Poprzednio miałem pewne wyrzuty sumienia - nie jestem bowiem przyzwyczajony do tego, że ktoś (np. moja firma) płaci za mnie rachunki, więc zamiast nocować w eksluzwnym “Four Seasons”, poprosiłem o mniej wystawne miejsce. W efekcie czego, zadekowany byłem wtedy w motelu, podczas gdy reszta towarzystwa korzystała z uroków hotelowych pięciu gwiazdek. Tym razem nie miałem już żadnych oporów. Po prawdzie, nie miałem też wyjścia. Nocowałem więc w “Andaz” na Bulwarze Zachodzącego Słońca. Hotel był wystawny, a jednocześnie bardzo rockowy, pełen zdjęć wielkich estrady, którzy go kiedyś odwiedzali, demolowali, obrzygiwali podczas pijackich orgii. A kogo tu nie było - Led Zeppelin, Rolling Stones, Motorhead, Jim Morrison to tylko kilka przykładów z długiej listy sław.


Było to oczywiście doświadczenie zupełnie nie na moja kieszeń. I to nawet wtedy, gdy płaciła za to moja firma. Okazało się bowiem, że żadna z moich kart nie posiada takiego limitu, który jest w stanie unieść ciężar prozaicznego zabezpieczenia rezerwacji powiększonej o skromny depozyt. Najadłem się nieco wstydu i nerwów próbując przez kilkanaście minut wszystkich możliwych sposobów. W końcu, mój bank zablokował mi karty, uznając je za próbę podejrzanych transakcji. Tego właśnie potrzebowałem po kilkunastu godzinach w drodze, będąc tysiące kilometrów od domu - potrzebowałem zostać sam, z bezużytecznym plastikiem w ręku i ze stoma dolarami w portfelu. Ostatecznie, obsługa hotelu łaskawie przystała na to, bym zapłacił za całość gotówką, którą musiałem wyciągnąć z bankomatu. Oczywiście, moje świeżo odblokowane karty szybko przekroczyły swoje limity, więc finalnie byłem w stanie zapłacić tylko część umiówonej kwoty. Na zasadzie kolejnego wyjątku, pozwolono mi pójść do pokoju i uregulować resztę potem. Pokój był zaskakująco skromny jak na legendę miejsca (oraz cenę - westchnął mój portfel), miałem za to widok na … nadziemny parking. Po całym doświadczeniu czułem się jak kretyn z trzeciego świata (zresztą słusznie, bo jestem kretynem z trzeciego świata). To oczywiście tylko i wyłącznie moja wina, ale prawda jest też taka, że trafiłem do nie swojej bajki, która okazała się mnie po prostu co nieco przerastać, przynajmniej pod względem finansowym.

***
Samo szkolenie było doświadczeniem tak ciężkim, jak i ciekawym. Nie oszczędzano nas - od poniedziałku do piątku spędzaliśmy kilkanaście godzin w sali konferencyjnej, zaczynając o ósmej rano i kończąc najwcześniej przed szóstą wieczorem. Potem, jechaliśmy wspólnie na kolację, najczęściej połączoną z różnymi rodzajami tzw. “business networkingu”. O ile podczas samych szkoleń byłem zdecydowanie spokojny i wycofany, wieczorami, po piwie albo czterech, robiłem się dużo bardziej socjalny i rozgadany. Nawiązałem kilka ciekawych kontaktów, opowiedziałem kilka zabawnych (w moim odczuciu…) historyjek i budowałem swój wizerunek “dziwnego, brodatego przybysza z tego kraju na wschodzie Europy”. Do hotelu wracaliśmy około dziesiątej wieczorem, jak łatwo więc policzyć, na tzw. życie prywatne nie mieliśmy w ogóle czasu, szczególnie że wtedy czekała na mnie jeszcze lektura e-maili i drobne prace związane z pozostawionym w Polsce biznesem.

Lubię obserwować ludzi, więc podczas szkoleń starannie zerkałem na pozostałych uczestników. Łącznie było nas zdaje się trzydzieści osób, do tego kilka osób obsługi “techniczno-logistycznej”. W zdecydowanej większości byli to Amerykanie i to tacy, rzekłbym, pełnokrwiści. Nie mogłem się nadziwić jak bardzo się od nich różniłem pod względem podejścia do życia. A raczej, podejścia do WSZYSTKIEGO. Sprawiali wrażenie prymusów, gotowych do nauki i chcących uczyć się nowych umiejętności za wszelką cenę. Czułem się co nieco jak w czasach akademickich, kiedy przypadkowo trafiałem do obcej grupy na zajęciach, która to okazywała się być zdominowane przez nadambitnych ludzi z przerostem swojego ego. Tutaj również każdy chciał zabrać głos, każdy chciał wyrazić jak ważne jest to, co przed chwilą usłyszał i jak bardzo na tym skorzysta. Nawet jeżeli wieczorami, po pijaku, mówili coś innego, na sali odgrywali pieczołowicie swoje role. Uczestniczyli ochoczo w dyskusjach - najczęściej gadając farmazony, albo deliberując o truizmach niczym o prawdzie objawionej. Co mnie niezmiernie zdziwiło, przez pięć dni chyba nikt nie miał odrębnego zdania od grupy. Gdy ktoś coś powiedział, cała reszta przytakiwała i swoimi wypowiedziami nadbudowywała tę wypowiedź dalej i dalej. Tak sobie wtedy siedziałem i dumałem gdzie też podziała się naczelna zasada guru wszystkich przedsiębiorczych Amerykanów, a mianowicie jobs’owskie “Think Different”?
Osób spoza USA było dosłownie kilka sztuk. Tajwanka, Turczynka, Meksykanin, Norweg, Francuz, kilka osób z Emiratów, no i taki jeden Polak, czyli ja. Między sobą czasami wymienialiśmy się wymownymi spojrzeniami, szczególnie wtedy, gdy prowadzący szkolenie wyciągał z rękawa coś wybitnie amerykańskiego. Np. część poświęconą analizie różnic międzykulturowych. Dyskusja o tym czym się różnią Niemcy od Brazylijczyków wywołała istną euforię i falę westchnień “it’s amazing”. Dla mnie, przepraszam za szczerość, bo powtarzając raz jeszcze, “darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby”, był to stek ogólników i stereotypów. Czasem czułem się aż zawstydzony, szczególnie, gdy przez dziesięć minut słuchałem o tym, że Niemcy są uporządkowani i w sumie to dowcipni, ale żarty mają specyficzne, a dla Brazylijczyków liczy się samba, zabawa i piłka nożna, nazywana tutaj oczywiście soccerem. Jakby tego było mało, na końcu Amerykanie prosili o więcej tego typu wiedzy. Na szczęście, więcej nie było.
Mój notesik zapełnił się różnymi cytatami, ale muszę je pozostawić dla siebie, tak wymaga przyzwoitość. Z jednej strony, nabawiłem się kompleksów, zdając sobie sprawę jak niewiele znaczymy w porównaniu do USA czy chociażby Bliskiego Wschodu, którego reprezentanci byli pupilkami wszystkich. Z drugiej, poprawiłem sobie humor, bo z bliska okazywało się, że owa potęga zbudowana jest po trochu na bezczelności, a po trochu na płytkiej wiedzy. A jak wiemy, najlepsze pomysły często rodzą się w umysłach nią nie skażonych. Na koniec, zacytuje jeszcze jedną koleżankę z Chicago, której zaproponowalem by przeszła się z nami wracając z restauracji do hotelu (odległość, na oko, jakieś sześćset metrów). Popatrzyła na mnie zdziwiona i powiedziała, że raczej zaczeka na autokar. “I’m not a walker” - taką odpowiedź zapamiętam chyba do końca życia.
***
Wieczór we wtorek mieliśmy jednak wolny. Jako że “Andaz” położony był stosunkowo blisko Hollywood, postanowiłem, że przejdę się wzdłuż Bulwaru i jeszcze raz zobaczę to siedlisko tandety. Takie właśnie jest Los Angeles. Masz wolne kilka godzin, super. Ale odległości są tak duże, że przez ten czas nie dotrzesz w żadne sensowne miejsce. Idziesz więc tam, gdzie jest blisko, nawet jeżeli znasz to miejsce i wiesz, że nigdy więcej nie chciałeś go odwiedzić. Planowałem pojechać nad plażę, do Venice albo Santa Monica, ale zanim bym tam dotarł, to byłoby już ciemno. To samo z innymi “atrakcjami”. Może taksówką byłoby sprawniej, ale mając w pamięci moje przygody z recepcji, uznałem, że nie stać mnie na podróżowanie w ten sposób.
Sam, legendarny przecież, Bulwar Zachodzącego Słońca to szeroka ulica otoczona nijaką zabudową. W kierunku, którym ja podążałem, robiła się ona coraz bardziej parszywa i licha. Restauracje ustąpiły miejsca barom i jadłodajniom z meksykańskim żarciem, butiki zaś wymieniły się ze sklepami muzycznymi, których minąłem całkiem sporo. Hollywood Boulevard nic się nie zmieniło przez te pół roku. Tym razem z mniejszą ciekawością zerkałem na gwiazdy pod moimi nogami, chociaż znalazłem jedną, którą uznałem za wartą uwiecznienia. W końcu uwielbiam Hanka Williamsa, chociaż jeszcze bardziej cenię jego wnuka.



Pospacerowałem w jedną i drugą stronę, zatrzymałem się na dłużej pod Chińskim Teatrem, by zobaczyć dokładniej słynne odciski stóp i butów i wróciłem do hotelu. Cieszyłem się z tej krótkiej chwili dla siebie, tym bardziej, że kolejne dni były intensywne i swobodę poczułem dopiero w piątek popołudniu.

