
Tyle farmazonów. Rano udałem się na śniadanie pod chmurką. Ale tak naprawdę, na niebie od wczoraj nie widziałem ani jednej. Słotę i deszcz zostawiłem daleko za sobą. Na prowincji pogoda była piękna, słoneczna i względnie ciepła. Nigdzie do tej pory nie widziałem jesieni w tak pięknych kolorach jak właśnie tutaj. Drzewa pokryte były złoto-czerwonym listowiem, które sprawiało, że niemal każdy widok miał w sobie coś z magii. Nieważne czy chodziło o park, ulicę czy pawilon ukryty w lesie – wszystko w takim otoczeniu zyskiwało na urodzie, wstępując do elitarnego panteonu miejsc godnych zapamiętania na zawsze.


Gongju kryje w sobie jeszcze trochę atrakcji, na czele z grobowcem króla Muryeonga, ale jako że nie jest to mój ulubiony władca, dałem sobie z tym spokój. Oczywiście, ta postać nie mówiła mi nic. Podjąłem co prawda próbę dotarcia na miejsce, ale zwiodła mnie miałkość mapy miasta w przewodniku. Skala planu na kartce, a rzeczywistość rozjeżdżały się ze sobą znacznie i koniec końców, nie byłem w stanie trafić tam gdzie chciałem, chociaż mniemam, że droga była prosta jak drut. Tak czy owak, udało mi się zgubić i to w Gongju, niewielkim, spokojnym i sennym miasteczku. Dziękuję Ci Rough Guide!

Zebrałem swoje manatki, pożegnałem się z moim burdelowatym noclegiem i ruszyłem przed siebie, na dworzec autobusowy. Kierunek – Jeonju. Książka (ta sama co powyżej) zachwalała to miasteczko na południu, zarzekając, że zasługuje na zdecydowanie więcej sławy niż ta którą cieszy się obecnie. Kiedy się jednak dokładnie wczytałem w opisy innych miast, ten zwrot powtarzał się przy co najmniej kilku, co mogłoby wzbudzić moją niepewność. Ale nie wzbudziło, bo doskonale zdawałem sobie sprawę, że Jeonju rzeczywiście jest wyjątkowe i stosunkowo mało znane.
Żeby dotrzeć na miejsce musiałem najpierw dojechać do Daejeon, transportowego hubu i miasta liczącego sobie 1,5 miliona mieszkańców. Nazwa powinna (podobnie jak i Jeonju!) budzić w nas pewne skojarzenia. Oczywiście! Piłka nożna, a dokładniej, Mistrzostwa Świata w 2002 roku, których Korea była współgospodarzem. Na stadionie w Daejeon (przejeżdżałem obok) Polska wygrała na otarcie łez z USA 3:1. Kilka dni wcześniej, w meczu ostatniej szansy, w niedalekim Jeonju pokonali nas Portugalczycy aplikując nam cztery gole. Oglądałem te mecze, przeżywałem to rozczarowanie i dopiero teraz zdałem sobie sprawę, że to było dziesięć lat temu. Jak ten czas leci. Dekadę temu miałem 21 lat, studiowałem pilnie dwa kierunki, przeżywałem największe sukcesy w karierze naukowej (stypendium i to wcale nie socjalne!). O podróży do Azji nawet nie marzyłem. Stare, dobre czasy? Wspomnienia? Nie, chyba jednak nie ma czego wspominać. Samo Daejeon, obejrzałem je pospiesznie podczas kilkuminutowego rekonesansu, zrobiło na mnie nawet przyjemne wrażenie. Aczkolwiek, turysta zabytków w nim nie uświadczy. Jego betonowa architektura od razu zbudowała we mnie bolesne wyobrażenie jak upalnie i nieznośnie musi być w jego murach koreańskim latem, gdy słońce i duchota są bezwzględne w tym urbanistycznym piecu.



Tak jak z rana zdenerwował mnie mój książkowy przewodnik, tak po przyjeździe do Jeonju kontynuował on popis swego profesjonalizmu. Patrzę na mapę i wychodzi mi, że z dworca do mojego hostelu jest całkiem niedaleko, góra dwa kilometry. Zamiast więc pchać się do taksówki, idę piechotą. Żeby było prościej, idę wzdłuż rzeki, która co prawda nieco meandruje, ale daje gwarancję, że dotrę do celu jak po sznurku. Mostów było więcej niż na mapie. Podobnie jak dużych skrzyżowań. Tak gdzieś o dwa-trzy razy więcej. To zaczęło we mnie budzić pewne podejrzenia... Przeszedłem już ponad dwa kilometry, a dookoła mnie żadnego znaku, że zbliżam się do rozkosznej, historycznej starej dzielnicy z której miasto słynie. Spociłem się niemiłosiernie i zdążyłem pięć razy zwątpić w samego siebie. W takich chwilach od razu przychodzi mi do głowy, że a) jestem jednak w złym mieście, b) poszedłem dokładnie w odwrotnym kierunku, c) nie znam się na odległościach. W końcu jednak dotarłem. Zajęło mi to blisko godzinę, przeszedłem dwa razy więcej kilometrów niż zamierzałem, podczas których zmęczyłem się niemiłosiernie i wyleczyłem z zaufania do książkowej wiedzy. Rough Guide – dobra robota po raz drugi!


Tyle żali. Polak na wakacjach musi trochę ponarzekać. Wieczorem, dla relaksu, założyłem białe skarpety do sandałów i od razu poczułem się lepiej. A samo Jeonju? Warte soli, którą wypociłem chwilę wcześniej. To naprawdę przyjemne miasto. Oczywiście, nie całe. Liczy sobie 600 tysięcy mieszkańców i składa się w większości z nijakiej współczesnej zabudowy. Jego historyczna tkanka, dzielnica domów Hanok, zachowała się prawie nienaruszona. W porównaniu do Seulu, Jeonju prezentuje się pod tym względem nieporównywalnie lepiej i dorodniej. I nic dziwnego, ponieważ jest to matecznik wielkiej dynastii Joseon. Tej samej która zostawiła po sobie Pięć Wielkich Pałaców w stolicy.


Jeonju nie posiada co prawda imponujących zabytków. Jest tu targ – spory i pełen ciekawych dla mego oka okazów fauny flory. Pokręciłem się po nim, wdychając aromat ziół i smród ryb oraz owoców morza. Ale to ledwie zapowiedź tego co mnie czeka w Busan...







Mieszkańcy i przybysze kochają Jeonju za niepowtarzalny klimat dawnych wieków. Uliczki są pełne niskich domów z drewnianymi i kamiennymi elementami. Zmysły uwodzą rozliczne detale. Dachy, które kształtem przypominają wielkiego ptaka o rozpostartych skrzydłach odwracają uwagę od rzeczy drobnych: zwisających pod nimi lamp, okiennic, rzeźbionych drzwi, wąskich kiszkowatych zaułków prowadzących nie wiadomo gdzie. Szczególnie po zmroku te widoki zaczęły mi przypominać i wietnamskie Hue i … jedną z gier w jaką zagrywałem się w odległych czasach.





Niespiesznie spacerując po uliczkach trafiłem do Jeonju Hyanggyo, dawnej konfucjańskiej akademii. Składa się ona z kilkunastu budynków rozrzuconych po podwórzach i dziedzińcach otoczonych murkiem. Gdzieniegdzie nadal żyją i pracują ludzie (można im dosłownie zajrzeć do garnków), ale ogólnie panował tam anielski wręcz spokój. Pospacerowałem wzdłuż wyłożonych dachówkami murków, podumałem nad rozłożystymi drzewami, usiadłem na schodkach tego czy innego zabytku.



Koreańscy filmowcy korzystają czasem z tych widoków i tereny Akademii pojawiają się w ichniejszych produkcjach, najczęściej tych historycznych. Nie dziwię się im wcale. Patrzyłem jak słońce chowa się za dachami i nie za bardzo chciałem się stamtąd w ogóle ruszać. Kompleks, istniejący od początku XVII wieku, zbudował mi w głowie obraz tego jak wyglądać mogła owa dawna Korea, kraj którego, poza takimi skansenami, tak naprawdę już nie ma. I to na własne życzenie zainteresowanych, oto paradoks.








Stare Jeonju wieczorem prezentowało się jeszcze piękniej niż za dnia. Na początku nie poznałem tego miejsca. Domy podświetlone były reflektorami, które w ten sprytny sposób jak to tylko reflektory potrafią, uwypuklały urodę rozlicznych zaułków. Oczywiście, trzeba mieć na uwadze to, że na ogólne wrażenie składały się w znaczącej mierze rzeczy sztuczne, powstałe po to właśnie by cieszyć takich przypadkowych turystów jak ja. Domy więc niekoniecznie są wiekowe (tu i tam widziałem zresztą intensywne prace budowlane, które tworzyły kolejne "zabytki"). W wielu z nich mieściły się współczesne, wymuskane butiki, sklepy i restauracje. Wiedziony głodem wstąpiłem do jednej, na tyle łaskawej, że operowała moim ulubionym pismem obrazkowym.





Przy wejściu trzeba było zdjąć buty (warto więc zainwestować w nowe, pozbawione dziur skarpetki!). We wnętrza starano się tchnąć ducha przeszłości, ale chyba tylko ja na to zwracałem uwagę. Reszta gości jadła, mlaskając przy tym głośno w oznace aprobaty dla umiejętności kucharzy. Usiadłem przy stole z paleniskiem na środku i wybór dania stał się oczywisty. Galbi z wołowiny. Przystawek pojawia się jeszcze więcej niż zazwyczaj. To ponoć typowe dla lokalnej kuchni. Niestety, umiarkowanie dobrze radziłem sobie z pałeczkami. Tak normalnie potrafię nimi jeść, szczególnie gdy obok mnie jest Ania, która mi przypomina jak je trzymać by było wygodnie. Jednak w Korei metalowe pałeczki sprawiały mi problemy. Ślizgały mi się w dłoni, były niewygodne i denerwujące. Tego wieczoru byłem tak nieporadny, że kelnerka widząc moje próby nałożenia sobie ryżu aż jęknęła z zażenowania. Gdyby w restauracji był jakikolwiek widelec, z pewnością nie tylko by mi go przyniesiono, ale i dano na zawsze żebym nie umarł przypadkiem z głodu.


Po powrocie do hostelu (a wróciłem po dobrych dwunastu godzinach na nogach) okazało się, że mieszka w nim także inny Polak. Miał na imię Michał i z jego długiej, czarnej brody można było wywnioskować, że jest w drodze od dawien dawna. I rzeczywiście. Nie był to taki biurkowy uciekinier na chwilę jak ja. Trzy miesiące w Azji, od kilku dni w Korei. Gdzie jedziesz dalej, zapytałem i usłyszałem jak ktoś wypowiada moje skryte marzenie. „Nie wiem, może tu, może tam”. Bez celu, bez ciśnienia, bez nerwów. Brzmi pięknie. Czy takie jest naprawdę, tego nie wiem i pewnie nigdy się nie dowiem osobiście. Miło się rozmawiało, ale po chwili zrozumiałem, że mój rozmówca to specyficzny typ człowieczy. Rodzaj sympatycznego, ale mimo wszystko Pana-Wiem-Wszystko. Przez kilka minut zdążył mnie bowiem nauczyć meandrów koreańskiej wymowy (nieważne, że robił to nie do końca dobrze), pouczyć co do wspaniałości tutejszej kinematografii, wyjaśnić zasady rządzące turystyką w KRLD oraz wygłosić kilka innych tyrrad głosem mędrca nauczającego dzieci. Słuchałem, grzecznie wcielając się w rolę pokornego niezguły. Pół biedy gdyby to były naprawdę sensowne rzeczy. Ale nie były. Po wszystkim dokładnie zamknąłem drzwi z postanowieniem, że dalsze kontakty trzeba ograniczyć do niezbędnego minimum. Otworzyłem za to butelkę lokalnej wódki o niskim woltażu (20%, a smak bez zmian) z jasnym postanowieniem upicia się jak przystało na autora podrzędnych artykułów publikowanych czasem w podrzędnym magazynie. Po jednym łyku odłożyłem butelkę. Posmak Sonju jasno przypomniał mi, że pisarzem-alkoholikiem nie będę nigdy. Z dwóch powodów: nie umiem pisać i nie lubię pić.
