czwartek, 9 października 2014

05-09.10, Ironia losu

Oto ironia losu w najczystszej swej postaci - pół roku po służbowej wizycie w Los Angeles okazało się, że lecę tam ponownie, tym razem aż na tygodniowe szkolenie. Poprzednio aglomeracja ta (bo nie napiszę, że miasto, albowiem LA nie ma z takowymi nic wspólnego) zrobiła na mnie zdecydowanie negatywne wrażenie. Rozlazłe przedmieścia, brak charakteru, mizeria architektoniczna, “parterowy przepych” dzielnic składających się wyłącznie z luksusowych sklepów, wrogość okazywana pieszym w każdym możliwym aspekcie, nuda, nuda, nuda - to tylko kilka obserwacji, które poczyniłem w marcu. Ale, jak mawia przysłowie, “darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby”, więc ucieszyłem się na tę wiadomość i postanowiłem dać Los Angeles drugą szansę na uwiedzenie mnie. Już od razu mogę dodać, że oczywiście ta sztuka się nie udała, ponieważ nie ma tam zupełnie nic co lubię. Ale po kolei.

Poprzednio miałem pewne wyrzuty sumienia - nie jestem bowiem przyzwyczajony do tego, że ktoś (np. moja firma) płaci za mnie rachunki, więc zamiast nocować w eksluzwnym “Four Seasons”, poprosiłem o mniej wystawne miejsce. W efekcie czego, zadekowany byłem wtedy w motelu, podczas gdy reszta towarzystwa korzystała z uroków hotelowych pięciu gwiazdek. Tym razem nie miałem już żadnych oporów. Po prawdzie, nie miałem też wyjścia. Nocowałem więc w “Andaz” na Bulwarze Zachodzącego Słońca. Hotel był wystawny, a jednocześnie bardzo rockowy, pełen zdjęć wielkich estrady, którzy go kiedyś odwiedzali, demolowali, obrzygiwali podczas pijackich orgii. A kogo tu nie było - Led Zeppelin, Rolling Stones, Motorhead, Jim Morrison to tylko kilka przykładów z długiej listy sław.


Było to oczywiście doświadczenie zupełnie nie na moja kieszeń. I to nawet wtedy, gdy płaciła za to moja firma. Okazało się bowiem, że żadna z moich kart nie posiada takiego limitu, który jest w stanie unieść ciężar prozaicznego zabezpieczenia rezerwacji powiększonej o skromny depozyt. Najadłem się nieco wstydu i nerwów próbując przez kilkanaście minut wszystkich możliwych sposobów. W końcu, mój bank zablokował mi karty, uznając je za próbę podejrzanych transakcji. Tego właśnie potrzebowałem po kilkunastu godzinach w drodze, będąc tysiące kilometrów od domu - potrzebowałem zostać sam, z bezużytecznym plastikiem w ręku i ze stoma dolarami w portfelu. Ostatecznie, obsługa hotelu łaskawie przystała na to, bym zapłacił za całość gotówką, którą musiałem wyciągnąć z bankomatu. Oczywiście, moje świeżo odblokowane karty szybko przekroczyły swoje limity, więc finalnie byłem w stanie zapłacić tylko część umiówonej kwoty. Na zasadzie kolejnego wyjątku, pozwolono mi pójść do pokoju i uregulować resztę potem. Pokój był zaskakująco skromny jak na legendę miejsca (oraz cenę - westchnął mój portfel), miałem za to widok na … nadziemny parking. Po całym doświadczeniu czułem się jak kretyn z trzeciego świata (zresztą słusznie, bo jestem kretynem z trzeciego świata). To oczywiście tylko i wyłącznie moja wina, ale prawda jest też taka, że trafiłem do nie swojej bajki, która okazała się mnie po prostu co nieco przerastać, przynajmniej pod względem finansowym.


***

Samo szkolenie było doświadczeniem tak ciężkim, jak i ciekawym. Nie oszczędzano nas - od poniedziałku do piątku spędzaliśmy kilkanaście godzin w sali konferencyjnej, zaczynając o ósmej rano i kończąc najwcześniej przed szóstą wieczorem. Potem, jechaliśmy wspólnie na kolację, najczęściej połączoną z różnymi rodzajami tzw. “business networkingu”. O ile podczas samych szkoleń byłem zdecydowanie spokojny i wycofany, wieczorami, po piwie albo czterech, robiłem się dużo bardziej socjalny i rozgadany. Nawiązałem kilka ciekawych kontaktów, opowiedziałem kilka zabawnych (w moim odczuciu…) historyjek i budowałem swój wizerunek “dziwnego, brodatego przybysza z tego kraju na wschodzie Europy”. Do hotelu wracaliśmy około dziesiątej wieczorem, jak łatwo więc policzyć, na tzw. życie prywatne nie mieliśmy w ogóle czasu, szczególnie że wtedy czekała na mnie jeszcze lektura e-maili i drobne prace związane z pozostawionym w Polsce biznesem.

Lubię obserwować ludzi, więc podczas szkoleń starannie zerkałem na pozostałych uczestników. Łącznie było nas zdaje się trzydzieści osób, do tego kilka osób obsługi “techniczno-logistycznej”. W zdecydowanej większości byli to Amerykanie i to tacy, rzekłbym, pełnokrwiści. Nie mogłem się nadziwić jak bardzo się od nich różniłem pod względem podejścia do życia. A raczej, podejścia do WSZYSTKIEGO. Sprawiali wrażenie prymusów, gotowych do nauki i chcących uczyć się nowych umiejętności za wszelką cenę. Czułem się co nieco jak w czasach akademickich, kiedy przypadkowo trafiałem do obcej grupy na zajęciach, która to okazywała się być zdominowane przez nadambitnych ludzi z przerostem swojego ego. Tutaj również każdy chciał zabrać głos, każdy chciał wyrazić jak ważne jest to, co przed chwilą usłyszał i jak bardzo na tym skorzysta. Nawet jeżeli wieczorami, po pijaku, mówili coś innego, na sali odgrywali pieczołowicie swoje role. Uczestniczyli ochoczo w dyskusjach - najczęściej gadając farmazony, albo deliberując o truizmach niczym o prawdzie objawionej. Co mnie niezmiernie zdziwiło, przez pięć dni chyba nikt nie miał odrębnego zdania od grupy. Gdy ktoś coś powiedział, cała reszta przytakiwała i swoimi wypowiedziami nadbudowywała tę wypowiedź dalej i dalej. Tak sobie wtedy siedziałem i dumałem gdzie też podziała się naczelna zasada guru wszystkich przedsiębiorczych Amerykanów, a mianowicie jobs’owskie “Think Different”?

Osób spoza USA było dosłownie kilka sztuk. Tajwanka, Turczynka, Meksykanin, Norweg, Francuz, kilka osób z Emiratów, no i taki jeden Polak, czyli ja. Między sobą czasami wymienialiśmy się wymownymi spojrzeniami, szczególnie wtedy, gdy prowadzący szkolenie wyciągał z rękawa coś wybitnie amerykańskiego. Np. część poświęconą analizie różnic międzykulturowych. Dyskusja o tym czym się różnią Niemcy od Brazylijczyków wywołała istną euforię i falę westchnień “it’s amazing”. Dla mnie, przepraszam za szczerość, bo powtarzając raz jeszcze, “darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby”, był to stek ogólników i stereotypów. Czasem czułem się aż zawstydzony, szczególnie, gdy przez dziesięć minut słuchałem o tym, że Niemcy są uporządkowani i w sumie to dowcipni, ale żarty mają specyficzne, a dla Brazylijczyków liczy się samba, zabawa i piłka nożna, nazywana tutaj oczywiście soccerem. Jakby tego było mało, na końcu Amerykanie prosili o więcej tego typu wiedzy. Na szczęście, więcej nie było.

Mój notesik zapełnił się różnymi cytatami, ale muszę je pozostawić dla siebie, tak wymaga przyzwoitość. Z jednej strony, nabawiłem się kompleksów, zdając sobie sprawę jak niewiele znaczymy w porównaniu do USA czy chociażby Bliskiego Wschodu, którego reprezentanci byli pupilkami wszystkich. Z drugiej, poprawiłem sobie humor, bo z bliska okazywało się, że owa potęga zbudowana jest po trochu na bezczelności, a po trochu na płytkiej wiedzy. A jak wiemy, najlepsze pomysły często rodzą się w umysłach nią nie skażonych. Na koniec, zacytuje jeszcze jedną koleżankę z Chicago, której zaproponowalem by przeszła się z nami wracając z restauracji do hotelu (odległość, na oko, jakieś sześćset metrów). Popatrzyła na mnie zdziwiona i powiedziała, że raczej zaczeka na autokar. “I’m not a walker” - taką odpowiedź zapamiętam chyba do końca życia.

***

Wieczór we wtorek mieliśmy jednak wolny. Jako że “Andaz” położony był stosunkowo blisko Hollywood, postanowiłem, że przejdę się wzdłuż Bulwaru i jeszcze raz zobaczę to siedlisko tandety. Takie właśnie jest Los Angeles. Masz wolne kilka godzin, super. Ale odległości są tak duże, że przez ten czas nie dotrzesz w żadne sensowne miejsce. Idziesz więc tam, gdzie jest blisko, nawet jeżeli znasz to miejsce i wiesz, że nigdy więcej nie chciałeś go odwiedzić. Planowałem pojechać nad plażę, do Venice albo Santa Monica, ale zanim bym tam dotarł, to byłoby już ciemno. To samo z innymi “atrakcjami”. Może taksówką byłoby sprawniej, ale mając w pamięci moje przygody z recepcji, uznałem, że nie stać mnie na podróżowanie w ten sposób.

Sam, legendarny przecież, Bulwar Zachodzącego Słońca to szeroka ulica otoczona nijaką zabudową. W kierunku, którym ja podążałem, robiła się ona coraz bardziej parszywa i licha. Restauracje ustąpiły miejsca barom i jadłodajniom z meksykańskim żarciem, butiki zaś wymieniły się ze sklepami muzycznymi, których minąłem całkiem sporo. Hollywood Boulevard nic się nie zmieniło przez te pół roku. Tym razem z mniejszą ciekawością zerkałem na gwiazdy pod moimi nogami, chociaż znalazłem jedną, którą uznałem za wartą uwiecznienia. W końcu uwielbiam Hanka Williamsa, chociaż jeszcze bardziej cenię jego wnuka.



Pospacerowałem w jedną i drugą stronę, zatrzymałem się na dłużej pod Chińskim Teatrem, by zobaczyć dokładniej słynne odciski stóp i butów i wróciłem do hotelu. Cieszyłem się z tej krótkiej chwili dla siebie, tym bardziej, że kolejne dni były intensywne i swobodę poczułem dopiero w piątek popołudniu.