
Do Lublina pojechaliśmy “po drodze” do Nałęczowa. Tylko co my mieliśmy robić w miejscu, które kojarzy się z emerytami, rencistami i popijaniem źródlanych wód? Nie jest z nami przecież aż tak źle. A to akurat całkiem ciekawa historia. Otóż, od pewnego czasu w Nałęczowie działa wyjątkowe miejsce. Oferuje ono noclegi w drewnianych, nowoczesnych i ekologicznych domkach, które położone są na specjalnych palach, dzięki czemu znajdują się dosłownie w koronach drzew. Jako, że domki te stoją na skraju lessowego wąwozu z ich okien rozpościera się cudowny widok na las podziwiany z zaskakującej perspektywy. Miejsce nazywa się, nomen omen, “W Drzewach” i jest tak popularne, że termin trzeba rezerwować z wielomiesięcznym wyprzedzeniem. Zadzwoniliśmy tam bodajże wiosną, wpłaciliśmy zaliczkę i “zanim się zorientowaliśmy” okazało się, że pół roku minęło jak z bicza strzelił, a nasz domek już na nas czeka na dwie noce. Najlepsze jest to, że popularność tego miejsca osiągnięta została tylko i wyłącznie pocztą pantoflową. “W Drzewach” nie musi się reklamować, a trzy drewniane domki są chyba zawsze zajęte przez miłośników wypoczynku.

Co tu zresztą pisać - podobało nam się tam i wcale się tej całej popularności nie dziwimy. “Nasz” domek nie był duży (dwa pozostałe są większe, a nawet “dwupoziomowe”!), ale w pełni funkcjonalny, więc latem czy zimą, radość z pobytu jest zapewne na tym samym poziomie. Mieliśmy szczęście, bo trafiliśmy na ostatnie podrygi niemalże letniej pogody. Jesienią, szczególnie tą deszczową, może być już nieco melancholijnie, ale oczami wyobraźni widziałem tam siebie, siedzącego przed oknem, patrzącego się na krople spływające po jego powierzchni. Popijałbym rum z herbatą i pisałbym książkę na starej maszynie. Może nawet paliłbym fajkę, a w przerwach chodził na spacer po lesie, w gumiakach i berecie. I z psem. Tak, psem, nawet pożyczonym. Czułbym się wtedy jak wielki pisarz, będący w procesie płodzenia swego epokowego dzieła. Tak, to miejsce wręcz idealnie nadaje się dla wszystkich osób o artystycznych zapędach, a już szczególnie dla takich, które odczuwają, podobnie jak ja, radykalny kryzys twórczy (chociaż ja raczej odczuwam kryzys pseudo-twórczy). W rzeczywistości, nawet poranna kawa, popijana przy śniadaniu przynoszonym przez właścicielkę w wielkim, wiklinowym koszu, smakowała wybornie, a jedną z form spędzania czasu było po prostu patrzenie się w leśną głuszę pod nami.




Sam Nałęczów to miasteczko, które nieszczególnie przypadło nam do gustu. Wiadomo, jest to miejscowość uzdrowiskowa, sprofilowana pod zupełnie inny typ gości niż my. W tzw. “śródmieściu” można kupić lekarstwa, bieliznę, odzież, a także pójść do kilku lekarzy. Poza tym, są tam jeszcze dwa sklepy i to by było tyle. Ach, jest jeszcze gospoda, która pyszni się tym, że była bohaterką programu Pani Magdy “Wiem Lepiej” Gessler. Nie wiem jak wyglądała ona przed swoją rewolucją, obecnie jest tam sporo smacznego jedzenia z dziczyzną w roli głównej. Ogólnie więc, niewiele tego, ale emerytom i rencistom pewnie wystarczy tych “atrakcji”.

Prawdziwe centrum Nałęczowa to park zdrojowy, gdzie można pospacerować we względnej ciszy. Na ławkach, w słońcu, siedzieli kuracjusze, a przechodząc koło nich słyszeliśmy strzępki rozmów i pojedyńcze słowa. Kamienie nerkowe, operacja na żołądku, mrowienie w nogach, wysokie ciśnienie, niskie ciśnienie… Choroby, chorobami, ale do Nałęczowa przyjeżdża się leczyć, ale i bawić. Chyba przede wszystkim to drugie. Wieczorami w wielu miejscach rozbrzmiewały złote przeboje sprzed lat, a przez otwarte okna widzieliśmy jak ludzie tańczą, śpiewają, kiwają się w rytm. Miłość unosiła się w powietrzu. Rozliczne ośrodki, hotele czy restauracje reklamują swoje “dancingi” (tak swoją drogą, to słowo wydawało mi już zupełnie zapomniane, bo ostatni raz słyszałem je chyba w serialu “07 zgłoś się”). W sezonie odbywały się one nawet i codziennie, po sezonie, co kilka dni, oczywiście z naciskiem na weekend. Szaleństwo!




Wypiliśmy kilka wód w zdrojowej pijalni (pamiętajmy, że nadal odczuwałem skutki polików wołowych). Niektóre były nawet smaczne, chociaż nie mogłem pozbyć się wrażenia, że silny metaliczny posmak wcale nie jest oznaką naturalnego pochodzenia. Dla odmiany, tuż obok zlokalizowana jest … pijalnia czekolad Wedla, więc i tam spędziliśmy kilka miłych chwil, podczas których odzyskaliśmy z nawiązką kalorie utracone podczas długich spacerów. Ogólnie, w Nałęczowie było miło, ale ten klimat to jeszcze nie nasz świat, więc wrócimy tu najwcześniej za kilka dekad (a przynajmniej - tego nam życzę). Chociaż do samych “Drzew” wróciłbym z chęcią wcześniej!
