Niestety, jesienny Hamburg to deszcz. Zanim dotarłem do bezpiecznego miejsca znowu byłem mokry, łącznie z butami. Musiałem pojechać do centrum i wybór był oczywisty. Metro. A te mają tu ciekawe. To dla mnie kolejny wyznacznik owej wielkomiejskości, którą tak nieporadnie próbuję dookreślić. Podziemną, a raczej nadziemną kolejkę budować zaczęto przed dokładnie stu laty, co plasuje Hamburg w ścisłej czołówce nestorów tej formy transportu. Linii jest kilka, ja korzystałem jednak tylko z jednej z nich.

U3 wiedzie estakadami wytyczonymi jeszcze dla tzw. Hochbahn. A te widoki! Trasa wiedzie wysoko w górze. Z jednej strony – gęsta zabudowa. Z drugiej – piękna panorama portu. Stąd czuć morską potęgę miasta. W oddali widać potężne żurawie, suwnice, doki. Wewnątrz wagonu zaś moja niezbyt rozgarniętą twarz przylepioną w niemym zachwycie do szyby.

Jako że do raczej niesłynącego z dobrej pogody Hamburga wybrałem się jak kretyn bez czapki i w letnich butach, sobotni poranek spędziłem na zakupach. Kupiłem nakrycie głowy i przez resztę dnia mogłem narzekać na to, że jest mi mokro wszędzie, poza tym jednym chociaż miejscem.
Także z dala od portu widać, że Hamburg żyje za pan brat z wodą. Dawno już nie widziałem miasta, które jest z tym żywiołem w tak udanej symbiozie. Przypomina się Sztokholm, gdzie wielkie statki wpływały niemal do samego śródmieścia, a miasto składa się z wysp. Tu jest tylko nieco skromniej, chociaż gęsta sieć kanałów, kanalików i jezior przecina tkankę Hamburga co chwila. Oczywiście, ta woda żyje. Ludzie z niej korzystają, spacerując wokół brzegów, pływając kajakami, używając rozlicznych promów, statków i barek. Przyjemnie się więc wędruje po Hamburgu, gdyż co chwila drogę przegradza taka czy inna aqua-ciekawostka architektoniczna.



Jednym z bardziej fotogenicznych miejsc są brzegi jeziora Binnenalster. Czy znacie inne miasto, w którego sercu znajdowałby się ogromny akwen wodny? A dwa akweny wodne? Oto właśnie Hamburg. Z tej perspektywy, mimo braku nobliwych zabytków, robi on piorunujące wrażenie. Majestatyczne budynki przeglądają się w tafli wody, a wędrowiec z ubogiego wschodu taki jak ja, może się tu zatrzymać w niemym zachwycie, z jednym pytaniem cisnącym się na usta – kto do licha wygrał w końcu tę wojnę?





Kawałek dalej od centrum znajduje się przykład nowoczesnej teutońskiej architektury. Hafen City to dzielnica, która jest największym urbanistycznym przedsięwzięciem miejskim w Europie ostatnich lat. Na hektarach portowych nieużytków i resztek, powstało nowe idealne miasto zaprojektowane dla nowych, idealnych ludzi. Wszystko jest tu przemyślane, odważnie splata w jedną całość stare oraz nowe. Dzielnica łączy w sobie funkcję mieszkaniowe (mogę sobie tylko wyobrazić jak się tu żyję z codziennym widokiem na wodę oraz port) oraz biznesowe. Tego dnia u jej brzegów odbywały się nawet zawody jachtowe sponsorowane przez BMW. Widzów wygnał jednak deszcz, a i ja nie dałem rady kibicować dłużej niż kilka minut.



To także w tej okolicy znajdują się najbardziej pocztówkowe widoki całego Hamburga. Speicherstadt , czyli „miasto spichlerzy” składa się z kanałów nad brzegami których pysznią się neo-gotyckie ceglane mury dawnych magazynów.


Po godzinie 13-tej niebo nagle pojaśniało, a deszcz zakończył swój spektakl. Po wysuszeniu rzeczy, popołudniem znowu ruszyłem „w miasto”. Nogi powiodły mnie nad wodę. Chciałoby się napisać, że nad morze, ale Hamburg leży przecież dobre sto kilometrów od tegoż. O czym zresztą można zapomnieć momentalnie, bo Łaba wpływa doń szerokim strumieniem, czyniąc z miasta bodaj największy śródlądowy port świata.
Bez deszczu Hamburg prezentował się … obco. Te same zakątki, znane mi dotychczas w postaci skąpanych w wilgoci chodników oraz murów, w świetle słońca ciężko czasami było rozpoznać. Nogi znowu powiodły mnie nad wodę, w kierunku zatoki Sankt Pauli. Dla miłośnika marynistyki oraz statków wszelkiej maści – jest to raj. Cumuje tu chociażby San Diego, statek handlowy obecnie pełniący funkcję muzeum. Co jakiś czas, tuż obok promenady, maleńka krypa wprowadza do portu kolejnych gości. Tego dnia miałem okazję obserwować jak manewr ten wykonuje Maersk Niamey. Kontenerowiec niezbyt duży jak na obecne standardy, ale i tak, podziwiany z bliska zrobił na mnie ogromne wrażenie, budząc we mnie cząstkę duszy dziecka, które marzyło od zawsze o morskiej przygodzie na pokładzie statku zawijającego do nowych, obcych portów...







Zatoka oferuje mnóstwo rozrywek. Tuż nad wodą, pasażem ciągnącym się kilometr, znaleźć można bary, restauracje i knajpy dla miłośników szybkiego, prostego jedzenia. Ja nie mogłem oprzeć się kanapce ze śledziem. Smacznie, pożywnie i dające mnóstwo szczęścia w jego najlepszej postaci. Gastronomia walczy o portfele z rozlicznymi statkami turystycznymi, które oferują godzinne rejsy po porcie. Sobotnim popołudniem trwał tu przyjemny rozgardiasz, ludzie spacerowali, jedli, popijali piwo, jednym słowem – odpoczywali, podczas gdy po drugiej stronie wody ciężka praca trwała w najlepsze.


Spacerując nad brzegiem dotrzeć można do Altony, kolejnej dzielnicy miasta. Podobno jest tu dostatnio i zamożnie, nawet jak na standardy Niemieckie. Z ciekawostek można wspomnieć o tym, że mieści się tu także lokalny klub piłkarski – Altona 93. Zawodnicy kopią się po kostkach gdzieś na nizinach futbolu, zaś niezbyt liczni kibice stanowią przedziwny kupaż. Część z nich to sympatycy Hamburger SV mieszkający po prostu „obok”, a reszty dopełniają anarchiści, dla których Sankt Pauli jest obecnie zbyt komercyjne i prawicowe (!!!). Cóż, dowiedziałem się o tym wszystkim za późno, ale następnym razem w Hamburgu obiecuję, że odwiedzę owe tajemnicze miejsce na mapie futbolu. Idąc w stronę Altony zauważyć zresztą można kilka opuszczonych kamienic, przerobionych zapewne na skłoty, z hasłami wymalowanymi na frontach przez bliżej nieokreślonych naiwnych pięknoduchów.



Po drugiej stronie – woda i port. Hamburg przez wiele lat mieścił się w ścisłej czołówce jeżeli chodzi o tonaż, liczbę statków i cargo, które przepuszczał przez swoje trzewia. Obecnie jego pozycja nieco straciła na znaczeniu w rankingach. Port się rozwija i nadal jest ogromny, tyle, że molochy z Azji w ciągu dekady wyrosły ponad europejskie standardy. O potędze tego miejsca niech zaświadczy fakt, że port zajmuje około 12% powierzchni całego miasta, sam w sobie stanowiąc zamkniętą dla postronnych aglomerację.

Po zmroku udałem się metrem do centrum. Tylko po to, by przekonać się, że śródmieście o tej porze już smacznie śpi. Pokręciłem się chwilę i zawróciłem z powrotem do Sankt Pauli.


Reeperbahn nocą oczywiście kłaść spać się nie zamierzało. O okolicznych klubach i barach sami Beatlesi mawiali zresztą, że się w nich stali mężczyznami. Cokolwiek by to miało znaczyć. Na początku lat 60-tych (jeszcze wtedy nie tak bardzo) słynny zespół z Liverpoolu grał do kotleta w klubach mieszczących się na ulicy Grosse Freiheit i można tylko się domyślać na co wydawał zarobione pieniądze. Inna sprawa to to, że część „pań pracujących” w okolicy jest na tyle wiekowa, że kto wie czy nie znajdzie się i taka, która pokazała dorosłe życie samemu Lennonowi?







Pokręciłem się kilkadziesiąt minut po uliczkach, zostałem zaczepiony przez kilku wykidajłów (obu płci), jedną prostytutkę-amatorkę, zrobiłem zakupy w okolicznym Lidlu i niespiesznie wróciłem do swojego hotelu, zostawiając dzielnicę grzechu rozczarowaną moim purytańskim wręcz skąpstwem.
