wtorek, 9 września 2014

07-09.09, W Drzewach, czyli w Nałęczowie


Do Lublina pojechaliśmy “po drodze” do Nałęczowa. Tylko co my mieliśmy robić w miejscu, które kojarzy się z emerytami, rencistami i popijaniem źródlanych wód? Nie jest z nami przecież aż tak źle. A to akurat całkiem ciekawa historia. Otóż, od pewnego czasu w Nałęczowie działa wyjątkowe miejsce. Oferuje ono noclegi w drewnianych, nowoczesnych i ekologicznych domkach, które położone są na specjalnych palach, dzięki czemu znajdują się dosłownie w koronach drzew. Jako, że domki te stoją na skraju lessowego wąwozu z ich okien rozpościera się cudowny widok na las podziwiany z zaskakującej perspektywy. Miejsce nazywa się, nomen omen, “W Drzewach” i jest tak popularne, że termin trzeba rezerwować z wielomiesięcznym wyprzedzeniem. Zadzwoniliśmy tam bodajże wiosną, wpłaciliśmy zaliczkę i “zanim się zorientowaliśmy” okazało się, że pół roku minęło jak z bicza strzelił, a nasz domek już na nas czeka na dwie noce. Najlepsze jest to, że popularność tego miejsca osiągnięta została tylko i wyłącznie pocztą pantoflową. “W Drzewach” nie musi się reklamować, a trzy drewniane domki są chyba zawsze zajęte przez miłośników wypoczynku.

Co tu zresztą pisać - podobało nam się tam i wcale się tej całej popularności nie dziwimy. “Nasz” domek nie był duży (dwa pozostałe są większe, a nawet “dwupoziomowe”!), ale w pełni funkcjonalny, więc latem czy zimą, radość z pobytu jest zapewne na tym samym poziomie. Mieliśmy szczęście, bo trafiliśmy na ostatnie podrygi niemalże letniej pogody. Jesienią, szczególnie tą deszczową, może być już nieco melancholijnie, ale oczami wyobraźni widziałem tam siebie, siedzącego przed oknem, patrzącego się na krople spływające po jego powierzchni. Popijałbym rum z herbatą i pisałbym książkę na starej maszynie. Może nawet paliłbym fajkę, a w przerwach chodził na spacer po lesie, w gumiakach i berecie. I z psem. Tak, psem, nawet pożyczonym. Czułbym się wtedy jak wielki pisarz, będący w procesie płodzenia swego epokowego dzieła. Tak, to miejsce wręcz idealnie nadaje się dla wszystkich osób o artystycznych zapędach, a już szczególnie dla takich, które odczuwają, podobnie jak ja, radykalny kryzys twórczy (chociaż ja raczej odczuwam kryzys pseudo-twórczy). W rzeczywistości, nawet poranna kawa, popijana przy śniadaniu przynoszonym przez właścicielkę w wielkim, wiklinowym koszu, smakowała wybornie, a jedną z form spędzania czasu było po prostu patrzenie się w leśną głuszę pod nami.




Sam Nałęczów to miasteczko, które nieszczególnie przypadło nam do gustu. Wiadomo, jest to miejscowość uzdrowiskowa, sprofilowana pod zupełnie inny typ gości niż my. W tzw. “śródmieściu” można kupić lekarstwa, bieliznę, odzież, a także pójść do kilku lekarzy. Poza tym, są tam jeszcze dwa sklepy i to by było tyle. Ach, jest jeszcze gospoda, która pyszni się tym, że była bohaterką programu Pani Magdy “Wiem Lepiej” Gessler. Nie wiem jak wyglądała ona przed swoją rewolucją, obecnie jest tam sporo smacznego jedzenia z dziczyzną w roli głównej. Ogólnie więc, niewiele tego, ale emerytom i rencistom pewnie wystarczy tych “atrakcji”.

Prawdziwe centrum Nałęczowa to park zdrojowy, gdzie można pospacerować we względnej ciszy. Na ławkach, w słońcu, siedzieli kuracjusze, a przechodząc koło nich słyszeliśmy strzępki rozmów i pojedyńcze słowa. Kamienie nerkowe, operacja na żołądku, mrowienie w nogach, wysokie ciśnienie, niskie ciśnienie… Choroby, chorobami, ale do Nałęczowa przyjeżdża się leczyć, ale i bawić. Chyba przede wszystkim to drugie. Wieczorami w wielu miejscach rozbrzmiewały złote przeboje sprzed lat, a przez otwarte okna widzieliśmy jak ludzie tańczą, śpiewają, kiwają się w rytm. Miłość unosiła się w powietrzu. Rozliczne ośrodki, hotele czy restauracje reklamują swoje “dancingi” (tak swoją drogą, to słowo wydawało mi już zupełnie zapomniane, bo ostatni raz słyszałem je chyba w serialu “07 zgłoś się”). W sezonie odbywały się one nawet i codziennie, po sezonie, co kilka dni, oczywiście z naciskiem na weekend. Szaleństwo!




Wypiliśmy kilka wód w zdrojowej pijalni (pamiętajmy, że nadal odczuwałem skutki polików wołowych). Niektóre były nawet smaczne, chociaż nie mogłem pozbyć się wrażenia, że silny metaliczny posmak wcale nie jest oznaką naturalnego pochodzenia. Dla odmiany, tuż obok zlokalizowana jest … pijalnia czekolad Wedla, więc i tam spędziliśmy kilka miłych chwil, podczas których odzyskaliśmy z nawiązką kalorie utracone podczas długich spacerów. Ogólnie, w Nałęczowie było miło, ale ten klimat to jeszcze nie nasz świat, więc wrócimy tu najwcześniej za kilka dekad (a przynajmniej - tego nam życzę). Chociaż do samych “Drzew” wróciłbym z chęcią wcześniej!

niedziela, 7 września 2014

05-07.09, Smaki i niesmaki Lublina

Miałem na studiach znajomego, który pochodził z Lublina. Obecnie, z tego co wiem, bo kontakt straciliśmy dawno temu, jest szanowanym Panem Prawnikiem i jako ekspert ds. podatków doradza wielkim koncernom jak nie płacić w Polsce złamanego grosza. Zdolna bestia. Nic dziwnego, należał bowiem do tych osób, które na swój sukces pracowały od dawna. Za studenckich czasów mój kolega nie chodził na imprezy, nie pił, nie marnował czasu na bzdury, za to każdą wolną chwilę spędzał w popularnym BUW-ie (dla niewiedzących - gmach Bilblioteki Uniwersytetu Warszawskiego), gdzie czytał, uczył się, wkuwał. Miał dziewczynę, tyle że nadal mieszkającą w ich rodzinnym mieście. Był bardzo przyzwoity, a ona również - do ślubu przynajmniej, bo obecnie ma pewnie z piątkę dzieci, jak przystało na osobę wierzącą oraz praktykującą. Lubił dysputy o polityce, a dla odmiany - o prawie i nie pamiętam bym rozmawiał z nim o czymś innym… Mieszkał w akademiku i delikatnie napisawszy, nigdy nie śmierdział groszem, chociaż dostawał zawsze stypendium za dobre wyniki, a i rodzice zapewne mu pomagali. Pewnie już wtedy odkładał do skarpety. Nie za bardzo dbał o swój wygląd - pamiętam jego dużą głowę, która zawsze zarośnięta była gęstym sitowiem ciemnych, sterczących włosów, przez co stawała się jeszcze większa. Kolega nosił zazwyczaj swetry z golfem - w zimę grube, pewnie szyte przez babcię, wiosną i jesienią cienkie, takie przylegające, zawsze strzelające ładunkami gdy podawało mu się rękę, jednym słowem, paskudne. Dodawały one jeszcze bardziej komicznego wyglądu jego głowie, która rosła i rosła... Jadał też raczej podle, pamiętam go zawsze z drożdżówkami “za złotówkę”, które można było kupić w przejściu podziemnym pod Krakowskim Przedmieściem. Zjadał ich osiem w ciągu dnia, co zastępowało mu obiad, podwieczorek i kolację. Pod koniec dnia zawsze miał nieprzyjemny zapach z ust, ale nigdy nie chciał gumy gdy mu ją ktoś proponował. Sam oczywiście nigdy by sobie jej nie kupił, bo poza drożdżówkami oraz akademickimi podręcznikami NIGDY nie widziałem, by wydawał na coś pieniądze. To był człowiek skoncentrowany na swojej misji, a nie drobnych, nieistotnych bzdurach. Nie zrozumcie mnie źle. Był to naprawdę miły chłopak. Nie był biedny (co okazało się pod koniec znajomości), a jego zewnętrzny wygląd był efektem wyboru, a nie ekonomicznego przymusu, co pozwala mi się z tego co nieco pośmiać po latach. Do tego, był dumny z tego, że pochodzi z Lublina, co chwila narzekał na Warszawę i wychwalał swoje rodzinne miasto. Zawsze to szanowałem i powtarzałem, że jak mu się u nas tak nie podoba, to na pewno znajdzie sobie miejsce na KUL-u albo innej uczelni i niech sobie stąd pojedzie. Chyba się lubiliśmy, chociaż w sumie nigdy nie byłem pewien tego co sądzi o mnie.

Opowiadam o tym dlatego, że postać tegoż kolegi bardzo silnie wpłynęła na moją percepcję Lublina jako takiego. Nigdy tam nie byłem, ale wyobrażałem sobie, że jest to miasto po którym chodzą sami ludzie w golfach, którzy noszą swe wielkie głowy wysoko w chmurach, rozmawiają o polityce, jedzą drożdżówki, ubierają się w lumpeksach i mają nieświeże oddechy. Traktowałem to miasto jako wrota do mitycznej “Polski B”, odrapanej, ubogiej, aczkolwiek, bardzo dumnej, ciułającej grosz do grosza, dobrze wykształconej, no i fanatycznie wręcz wierzącej - tak w Boga, jak i w siebie, czy raczej, swoją wyższość nad innymi. Przez lata nie myślałem nawet o tym, by tam pojechać i zobaczyć jaka jest prawda, chociaż docierały do mnie głosy mówiące, iż miasto to należy do najpiękniejszych w naszym kraju. Aż w końcu, przyszła pora zrewidować swoje poglądy.

***

Lublin to oczywiście miasto z wielowiekową przeszłością. I do tego, w przeciwieństwie do takiego Chełmna, o którym pisałem niedawno, jest to przeszłość “wielkoformatowa”, ponieważ działy się tam rzeczy ważne i przełomowe dla całej Polski. W 1569 roku podpisano w nim akt Unii Lubelskiej, który dał początek Rzeczpospolitej Obojga Narodów. Odbywały się tam sejmy walne (choć raczej incydentalnie), znajdowała się tam również siedziba Trybunału Koronnego, czyli instancji odwoławczej od sądów szlacheckich. W XVI wieku Miasto przeżywało rozkwit architektoniczny, wypracowując własny styl tzw. renesansu lubelskiego, mocno zresztą inspirowanego Półwyspem Apenińskim (a niby czym innym miano by się inspirować - dopowie sobie każdy kto choć trochę zna się na historii architektury). Słynne lubelskie jarmarki, czyli wielkie, kilkudniowe targowiska, przyciągały kupców z całego ówczesnego świata - było to bowiem swoiste “okno wystawowe” organizowane w mieście, w którym przecinały się kluczowe szlaki handlowe z południa na północ i ze wschodu na zachód. Lublin przed wiekami był miastem zasobnym i przede wszystkim, różnorodnym. Gmina żydowska była liczna i dobrze zorganizowana. Ale w jego murach mieszkali także inni - chociażby, prześladowani wtenczas w katolickiej części Europy, nasi bracia protestanci, którzy tutaj mogli w spokoju żyć i tworzyć swoje dziedzictwo kulturowe.

A jak ma się teraźniejszość? Przede wszystkim, Lublin niszczony był przez zarazy, pożary, zabory, no i wojny. Gdy wjeżdżałem do miasta nocą, na widok standardowych szarych blokowisk, zastanawiałem się czy aby na pewno wszystko co słyszałem o tym miejscu jest aby prawdą. Nie wyglądało to zachęcająco, ale z czasem na horyzoncie zaczęło majaczyć podświetlone Wzgórze Zamkowe i przestałem się niepokoić. Nad ranem wyszliśmy na spacer i idąc ulicą Zamojską zastanawiałem się kiedy dostaniemy od kogoś w mordę. Okolica nie prezentowała się bowiem “reprezentacyjnie”, podobnie jak tubylcy przemykający po chodnikach. Potem trafiliśmy na Krakowskie Przedmieście i zrobiło się zdecydowanie przyjemniej - to miły i szeroki deptak, z pięknym widokiem tak w jedną, jak i drugą stronę.


Kawałek dalej, przekraczając średniowieczną bramę, przekonałem się, że Lublin może poszczycić się całkiem rozległym Starym Miastem, w którym znajduje się wiele cennych, pięknych zabytków. Chyba najciekawszym jest niepozorny, okrągły “donżon”, czyli wieża znajdująca się na dziedzińcu zamkowym. Wybudowana w stylu romańskim jest zabytkiem “klasy zero” nie tylko w skali regionu. Obok niej znajduje się Kaplica Trójcy Świętej, również budowla wielce nobliwa, tylko ile razy w ciągu roku można zachwycać się kolejnym kościołem?

Sam zamek za to jest względnie nowy i zawdzięcza swoją nazwę tylko i wyłącznie temu, iż powstał na miejscu, gdzie wcześniej takowy “prawdziwy” przez wieki istniał. Przez sporą część swego młodego żywota (budynek powstał w 1826 roku!) było to więzienie. Dosyć ponura historia się za nim ciągnie, tym bardziej, że w czasie wojny torturowano tu ludzi, a po wojnie urzędowali tu “funkcjonariusze” komunistycznej bezpieki. Fasada zamku jest zadziwiająca - jest to niby neogotyk, ale łuk nad drzwiami wejściowymi, okrągłe obramowania okiennic oraz ząbkowane szczyty momentalnie kojarzą się z Maurami, pustynnymi piaskami, karawanami przemierzającymi bezkres. Co zresztą, nieco przewrotnie, ale idealnie pasuje do Lublina, miasta na styku wielu kultur, miasta które można nazwać pierwszym bastionem wschodu.

W tym samym czasie, w którym przypadła nasza wizyta w Lublinie, odbywał się tam Festiwal Smaku. Jak zawsze, miało to swoje wady i zalety. Te pierwsze były dla nas dosyć dolegliwe, bo ludzi na Starym Mieście było naprawdę dużo, a przepychanie się przez ciżbę z wózkiem wcale nie jest takie przyjemne. Z zalet - leciwe zakątki wypełniły się dzięki temu życiem. Dookoła nas rozstawionych było mnóstwo kramów z jedzeniem. Od prostej pajdy chleba ze smalcem, przez wojskową grochówkę, poprzez przysmaki z ościennych krajów, piwa regionalne, sery, wędliny, kiełbasy, dania na zimno i na gorąco, kończąc na lekcjach gotowania, koncertach i innych imprezach plenerowych. Było tego tak dużo, że niekiedy przybierały one groteskową formę, np. gdy wracaliśmy wieczorem do hotelu, trafiliśmy na punkowy koncert jakiejś młodzieżowej kapeli z Węgier. Na widowni było kilkoro ich znajomych, poza tym zaś: pani emerytka, która widać się zmęczyła i musiała na chwilę usiąść, jeden śmierdzący lump, dwójka przechodniów, no i my, para z dzieckiem w wózku. Wyglądało to komicznie, ale zespół nie dawał po sobie poznać rozczarowania i wykrzykiwał słowa buntu zupełnie jakby byli co najmniej na Roskilde.



Festiwal nieco utrudniał podziwianie uroków Starego Miasta, na szczęście jednak jest ono na tyle rozległe, że wystarczyło skręcić kilka kroków, by mieć ciszę i móc znowu obserwować otoczenie bez żadnych “przeszkadzajek”. Cóż, lublińskie trotuary i mury bywają wytarte i cuchnące stęchlizną, ale nie od dzisiaj wiadomo, że ja uwielbiam takie klimaty, więc i to miejsce przypadło mi od razu do gustu. Mam nadzieję, chociaż jest to nadzieja wręcz bezczelnie samolubna, że nieprędko trafią tutaj pieniądze na remonty elewacji i Lublin zachowa swój urok lekko zapuszczonej, acz pięknej prowincji. Chyba słuszne są słyszane czasem porównania do Krakowa. Oczywiście, skala jest inna, ale wrażenia estetyczne podobne. Warto tu więc było przyjechać.







Spodobały nam się też tutejsze kawiarnie. Może to kwestia tego, że w Warszawie do takich miejsc nie chadzamy, ale ilekroć jestem gdzieś poza domem, tyle razy zadziwiam się pomysłowością oraz różnorodnością z jaką ich właściciele podchodzą do swego biznesu. W jednej, chyba najfajniejszej, trafiliśmy np. na rozliczne kawy przyrządzane na różne, nieznane nam wcześniej sposoby. Wszystkie miały wspólny mianownik “literacki”. Ot, chociażby kawa a’la Tuwim - gotowana w imbryku, z dodatkiem cukru, wanilii oraz spienionego mleka. Zaskakująco prosta, ale i smaczna.

Niestety, nie wszystko było takie znowu idealne. Stołując się w jednej z restauracji skusiłem się na danie z polików wołowych. Odkąd usłyszałem, że jest to najwyborniejszy mięsny rarytas, zamawiam je zawsze gdy znajduję je w karcie. Niestety, tym razem co nieco się strułem, więc resztę wyjazdu musiałem uważać i nie oddalać się zbyt daleko od najbliższej toalety. O ile wyzbyłem się swoich kretyńskich uprzedzeń do Lublina (żadnych golfów, drożdżówek i wielkogłowych bowiem nie stwierdziłem), to od tej pory miasto to kojarzy mi się, niestety, w pierwszej kolejności z polikami w tłustym, brązowym sosie i tym co z nimi działo się później.