O podróży nie będę się rozwodził, może poza wspomnieniem, że należała do wyjątkowo długich, gdyż zaczęła się o trzeciej nad ranem na peryferyjnej, ciemnej jak d*** Białołęce. Wylądowałem szczęśliwie bladym świtem, zapakowałem się szybko do S-Bahna i po dwudziestu minutach znalazłem się na potężnym Dworcu Głównym. Tam szybko zlokalizowałem skrytki, zostawiłem swój plecak i udałem się na poranne zwiedzanie Hamburga z emocjami wypisanymi na mojej twarzy.



Padało. I to jak. Tak padać może tylko blisko wielkiej wody. Naiwnością trzeba nazwać mój zapał, który pchnął mnie w trzewia miasta podczas takiej aury. Ciężkie, pachnące morzem krople przemoczyły mnie momentalnie do cna, a każdy krok jedynie pogarszał sprawę. Mimo wszystko, w chlupoczących butach, ze swetrem i kurtką przylepionymi do ciała, uparcie zgłębiałem zaułki śródmieścia. Co innego mi pozostało? Po co innego jak nie po takie właśnie chwile tu w ogóle przyjechałem?


Hamburg jest wielkomiejski. Każde duże miasto jest, krzyknie zaraz jakiś czytelnik, ale nie będzie miał racji. Bo czy nasza Warszawa jest wielkomiejska? Mimo całej sympatii i mej miłości, odpowiedź nie może być pozytywna. Nasza stolica, skutkiem ran i zniszczeń, to jednak duża, rozlazła wieś, stworzona rękami plebsu i, niestety, w większości przez plebs zamieszkana.Tymczasem wielkomiejskość oznacza dla mnie utylitarność, wyznaczoną przez urbanistyczną myśl pokoleń (wystarczy jednak nawet jedno!). To koncept, który łączy świadomość uczynienia wszystkiego, by mieszkańcom żyło się lepiej, inaczej, wygodniej. Wielkomiejskie są więc dla mnie wielopoziomowe aglomeracje, pełne przejść, kanałów, zaułków, schodów, warstw gdzie odbywa się codzienne życie. W ten sposób wielkomiejska może być mała mieścina, a jednocześnie tego przymiotu brakować może największej nawet metropolii. Taki jest Lwów, Bangkok czy nawet Quedlinburg, ale trudno mi to samo powiedzieć o Bukareszcie, Warszawie czy dawnym Sajgonie, które wielkomiejskie (raczej) nie są.

W Hamburgu widać, że „chcieć to móc”. No i jeszcze „mieć pieniądze to chcieć oraz móc”. Miasto zostało zniszczone podczas dywanowych nalotów, a jednak szybko stanęło z powrotem na nogi i po latach prezentuje się dorodnie i bogato. Tu i tam zachowała się jakaś zabudowa XIX czy XX wieczna. Po wielkich kamieniach widać, że zawsze było to miasto zasobne i dobrze żyjące z handlu. Jednak w architekturze silnie dominuje „Duch Adenauera”, czyli betonowe giganty poświadczające swym powojenne lata Cudu Gospodarczego autorstwa Erharda (plus Marschalla). Te z kolei powoli wypierane są przez nowe budynki, tym razem ze szkła i aluminium. Tak czy owak, „biznesowe” śródmieście wyglądało tyleż bogato co przeraźliwie nudno. Więc nie spędzałem tam za wiele czasu. Do jednego z nielicznych zabytków zaliczyć można Ratusz – przykład historycyzmu, wybudowany pod koniec XIX wieku, cudownie ocalony z wojennej pożogi. Poza nim i kilkoma podobnymi do siebie kościołami, Hamburg nic o znaczeniu historycznym raczej nie posiada...


Bez większego problemu (pomijając deszcz, który padał tego dnia przez dobre osiem godzin non-stop) dotarłem do najciekawszej części miasta, czyli Sankt Pauli. Najciekawsza może i tak, ale dla zmoczonego wędrowca zaczyna się wielkim, pustym, wilgotnym placem Milerntor.


O ile kawałek wcześniej swoje siedziby (a nawet place nazwane imieniem) mieli tacy giganci jak Axel Springer, ta przyportowa okolica była od zawsze brudnym ropieniem na zdrowej tkance Hamburga. Sankt Pauli to dzielnica dziwek, alfonsów, marynarzy, alkoholików, rzezimieszków, poszukiwaczy szczęścia, problemów oraz … punków. Szokująca mieszanka, pozornie tylko niedająca się pogodzić i zrozumieć. W rzeczywistości wszystko jest tu jasne i logiczne. Każdego dnia do pobliskiego portu dokują dziesiątki statków, z których wychodzą setki, jeśli nie tysiące marynarzy. Są spragnieni rozrywki, kobiet, mają dużo pieniędzy i są daleko, daleko od domu. Czy trzeba wyjaśniać dalej? Żeby spełnić potrzeby tej klienteli, na ulicy Reeperbahn powstały rozliczne kluby, kabarety, bary i burdele. Z czasem biznes zaczął się rozrastać geograficznie i kulturowo. Obecnie niemal cała dzielnica ma swoisty alternatywny i tandetny sznyt. Nie ma tu pięknych domów, ale są piękni ludzie, jakby powiedział zapewne jakiś przećpany hipis. Można tu znaleźć rozliczne kluby, wege knajpy, niezależne kawiarnie, dyskoteki, sklepy z używanymi winylami i mnóstwo innych rzeczy. Miłośnicy tego typu rozrywek oferowanych przez kontrkulturę mogą śmiało jechać do Sankt Pauli ze świadomością, że można tu pewnie spędzić miesiąc, każdego dnia odkrywając coś nowego. Tu i tam, najczęściej na wspomnianym Reeperbahn, na chodniku leżą bezdomni, narkomani, alkoholicy i dziwacy. Niestety, co najmniej połowa z tych, których spotkałem, mówiła po polsku.


Herosami tej dzielnicy są oczywiście piłkarze z pobliskiego Milerntorn. O Sankt Pauli Hamburg pośród kibicowskiej braci krążą niestworzone wręcz legendy, najczęściej zresztą negatywne. Bo to przecież lewacy, antyfaszyści, członkowie antify, alterglobaliści, a więc również cioty, kapusie i co tu dużo pisać, frajerzy. A najgorsze, że wszystko to jest prawdą! Tak samo jak i to, że kibice z Sankt Pauli od dekad mają gdzieś honorowe zasady wyznaczane przez innych. Można ich nie lubić, można się ich brzydzić, ale nie sposób chyba zadziwić się nad fenomenem popularności klubu, który ma miliony fanów na całym świecie, a do jego największych sukcesów należy to, że ledwie kilka razy w ponad stuletniej historii klubu, grał w Bundeslidze. Fani Realu Madryt czy tam innej Barcelony (tacy, którzy nigdy nie byliście na żadnym meczu) – gdzie teraz jesteście ze swoim fanatyzmem rodem z wypierdzianych kanap?

No dobrze. Rano zdążyłem kupić jeden z ostatnich biletów (27 euro – cenią się Ci lewacy!) i popołudniem zameldowałem się na Curva Nord. Kilka godzin spędziłem w hotelu na suszeniu swoich rzeczy. Udało się! Deszcz akurat przestał padać, a mój hotel zlokalizowany był kilkaset metrów od bram stadionu, więc spacer na mecz wiele czasu nie zajął. Pod nim w najlepsze trwał typowo niemiecki festyn. Piwo, kiełbasa, głośne rozmowy, plany ataku na Polskę. Szwabski standard. Ludzie tacy jak wszyscy inni zakochani w piłce. Kilku punków się przewinęło, głównie jednak takich z typu miłośników jaboli, czyli „daj no dwa euro na browara, przyjacielu”. Tu i tam, w zalewie czarnych kurtek i bluz z pirackim emblematem, przemknęli goście z Berlina. Oczywiście, w Polsce oznaczałoby to problemy, tutaj chyba tylko ja zwróciłem na nich uwagę. Co kraj to obyczaj.

Sam stadion żywcem przypomina dobrze mi znane standardy z Konwiktorskiej numer 6. Pod wejściem błoto, trybuna i otoczenie mocno prowizoryczne, mówiąc delikatnie, alternatywne i odbiegające od standardów reszty kraju.





Ludzie też wchodzili na mecz powoli i ospale, dopiero w czasie pierwszej połowy wypełnili wszystkie trybuny niemalże w komplecie. Dwadzieścia dwa tysiące ludzi. Całkiem nieźle. Doping gospodarzy jednak średni, kilka flag, jedna lewacka oprawa – to by było w sumie tyle. Ale klimat jest. Mogę nie lubić Sankt Pauli Hamburg bo reprezentują obce mi poglądy, ale jedno sobie trzeba szczerze napisać – za zachodnich sąsiadów zdecydowanie wolę mieć zakochanych w pacyfizmie długowłosych buntowników w okularach niż armię wygolonych skinhead'ów miłujących bez pamięci nauki Adolfa. Więc niech ekipa ze stadionu Milerntor istnieje i rośnie w siłę.
Dużo żywiej zaprezentowali się kibice ze stolicy. Siedziałem tuż obok nich, więc spokojnie mogłem posłuchać ich śpiewów, jak i obyczajów. Piwko, papierosek, rozmowy z kolegami, a nawet ze stojącymi tuż obok kibicami z Hamburga. Sam Union to zresztą ciekawy klub. Pochodzący z Berlina Wschodniego, za czasów komuny niezbyt kochany przez władze, przez dekady w cieniu najpierw Dynamo, a obecnie Herthy. Dzisiaj na dobrej drodze do stania się potęgą numer dwa Berlina, a kto wie, czy i pierwszy raz w dziejach na ich stadion nie zawita upragniona, elitarna Bundesliga?

Po całkiem żywym meczu (remis 2:2), wybrałem się na wieczorny spacer po Reeperbahn. Z tą ulicą, będącą sercem, płucami i prąciem słynnej Dzielnicy Czerwonych Latarnii sprawa ma się podobnie jak z podstarzałą reprezentantką najstarszego zawodu świata. W ciągu dnia w oczy rzucała mi się wszechobecna tandeta i brzydota tego miejsca. Neony są stare, ulice dziurawe i brudne, kolory wyprane, a oferta, umówmy się, w dzisiejszych szalonych czasach, wywoływać moje jedynie sentyment za utraconą przez świat niewinnością. Czasy kiedy namalowane kobiece piersi na drzwiach go-go klubu były zapowiedzią niewyobrażalnych emocji wewnątrz już dawno minęły. Natomiast wieczorem, gdy robi się ciemno, Reeperbahn zyskuje mniej więcej tyle ile wzmiankowana prostytutka-emerytka dzięki kilku sprytnym zabiegom maskującym. Gdzieś w ciemnościach ginie tandeta, neony rzucają na otoczenie kolorową poświatę, tłum ludzi hałasuje, ogłusza i odciąga uwagę od niedoróbek. Krążyłem przez kilka długich chwil po tej okolicy, gdzie marynarze mieszają się z pryszczatymi nastolatkami, bezdomni z biznesmenami na wyjeździe służbowym i poczułem, że jedno z moich marzeń, co prawda, drobne i niezbyt trudne w realizacji, właśnie się ziściło. Owe portowe miasto dziwkarzy i nieskrępowanej zabawy nadal istnieje i ma się względnie dobrze!



