez mapki w telefonie byłoby to wszakże prawie niewykonalne. Ulice mają swoje nazwy, tyle że rzadko można znaleźć stosowne tabliczki o nich informujące. Numeracja domów również istnieje, ale tylko w oficjalnej dokumentacji. Do tego w większości przypadków obowiązuje numeracja liczona od daty powstania danego obiektu, więc dany numer może być dosłownie w każdym miejscu. Wszystko trochę bez ładu i składu. W praktyce dotrzeć na miejsce można jedynie po charakterystycznych punktach w okolicy. Skręć w ulicę za Hyundai Department Store, przejdź obok parku, skręć w uliczkę z barem The Doors i jesteś na miejscu. Tak to mniej więcej brzmiało. Jeżeli wzmiankowany bar kiedyś zmieni nazwę, a Ty znajdziesz się w Seulu ze starymi wskazówkami, istnieje poważna szansa, że nigdy nie trafisz na miejsce...


Nie mam dla siebie żadnej litości i zamiast regeneracyjnej popołudniowej drzemki, odświeżam się jedynie i wychodzę podziwiać owego miejskiego potwora. Seul podoba mi się od razu. Gęstość zabudowy robi wrażenie, ale nowoczesność miesza się tu z obrazkami typowymi dla całej Azji. Są więc tu i pęki zwisających nad głowami kabli, są tu na każdym kroku restauracje, bary i uliczne garkuchnie, są podłe uliczki gdzie walają się śmieci i pachnie czyjąś kupą. Tylko ten jeden kontynent posiada swój unikalny, piękny i złożony zapach. Ach! I na każdym rogu na mój portfel czeka 7 Eleven (tudzież jego mutacje), gdzie można kupić rozliczne napoje, jedzenie, słodycze. Ceny – przystępne, bardzo podobne do polskich, często zaś przyjemnie niższe.
To był ogólnie dzień pod znakiem „absolutnie nie mam pojęcia co robię”. Na szczęście dobrą mapę dał mi właściciel hostelu, bo ta z przewodnika Rough Guide nadawała się do … oglądania sobie jej w domowych pieleszach. Wsiadam do metra (łącznie trzysta stacji!) i po chwili docieram do tzw. Dzielnicy Pałacowej, gdzie jak można się domyśleć na turystę czeka kilka atrakcji.

Zgubić się trudno, ponieważ, mimo swych rozmiarów, wszystko jest oznakowane, opisane i dopasowane nawet do moich możliwości intelektualnych. Radzę sobie dzielnie, mimo iż, oględnie mówiąc, jestem nie tylko z natury ograniczony ale i wyjątkowo dzisiaj nieprzytomny. Mijam kilka przecznic zabudowy „rządowej” i przed moimi oczami wyrasta imponująca brama wejściowa do jednego z dawnych Królewskich Pałaców Seulu, uwaga, Gyeongbokgung (gung na końcu oznacza właśnie pałac, przedrostek zaś to nazwa własna). Nie powiem, zrobił na mnie niemałe wrażenie, tym bardziej, że koreańska architektura różni się od wszystkiego co widziałem do tej pory. W zdobnych spadzistych dachach widać pewne wspólne Azji niuanse (Wietnam), ale w Seulu owa historyczna zabudowa dodatkowo pięknie kontrastuje na tle świecącego się nowoczesnego miasta w tle. Podumałem chwilę na dziedzińcu, ale na zwiedzanie wnętrza przyjdzie pora kolejnego dnia. Ja zaś udałem się niespiesznie i na czuja w poszukiwaniu wioski Bukchon.



Wioska jak wioska, dzisiaj to oczywiście integralna część całego miasta. Jest to jednak przykład architektury Hanok, czyli tradycyjnych koreańskich domów budowanych w podobny sposób od setek lat. Domy są murowane, często z kamienia, posiadają liczne drewniane elementy i ciche, przyjemne podwórza. Zabudowa jest niska i od razu przywodzi na myśl wszystkie skojarzenia z mistycznym orientem. Niestety, tubylcy całe kwartały podobnej architektury zrównali z ziemią. Zachowały się dosłownie symboliczne resztki. Nieco się nachodziłem zanim znalazłem serce owej dzielnicy, ale warto było. Główną atrakcją jest jedna spadająca w dół uliczka, ze szczytu której rozciąga się piękny widok na wielkie szklane miasto wieżowców.



Dla wielu osób tego dnia to jednak ja byłem szczególną ciekawostką. Zaczepiano mnie niejeden raz. Najbardziej odważny był niejaki Charlie, miły koreański licealista, który wracał akurat ze szkoły. Porozmawialiśmy co nieco i zrobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcia. Pewnego dnia Charlie pewnie zaprojektuje nam wszystkim nowy tablet, telefon komórkowy, albo silnik do naszej nowego samochodu spod znaku Kia albo Hyundaia.

Następnie nogi powiodły mnie … No właśnie, nie wiedziałem dokąd. Moją uwagę zwróciła tłoczna ulica, w którą po chwili się zagłębiłem. To był, jak się okazało po uważnym przestudiowaniu mapy, kręgosłup dzielnicy Insadong. To bodaj najważniejsza część miasta dla turystów małych i dużych. Blisko stąd do największych atrakcji, a dookoła aż pełno wszelkich restauracji, barów, sklepów z pamiątkami czy klimatycznych herbaciarni. Krążyłem po okolicach dłuższą chwilę. Uliczki odchodzące w bok okazywały się obrazem azjatyckiej nędzy i rozpaczy, a ja szybko poczułem się jak w starej, dobrej Tajlandii czy w Wietnamie.





Kiedy już się naprawdę zmęczyłem, a licznik godzin na nogach zaczął zbliżać się do trzydziestu godzin, postanowiłem, że pora może jednak wrócić do siebie. Po swoich śladach, bo tak najbezpieczniej w mieście, którego się jeszcze nie zna, wróciłem pod pogrążony w mrokach Wielki Pałac, a potem dałem się uwieść urokowi Biznesowego Centrum. Wielkie wieżowce lśniły w ciemnościach, a koreańskie „białe kołnierzyki” wyległy na ulice, zmierzając do swych domów. Ci którzy wyszli tak wcześnie pewnie są na urlopach, a do pracy wpadli „na chwilę”, na osiem czy dziewięć godzin. Żart i nie żart – Korea bowiem już dawno wyprzedziła Japonię pod względem poświęcenia swych pracowników i czasu jaki spędzają na generowaniu zysku dla swych czeboli. Ja tymczasem szedłem uparcie przed siebie w poszukiwaniu jednej z kilku pagód, które zdobią miasto. Ta upatrzona przeze mnie znajdowała się na środku ruchliwej ulicy (a raczej miejskiej szosy, bo pasów ruchu było chyba kilkanaście). Niestety, była w remoncie, przykryta płachtą. Po zaspokojeniu mojej ciekawości mogłem więc wrócić do hostelu. Jazda metrem w godzinach wieczornych była również ciekawym przeżyciem. Tłok był niemały, ale obok mnie było gęsto od lokalnych studentek, więc wyjątkowo nie narzekałem, gdy tłok robił się większy i większy.





Jako że zacząłem tracić odruch chwytny w dłoniach, postanowiłem, że już naprawdę pora iść spać. Lubię ten odruch, bo mam go gdzieś tak od trzydziestu jeden lat i mówiąc wprost, przywiązałem się do możliwości jakie daje. Bez niego musiałem się mocno skupić na tym, by wyciągnąć pieniądze w sklepie, a potem by otworzyć drzwi do pokoju. Raz po raz czułem też, że mój mózg odłącza prąd od reszty ciała, co groziło tym, że pierwszą noc spędzę nie w łóżku a na ulicy. Gdy już dotarłem do swojego pokoju, usnąłem tak szybko jak tylko zdążyłem zamknąć oczy. Takie zmęczenie to ja lubię.
