
W pierwszej kolejności trafiłem pod siedzibę ONZ. Mieści się ona tuż obok przybytku YMCA, nad brzegami East River, która oddziela wyspę od Brooklynu. Modernistyczny wieżowiec, który jest kluczowym elementem kompleksu, to jeden z bardziej niegdyś znanych budynków powojennej architektury amerykańskiej (powstał w latach 1948-1952). Jest efektem współpracy słynnego Oscara Niemeyera oraz nie mniej znanego, Le Corbusiera. Niestety, obecnie trudno w pełni docenić ich dzieło. Cały kompleks jest ukryty za siatkami, bramami, podjazdami, budkami strażników, które skutecznie obrzydzają tę okolicę.



Czasy gdy, wzorem Rogera Thornhilla, przypadkowego bohatera filmu “Północ - Północny zachód”, można było pod budynek podjechać taksówką oraz z ulicy wejść do jego wnętrza, minęły i widać wyraźnie, że nie wrócą nigdy. To akurat oczywiste, chociaż za każdym razem gdy sobie to uzmysławiam, jest to tyleż oczywiste co równie przygnębiające.
Promienie słońca odbijały się od szklanych wieżowców, co sprawiało, że na poziomie ulic tego poranka rozgrywała się prawdziwa gra światła oraz cienia. Jako że porzuciłem jakiekolwiek plany, zacząłem iść śladami tego spektaklu.


W ten sposób zawędrowałem pod Grand Central Station, który porankiem prezentował się doprawdy majestatycznie i tak nowojorsko jak tylko można to sobie wyobrazić. Również od środka. Może wydawać się to dziwne, ale wedle oficjalnych źródeł, jego hala to nadal największe zamknięte wnętrze w całej Ameryce. To trochę zaskakujące, bo budynek oddano do użytku ponad sto lat temu, a w kraju tym nadal co chwila bije się kolejne rekordy i poprawia zdawałoby się nieprzekraczalne normy. W latach 80-tych niewiele brakowało by w tym wyścigu poświęcono Grand Central. Na szczęście, dworzec postanowiono zachować, chociaż lokalni deweloperzy ostrzyli sobie zęby na atrakcyjną działkę położoną w sercu miasta (tak swoją drogą, tyle szczęścia nie miał dworzec Pennsylvania Station, zburzony w 1964 roku - według wielu najpiękniejszy ze wszystkich kiedykolwiek istniejących w Nowym Jorku).



Zupełnie niechcący trafiłem następnie w sam środek przygotowań do parady z okazji Dnia Kolumba. Brak planu często oznacza brak wiedzy, nie byłem więc świadomy, że tej niedzieli przez Manhattan przejdzie taka akurat impreza. Rankiem obserwowałem jak w alejkach zbierają się poszczególne nacje w niej występujący - Boliwijczycy w swoich kapeluszach i ponczach, Ekwadorczycy ćwiczący na instrumentach (oddajcie kurtkę mojej żony, którą ukradł jeden z Was - chciałem krzyknąć), Kolumbijczycy, a nawet poczciwi Hiszpanie. Trwały leniwe acz nadal gorączkowe przygotowania: ostatnie poprawki w zdobnych strojach, ostatnie próby przed występami przed publiką. Ale najczęściej mijałem roześmianych ludzi, którzy witali się ze sobą wylewnie, rozmawiali ze sobą podniesionymi głosami i przy tym żywo gestykulowali. Panowała fajna, kordialna atmosfera. Trochę żałowałem, że potem tak się zagalopowałem z łażeniem, że zapomniałem o tym, by tu wrócić i zobaczyć ich przemarsz w pełnej krasie.



Śniadania zazwyczaj jadam późno i tak było również tej niedzieli. Kiedy już nasyciłem się latynoskimi klimatami (oraz obłokami pary, które malowniczo unosiły się nad asfaltem) wybrałem pierwszą lepszą knajpkę i zamówiłem coś co nazywało się “Philadelphia Cheese Steak Sandwich”. Oczywiście, z obowiązkową “sodą”. Kanapka była ogromna, gorąca i amerykańska do bólu. Płaty wołowiny wylewały się bokami, sos spływał mi po rękach, ale jeść takie danie, na ławce gdzieś w Nowym Jorku - to jednak przeżycie!


Chcąc nie chcąc trafiłem na Times Square, gdzie znowu obserwowałem tak przechodniów, jak i ludzi przebranych za maskotki. Kilka przebrań zwróciło moją uwagę. Ot, chociażby Spiderman. Ale nie taki zwykły, tylko … z nadwagą. Ciasny kostium z trudem opinał jego brzuch, a jakiś bezzębny murzyn chodził za nim i krzyczał “Ty nie istniejesz”, ku tępej radości zgromadzonych. Ameryka! Równie amerykański (a może nawet bardziej) był “Nagi Kowboj”, który grał na gitarze będąc ubranym jedynie w buty oraz slipki. Podobał się paniom, ale wśród korpulentych panów wywoływał salwy pogardliwego śmiechu. Moje serce zdobył jednak jegomość przebrany za Homera Simpsona. Siedział rozwalony na krześle i zgodnie ze swoim serialowym pierwowzorem, po prostu czekał aż ktoś mu coś wrzuci do postawionego na stoliku kubka.








Kiedy już się co nieco zmęczyłem, po pewnym czasie i po przejściu kilku dzielnic takich jak “Mała Korea”, wsiadłem do metra i pojechałem na drugi brzeg, do Brooklynu, w okolice Dumbo, by popatrzeć się na panoramę Manhattanu. Jest ona zarówno niesamowita, jak i bardzo złudna. Z tej perspektywy wygląda bowiem tak, jakby poza kilkunastoma wieżowcami widocznymi na pierwszym froncie, nie było tam nic więcej. Cała reszta gęstej miejskiej tkanki kryje się bowiem dalej, głębiej. Z drugiego brzegu docenić można także ogrom nowego “One World Trade Center”, który wybija się ze swoją iglicę ponad wszystko w zasięgu wzroku.

Spacery po Brooklyn Heights oraz okolicach zawsze należały do przyjemnych. To dzielnica spokojnych uliczek, pełnych drzew oraz nobliwych “brownstones”, stuletnich domostw z pięknymi frontami i schodami prowadzącymi do masywnych drzwi wejściowych. Tak wyglądał niegdyś Nowy Jork, zanim zalał go beton, szkło i stal pnące się w szaleństwie wprost do niebios. Do dzisiaj zresztą nie jest trudno znaleźć podobne zakątki, tak w Brooklynie jak i na Manhattanie, jednak to te okolice należą do najbardziej reprezentacyjnych oraz nobliwych. Chociaż ja cenię ją przede wszystkim za widoki.




Postanowiłem wrócić na Manhattan. Oczywiście piechotą i mostem. Ten słynniejszy, czyli Brooklyn Bridge był w częściowym remoncie. W taką dobrą pogodę na pewno był zapchany spacerowiczami, rowerzystami oraz biegającymi, więc wybrałem przechadzkę tym drugim, mniej słynnym, chociaż niewiele mniej urokliwym.

Manhattan Bridge powstał w 1909 roku i przed wiekiem należał do cudów inżynierii oraz architektury. Jednak od zawsze znajdował się w cieniu swojego starszego o kilkanaście lat sąsiada. Różnicę pomiędzy nimi widać było od razu. Przejście dla pieszych było prawie puste. Most był zapuszczony, pomazany grafitti, rozklekotany, głośny i co nieco brudny. Mógłby bez żadnej charakteryzacji stać się plenerem dla filmu, którego akcja toczyła się w ponurych latach 70-tych. Oczywiście, te atrybuty jedynie dodawały uroku temu spacerowi, bo miejsca takie lubię szczególnie, a niewiele ich we współczesnym Nowym Jorku pozostało. Widoki, choć ograniczone ochronną siatką, były równie ciekawe, szczególnie już po zejściu na drugi brzeg East River. Na dachach domów suszyło się pranie, na ulicach buzowało życie, a nad tym wszystkim powoli zachodziło słońce.




Skoro znowu trafiłem do Chinatown postanowiłem to wykorzystać, powałęsać się po tej okolicy nieco dłużej i zobaczyć co najmniej dwa miejsca, które wcześniej jakoś umykały mojej uwadze (a może, po prostu o nich zapomniałem przez te lata). Po pierwsze, znalazłem Doyer Street, czyli jedną z najbardziej klimatycznych uliczek w Nowym Jorku. Ma tylko 61 metrów długości. W połowie skręca ona pod ostrym kątem, co ponoć odpędza złe duchy, przynajmniej według chińskich wierzeń. Z pewnością nie odpędzało to tutejszych gangów, które w latach 20-tych minionego wieku urządzały tu na siebie istne polowania, przez co Doyer Street nazywana bywa do dzisiaj “The Bloody Angle”. Pod ulicą znajdowały się rozliczne tunele i przejścia. Szkoda,że umknęło to mojej uwadze, ponieważ nadal można odwiedzać te, które się zachowały. Po złej reputacji tego zakątka pozostały już tylko wspomnienia i miejskie legendy. Dzisiaj na Doyer, zamiast nielegalnych spelunek i palarni opium znaleźć można przede wszystkim… salony fryzjerskie.




Miejscem gdzie bije prawdziwe serce Chinatown jest oczywiście park. Podobnie jak w San Francisco, także w Nowym Jorku, pomiędzy blokami znajduje się skrawek zieleni z pagodami, ławkami, stołami do gier. Park nosi imię Kolumba i tego popołudnia pełen był ludzi - wyłącznie starszych, zazwyczaj skromnie ubranych, ale nadzwyczaj radosnych. Rżnięto tam w karty, mahjonga, grano na instrumentach muzycznych, śpiewano, tańczono, ćwiczono. Kakofonia dźwięków była ogłuszająca.





Po obiedzie (w sumie obiado-kolacji) powędrowałem w kierunku hostelu (“powędrowałem” to delikatne w sumie słowo - w linii prostej to było ponad pięć kilometrów, a wliczając moje meandrowanie zapewne z dwa więcej). Po drodze wpadłem na zakupy, a w samym Macy’s spędziłem chyba z godzinę czasu. W końcu przyjechałem tu również w tym celu. Ale nie sposób ukryć pewnego drobnego rozczarowania. Pamiętam bowiem dobrze, że wzdłuż “dolnej” części Broadway’u znajdowało się mnóstwo tanich sklepów z ubraniami. Nie znalazłem po nich ani śladu. Być może miałem pecha i po prostu szukałem w złym miejscu, miałem jednak dziwne przekonanie, że szare dyskonty, gdzie lata temu kupowałem za psie grosze koszulki Calvina Kleina ustąpiły miejsca hipsterskim barom i kawiarniom (w jednej z nich zobaczyłem zresztą prawdziwego króla oryginalności. Dżentelmen ów nie tylko miał długą brodę godną co najmniej drwala, ale nosił również szkocki kilt do wyświechtanych butów i wymiętej koszuli. Nowy Jork, jak widać, nadal kreuje trendy i wyznacza kierunki!). Tak czy inaczej, wróciłem obładowany torbami do hostelu, po drodze wstąpiłem jeszcze do japońskiego sklepu spożywczego, gdzie kupiłem kilka azjatyckich specjałów i w ten sposób zakończyłem ten długi, intensywny dzień.
