Śniadanie w hostelu było skromne, więc w okolicach godziny jedenastej zameldowałem się w wybranej na chybił-trafił knajpce. Znalazłem taką, która posługiwała się pismem obrazkowym. Ja pokazuję co chcę zjeść, a obsługa mi to przynosi. W praktyce, ja pokazywałem co chcę zjeść, obsługa zadawała po koreańsku dodatkowe pytania, a ja raz kręciłem głową na tak, a raz na nie, absolutnie nie wiedząc o co chodzi. Pan w końcu uznał, że ma przed sobą kretyna, rozkręcił znajdującą się na środku stołu kuchenkę, przyniósł rozliczne przystawki na czele z niesławnym kimchi z kapusty pekińskiej i rozpoczęło się pierwsze kulinarne show. Na gorący patelnio-talerz po chwili włożone zostały różne warzywa oraz … niewielka, cała ośmiornica. Wszystko dusiło się kilka minut, następnie wkładka mięsna została pocięta nożyczkami na kawałki, kilka razy całość zamieszano i danie było już gotowe do spożycia.


Smak? Taki jak cała Korea. Zupełnie odmienny od wcześniejszych przygód z azjatycką kuchnią. Danie nazywało się bodaj Nakji bokkeum i było równie wyborne co pikantne. Cena – łącznie z ryżem jakieś 7.500 wonów, czyli nieco ponad 20 zł. Zupełnie tanio jak na fakt, że je się całą ośmiornicę. A przystawki są za darmo. Jedyny problem sprawiało mi rzeczone kimchi. To fermentowane warzywa, co raczej Polaków nie odrzuca (w końcu zajadamy się tak kapustą jak i ogórkami). Sęk w tym, że proces fermentacji w przypadku Koreańskiej kuchni idzie „o ten jeden krok dalej”. Zamiast przyjemnej kiszonki, dostajemy w efekcie smak odmienny, niemal alkoholowy i mocno kwaśny. Jak najbardziej do zjedzenia raz, drugi i dziesiąty, ale... Pod koniec takiej uczty przynajmniej ja miałem tego wszystkiego nieco dość. Do następnego razu oczywiście.
Gdybym był przestępcą wracałbym regularnie na miejsca swoich zbrodni. Wsiadłem do metra i wróciłem dokładnie tam, gdzie byłem wczoraj. Tym razem jednak zamierzałem odwiedzić kilka z piątki Królewskich Pałaców. W pierwszej kolejności wybór padł na ten znajdujący się tuż obok stacji metra City Hall. Deoksugung jest stosunkowo niewielki i najmłodszy pośród całej piątki. Jednak i tu żył niegdyś Król oraz jego świta, a z jego murów rządzono całym państwem. Park dawałby sporo wytchnienia, gdyby nie … deszcz oraz tłumy zwiedzających. Pośród nich, sami Azjaci. Byłem dosłownie jedynym białym w zasięgu wzroku, co było nawet miłe, bo pozwalało w pełni poczuć się Kolumbem na obcej ziemi.




Obcowanie z architekturą i historią było wspaniałe i zajęło mi mnóstwo czasu. Nigdzie się nie spieszyłem, więc powoli oglądałem każdy budynek, raz po raz kryjąc się przed przemoknięciem (umiarkowanie skutecznie co potwierdzają zdjęcia mojej osoby na których wyglądam jakbym zlał się w gacie). Jednak trzeba też przyznać, że podziwianie śladów przeszłości krajów tak nam odległych jak Korea jest cokolwiek niepełne. Co bowiem mówi nam dynastia Joseon, swoją drogą panująca nieprzerwanie od 1392 do 1910 roku? Jaki stosunek mamy do jej spuścizny? Co czujemy patrząc się na miejsca, w których żył ten czy inny król? Niestety, mimo wysiłku i szczerych chęci, nie czułem dreszczu emocji obcując z miejscem, gdzie mieszkał np. wybitny władca Seonjo. Skupiłem się na kontemplacji powierzchniowości, oddychałem zapachem orientu, gapiłem się na architektoniczne smaczki i detale. Deoksugung szczególne wrażenie robił, gdy patrzyło się na zabudowania pałacowe z odpowiedniej perspektywy. Wtedy, zza antycznych dachów wyrastało wielkie, szklane i neonowe nowoczesne miasto, przypominając o tym, że Korea błyskawicznie dokonała epokowego skoku w XXII wiek i wcale się nigdzie nie zamierza zatrzymywać.








Korea szybko zaczęła zdobywać moje serce. Pomijam już miłych tubylców (co chwila ktoś się ze mną witał, zupełnie jakby nigdy nie widzieli tu białego), ale chodzi o zwykłe, drobne rzeczy, które mają na celu ułatwienie codzienności. Ot chociażby, publiczne toalety. Ile ja się nachodziłem po świecie w poszukiwaniu zwykłego kibla. A w Seulu, jak i w całym kraju, co kilkaset metrów na pełne pęcherze czekają toalety. Czyste, darmowe, przyjemne. Jeżeli chciało mi się pić, na każdym rogu stały rozliczne automaty z napojami. Do wyboru, do koloru: napoje gazowane, kawy w puszkach, napoje owocowe, herbaty, wody, napoje izotoniczne... Na ciepło i na zimno. Za grosze. Jak tu nie pokochać tej Dalekiej Azji?

Kawałek dalej, również ukryty w miejskim gąszczu, mieści się kolejny Wielki Pałac. Gyeonghuigung jest najskromniejszy ze wszystkich. Wejście jest za darmo (do pozostałych trzeba płacić, na szczęście niedużo) i w środku panowała przyjemna atmosfera absolutnego zapomnienia. Nawet spacerowiczów było niewielu, oprócz mnie kręciło się tam jedynie kilka zagubionych osób w asyście rozgadanych zakonnic. Jestem w stanie uwierzyć, że nawet lokatorzy okolicznych wieżowców nie zawszę zdają sobie sprawę, że tuż obok nich znajduje się takie miejsce. Swoim zwyczajem podumałem dłuższą chwilę, po czym skierowałem się w stronę Gyeongbokgung, czyli, dla odmiany, tego największego Pałacu Seulu.



Żeby do niego dojść trzeba na własnej skórze poznać co to znaczy „stać na światłach” w stolicy Korei. Przejście przez dwie szerokie ulice zajmowało mi zawsze jakieś sześć – osiem minut! Seul to miasto stworzone dla samochodów, zaprojektowane tak, by maksymalnie udrożnić tego giganta. Chodzący piechotą mają pecha i muszą odstać swoje. To zresztą odnosi się do całości systemu transportowego. Jest on tak pomyślany, by efektywnie przewozić masy ludzkie z jednego miejsca na drugie. Tak by po drodze możliwie mało czasu "marnowali" na nieeefektywne dojazdy.
Przed wejściem na straży stali jeszcze paradni strażnicy. Wczoraj ich już nie było. Ubrani byli w kolorowe stroje, trzymali w dłoniach koreańskie odpowiedniki naszych halabard i stroili bardzo groźne miny. Trudno mi dociec ile w nich było gry aktorskiej, a ile szczerej niechęci do tych wszystkich, którzy przez długie godziny patrzą się na nich, robią sobie z nimi zdjęcia i drą się wniebogłosy. Szczególnie jeden z nich, z zachowania i postawy zdaje się, że przywódca, wyglądał cokolwiek niepokojąco. Inni nieco przysypiali...







Nie ma sensu opisywać wnętrza kompleksu pałacowego. Z grubsza wszystkie wyglądają tak samo. Budynki rozmieszczone były po dużym i pięknym parku. Jesienna aura tylko mu dodawała uroku. Po przekroczeniu bramy moim oczom ukazała się monumentalna sala tronowa, ponoć największa drewniana budowla w całym kraju. Jednak najciekawiej było dalej. Zagłębiałem się w wąskie uliczki i przejścia, docierałem do kolejnych świątyń i królewskich budynków. Nie przeszkadzał mi nawet tłum zwiedzających, a wiedzieć trzeba, że rzadko który turysta może być tak denerwujący jak ten z Azji. Mnie jednak nic chyba nie było w stanie wytrącić z atmosfery refleksji i kontemplacji. Bodaj najpiękniejsze były okolice dwóch wodnych oczek. Obok jednego z nich zlokalizowana była niska wieża na wysepce, która pięknie odbijała się od zarzuconego złotym listowiem stawu. Pomyślałem sobie wtedy, że Korea to rzeczywiście kwintesencja Azji i dla takich chwil tłukiem się tu z Warszawy.










Kiedy opuściłem kompleks było już ciemno. Zobaczyłem zaledwie trzy z pięciu pałaców, a zajęło mi to niemal cały dzień. Zaspokojony pod tym względem, rozpocząłem swe wieczorne krążenie bez celu. Skręciłem w ulicę Jongno i podobnie jak wczoraj, eksplorowałem dzielnicę Insandong. Trafiłem jednak w zupełnie inne miejsca, wcześniej mi nieznane. Od neonów biło ciepło, a ja sobie szedłem z rękami w kieszeniach, w bluzie, co bluzą nieziemską już była. Nie, zaraz. To nie tak. Padał deszcz, moje ubrania były mokre, ale nie przejmowałem się tym zanadto. W Polsce po takim dniu od razu byłbym chory. Gdzieś w świecie, mogę cały dzień chodzić w mokrych butach, a rano się budzę i jestem świeży jak niemowlę. Ot, dziwy. Zajadałem się rulonikami Kimbap, czyli, wybaczcie kulinarni puryści, koreańskiej odmiany sushi. Do kupienia w każdym 7 Eleven za 800-1000 wonów (2,4 zł – 3 zł).





Co chwila skręcałem w jakieś dziwne, boczne uliczki. Niektóre aż się o to prosiły. O ile na głównej arterii mieściły się eleganckie sklepy z ubraniami czy biżuterią, wąskie alejki kusiły zupełnie innymi atrakcjami. Było tam ciemno, niezbyt czysto, a zamiast wymuskanych butików dominowały knajpy i knajpiane zapachy. Dziwnie wyglądały te miejsca, szczególnie gdy nad dachami majestatycznie górowały wieżowce, których światła rzucały złowieszczą poświatę na ten zapomniany świat. Pewnego dnia powstanie tu zapewne kolejny szklany klocek. Aż dziw, że w tym zapchanym mieście uchowały się jeszcze takie „skanseny” i to w samym centrum!





W jednej z takich niepozornych ulic złapał mnie okrutny deszcz. Padało i padało. Potem zaś złapał mnie głód. Mijałem akurat restaurację i pomyślałem, że spełnia wszystkie moje wymagania. Była tuż pod nosem, miała zdjęcia dań, były w niej wolne miejsca, ale brudna podłoga sugerowała jasno, że przewija się przez nią sporo osób. Tym razem zamówiłem karkówkę. Pan zaczął rozgrzewać palnik na środku stołu, na migi wyjaśniliśmy sobie wszelkie pozostałe kwestie (oczywiście absolutnie nie rozumiejąc o co chodzi drugiej stronie) i po chwili solidna porcja mięsa zaczęła wesoło skwierczeć na ogniu. Właściciel knajpy był na tyle miły, że nauczył mnie kilku rzeczy. Pokazał, że moje ulubione kimchi z pekińskiej kapusty można wkładać na palenisko, żeby przystawka się co nieco podgrzała. Kawałki mięsa macza się w sosach, dokłada składników wedle uznania, a następnie zawija w kuleczkę w liść sałaty i je. Sam bym się tego nie domyślił, ponieważ za każdym razem gdy zaczynałem posiłek, tak bardzo skupiałem się na swoim stoliku, że uwagi nie starczało mi już na obserwację otoczenia.


Obok mnie, butelki soju (lokalna odmiana wódki, o której na pewno jeszcze wspomnę) rozpijali żołnierze na przepustce. Mundurowych w Korei spotykałem dosyć często i zawsze uderzał mnie szczenięcy wręcz wiek rekrutów. Ci wyglądali na osiemnastolatków, ale zachowywali się jakby byli co najmniej o dekadę starsi. Pokrzykiwali na właściciela, który niemal zgięty w ukłonie co chwila przynosił im kolejne butelki. Widać, żołnierz w tym kraju to nie byle jaka profesja. Zupełnie słusznie, albowiem tuż za rogatkami miasta zaczyna się przecież Strefa Zdemilitaryzowana, a za nią czai się milionowa armia Korei Północnej. Głodna, fanatyczna, oddana sprawie i nierozpieszczona gadżetami. Chociaż wracając do domu miałem wątpliwość czy w przypadku konfliktu zbrojnego komunistycznych oddziałów nie pokona już sam Seul ze swoimi neonami, sklepami i niekończącym się ruchem na chodnikach oraz ulicach...
