poniedziałek, 13 października 2014

13.10, Upper West

Tego poranka ruszyłem, po raz pierwszy podczas tej wizyty, w stronę Uptown, czyli na północ Manhattanu. Moim zdaniem, wszystko co najciekawsze w Nowym Jorku znajduje się w dokładnie odwrotnym kierunku, ale po dwóch dniach postanowiłem trochę odpocząć od zgiełku i poszwędać się dla odmiany w okolicach, gdzie panuje zupełnie inna, spokojniejsza atmosfera. Nie bez znaczenia było także to, że takie leżące “na północ, północny-zachód” od Central Parku miejsca jak np. Westside, mocno kojarzą mi się z poprzednimi wizytami. A jak wiadomo, refleksyjny jest ze mnie człowiek.

Idąc monumentalnymi wąwozami ze szkła i stali, podumałem co nieco nad potęgą dolara. Kryzys kryzysem, ale stara, dobra Ameryka trzyma się zaskakująco dobrze. Czego symbolem jest chociażby nowy drapacz chmur - 432 Park Avenue. To obecnie najwyższy na świecie… blok mieszkalny (sorry Warszawo, stolico betonowych klocków). Ma ponad 420 metrów wysokości i prawie 90 pięter. Jak to na Manhattanie bywa, nowy budynek, chociaż duży, ginie gdzieś w zabudowie, więc dopiero po pewnym czasie zorientowałem się, że ów wąski, smukły kształt to właśnie ten kolejny cud współczesnej architektury o którym rozpisywała się w tym czasie prasa całego świata, nawet w kraju nad Wisłą.


Nowy wieżowiec znajduje się nieopodal Central Parku, co tak naprawdę stanowi o jego atrakcyjności. Z apartamentów roztacza się piękny widok na ów prostokąt miejskiej zieleni otoczonej przez beton cywilizacji. Domyślam się, że jest to marzenie dla każdego rasowego nowojorczyka, ponieważ czasy się zmieniają, świat idzie do przodu, ale miłość do Parku pozostaje niezmienną, wspólną cechą każdego tubylca.

Przed wejściem do samego parku, obok wielkiego i oczywiście słynnego Plaza Hotel, stały konne powozy oraz rozliczne budki z nowojorskimi hot dogami. Jako że był jeszcze poranek, a ja robiłem się głodny, dałem się skusić na małe co nieco na ząb. Pamiętałem, że kiedyś kosztowały dolara i miały podły smak. Cóż, ta druga rzecz jest chyba niezmienna, co do pierwszej, ceny podskoczyły i to kilkakrotnie, ale zwalam to na karb takiego, a nie innego miejsca. Zdziwiło mnie jednak coś innego. Na prawie każdej budce z ulicznym jedzeniem widziałem napis informujący o tym, że dostępne są w niej dania halal. To słowo, dosłownie oznacza “wszystko na co pozwala szariat”, chociaż oczywiście na Zachodzie kojarzy się bardziej z dietą, a dokładniej, z zakazem jedzenia wieprzowiny oraz rytualnym ubojem zwierząt. Taką kuchnię rozsławili jeszcze w latach 90-tych tzw. “Halal Guys”, czyli emigranci z Egiptu, którzy zaczęli sprzedawać swoje wiktuały na ulicznym stoisku i po latach dorobili się statusu gwiazd (o czym świadczą, często wielogodzinne kolejki). Zrozumiałbym gdyby chodziło o koszerność, bo Nowy Jork to w końcu dom setek tysięcy osób pochodzenia mojżeszowego, ale ów halal wszędzie dookoła wydawał mi się trochę jednak niestosowny. I to pomimo tego, że polityczna poprawność sugerowałaby nie dostrzegać związków pomiędzy światem polityki, religii, a przyziemną kuchnią uliczną (moją ksenofobiczną i rasistowską uwagę zwróciło także to, że stoiska te prowadzone były przez weteranów wojennych. Przynajmniej według stosownych zaświadczeń. Patrzyłem na smagłe i młode twarze “kucharzy”, zastanawiając się - jakiej wojny mogli być weteranami i po jakiej stronie walczyli?).

Z hot dogiem w ręku wkroczyłem do środka Central Parku. W międzyczasie przeczytałem sporo odnośnie jego historii i mój podziw dla tej enklawy natury wzrósł niepomiernie (dość wspomnieć o długim oraz znojnym procesie jego powstawania, utrudnionym ze względu na formacje kamienne tu występujące). Rynkowa wartość jego gruntów sięga grubych miliardów. Można odnieść wrażenie, że pnące się miasto pazernie zerka na te hektary błota, trawników i lasów, ale pamiętać trzeba, że nowojorczycy, nawet ci pracujący w przemyśle budowlanym, kochają i szanują swój park. Jest to zarówno oaza spokoju, jak i “wielki zrównywacz społecznych nierówności”. Na ławkach siedzą zakochani, bezdomni, biznesmeni, lokalesi, jak i przyjezdni. Tułacz w łachmanach jest tu równie pożądanym gościem co elegant w wyglancowanych lakierkach. Pośród zieleni buszują “dzikie” zwierzęta. Ludzie uprawiają jogging, chodzą z wózkami, generalnie - korzystają z życia i chwil obcowania z naturą. Niestety, mimo to, nadal uważam, że miejskie parki to nie jest miejsce dla mnie. Pospacerowałem chwilę, ale szybko znalazłem przejście na drugą stronę i wróciłem na łono betonowej cywilizacji.


Na ulicach Upper West Village poczułem lekkie ukłucie nostalgii. Ucieszyłem się, że tam trafiłem, bo okolica ta, chociaż w sumie nijaka w porównaniu do czołowych atrakcji Nowego Jorku, ma swój własny urok. O każdej dzielnicy tego miasta można napisać to samo, ale nie wszędzie panuje tak pasująca mi atmosfera. Dookoła mnie zaczęło pojawiać się coraz więcej Żydów (w końcu, to dzielnica, w której od lat mieszkali i mieszkają nadal). Starych, młodych, poważnych i roześmianych. Z butami wypastowanymi i brudnymi. A eleganckie sklepy, które pysznią się na Piątej Alei, ustąpiły miejsca tym zwykłym, nieco skromniejszym, ale niemniej ciekawszym. Na chodniki zaś wysypały się stoiska - z warzywami, ale także … z książkami. Lokalni bukiniści znajdują (i czytają!) nowe lektury nawet w tutejszych śmietnikach, w końcu Upper West to okolica inteligencka - w starym, dobrym, nienachalnym i mieszczańskim stylu.




Odwiedziłem również Riverside Park. Żadna to atrakcja turystyczna, ot, skrawek zieleni (obecnie lekko zabłoconej i poszarzałej) gdzie mieszkańcy okolicznych domów mogą wyprowadzić swoje psy na spacer. Ale i to miejsce miało swój mały epizod w światowej kinematografii. Tutaj bowiem kręcono sceny do kultowego filmu Waltera Hilla z czasów, gdy Nowy Jork był parszywą oazą brudu, występku i niebezpieczeństwa czającego się na każdym kroku - mowa oczywiście o “Wojownikach”:

Spędziłem w tych okolicach jeszcze trochę czasu, po czym powędrowałem do metra. Na stacji czarnoskóry muzyk witał każdego nowego pasażera dedykowaną mu zwrotką piosenki, która wywoływała uśmiech na każdej twarzy. Na mojej, w co trudno uwierzyć, również. Blues, zapach podziemi, dźwięki toczących się wagonów, to wszystko razem podziałało na mnie odurzająco.


Może dlatego znowu zmieniłem zdanie co do tego co będę robił dalej z dniem. Miałem w planach udać się w końcu do Harlemu, ale zamiast tego, pojechałem w dokładnie odwrotnym kierunku, bo doszedłem do wniosku, że na północ jeszcze się kiedyś wybiorę - jak tu wrócę za jakiś czas.

Wysiadłem na Houston Street i zacząłem wędrować po okolicach, które noszą same zabawne nazwy - Noho, Soho, Nolita, Tribeca. No i jeszcze Chelsea, zupełnie jak piłkarski klub z Londynu, tudzież córka Billa Clintona. Może poza tą ostatnią, pozostałe słyną z restauracji, barów, alternatywnych sklepów, mówiąc oględnie, lekkiego życia, pełnego radości i uciech.




Zacząłem jednak wędrować własnymi ścieżkami, więc kolejny raz nie przekonałem się w pełni na czym polega ich urok. No chyba, że chodzi po prostu o to, że miło tam się spaceruje, do czego zachęcają pełne zieleni, niewielkie uliczki. Trafiłem na taką, którą uznałem za niezwykle fotogeniczną. Thompson Street na pozór nie wyróżnia się niczym względem swoich okolic, ale w tle jej budynków mieni się nowe WTC w pełnej krasie. Kontrast pomiędzy tą nowoczesnością i symbolem potęgi, a ceglanymi kamieniczkami upstrzonymi żelaznymi klatkami schodowymi sprzed prawie wieku był naprawdę ujmujący.


Koniec końców, wylądowałem znowu przed Łukiem Triumfalnym w Parku Waszyngtona, gdzie zespół jazzowy ułatwiał trawienie dziesiątkom nowojorczyków, którzy wypoczywali, rozmawiali, pili oraz oczywiście jedli. Słowa nie są w stanie oddać zmęczenia, które odczuwałem po kolejnych godzinach pieszych wędrówek po mieście.

Potem były zakupy (nie żebym jakoś dużo kupował - natomiast z pewnością długo szukałem odpowiednich rzeczy) i powrót, głównie piechotą, do hostelu. Tam krótki odpoczynek, wymiana wymiętych ubrań na mniej wymięte i znowu wyjście. Wieczorem pojechałem na Wall Street “pożegnać się” z miastem po zmroku. Padał drobny deszcz, który wygonił niemal wszystkich przechodniów, miałem więc Nowy Jork tylko dla siebie. Wieżowce ginęły we mgle, mokre chodniki odbijały światła wielkiego miasta, zrobiło się więc tak jak lubię, czyli refleksyjnie, melancholijnie i rzewnie. Znowu nie za bardzo chciałem wracać do hostelu, krążyłem przemoczony po znajomych zaułkach, zagłębiając się w różnych myślach. Dumałem nad losem człowieka, nad tym co zjem na kolację (i dlaczego zrobię to w Chinatown, jak zawsze), ale przede wszystkim, zastanawiałem się kiedy znowu odwiedzę Nowy Jork, czyli, nie mam wątpliwości, moje ulubione miasto na ziemi, oczywiście! poza Warszawą. Może niebawem, kto to może bowiem wiedzieć?