sobota, 11 października 2014

11.10, Wielki Powrót

Ten blog narodził się w Nowym Jorku. Kiedy kilka lat temu zobaczyłem to miasto na własne oczy, poczułem, że to są właśnie te chwile w życiu, które warto zapamiętać, zachować, by móc wracać do nich nawet po latach. Zawsze robiłem mnóstwo zdjęć, ale fotografia nie potrafi tak dobrze opisać emocji jak najprostsze chociażby słowa. Więc zacząłem pisać, raz lepiej, częściej gorzej. I tak już to trwa od ponad pięciu lat. Zebrało się już ponad trzysta tekstów, co złożyłoby się na całkiem grubą książkę. Mam tylko wątpliwości czy byłaby to na pewno dobra lektura. Zdarzało się, że ponosiła mnie wena, ale niejeden raz nie miałem siły ani ochoty wypluć z siebie cokolwiek, więc pełno tu grafomaństwa, tandety, słowotoków bez sensu. Jestem więc twórcą świadomym swojej ułomności. Ale mimo wszystko, ten blog idealnie spełnia swoją rolę - jest żywym i ciągle uzupełnianym pamiętnikiem z realizacji pasji życia jaką jest w moim przypadku odwiedzanie świata dalekiego i bliskiego. A wszystko zaczęło się właśnie w Big Apple, do którego to wracałem po długiej rozłące. Zadawałem sobie pytanie - czy to miasto nadal zrobi na mnie takie wrażenie jak kilka lat temu? Nuciłem pod nosem szlagiery Sinatry, które nagle, po czasie zapomnienia, zaczęły krążyć mi uparcie po głowie.


***

Lot trwał prawie pięć godzin. Wylądowaliśmy przed ósmą rano. Virgin Airlines to dobre, aczkolwiek nadal “tanie” linie lotnicze. Za wszystko trzeba płacić, ale podoba mi się luz który panuje na pokładzie, a którego symbolem jest prozaiczne “safety demo” puszczane przed startem. Zazwyczaj są one nudne i wyjałowione z jakiejkolwiek innowacji. Zaś w Virgin udało się sprawić, że każdy ogląda je z przyjemnością i uśmiechem.

Niestety, chwilowo słońce i błękitne niebo zostawiłem w Kalifornii, bo powitała mnie szaruga i plucha. Sprawnie opuściłem terminal, ale zamiast wsiąść do kolejki Air Train i szybko dotrzeć do metra, musiałem jechać dwoma autobusami, ponieważ część jej trasy była akurat w remoncie. Nie miało to wielkiego znaczenia, ponieważ był nadal blady świt, a moja doba hotelowa zaczynała się dopiero popołudniem, więc nie spieszyłem się zupełnie. That’s life!

Kiedy już dotarłem na Howard Beach Station, czyli przylotniskową stację metra, podobnie jak ostatnio, poczułem, że magia Nowego Jorku jest tuż obok, a ja właśnie ruszam wprost na jej spotkanie. Podczas godzinnej podróży na Manhattan patrzyłem się tak na ludzi (do pewnego momentu dookoła mnie byli sami ciemnoskórzy, jak zresztą zawsze) oraz na mijane stacje i obiecywałem sobie, że sprawdzę co też kryje się nad ziemią dookoła tych o tak pięknych nazwach jak chociażby Van Sicklen Avenue. Cóż, to jest po prostu ten Nowy Jork do którego turyści docierają raczej rzadko, chociaż nawet i takim miejscom trudno nie odmówić pewnego uroku.

Wysiadłem w okolicach Times Square i resztę drogi przebyłem piechotą. Nie przeszkadzał mi ani deszcz, ani tłok. Wędrowałem z walizką i chłonąłem widoki dookoła - na zabieganych ludzi, strzeliste budynki, ulice pełne żółtych taksówek... Swój hostel znalazłem bez problemu. Był to zresztą ciekawy przybytek prowadzony przez YMCA, czyli Związek Chrześcijańskiej Młodzieży Męskiej. Brzmiało to trochę dwuznacznie. Spodziewałem się obowiązkowych mszy świętych i porannych ćwiczeń na wzmocnienie duszy oraz ciała. W praktyce, był to zwykły hostel, z tą może różnicą, że był położony w świetnym miejscu (róg 47th Street i 2nd Avenue!), był naprawdę wielki oraz, co zdziwiło mnie okrutnie, czysty. W Nowym Jorku przeżyłem bowiem zarówno oczarowania, jak i zdaje się, że najgorsze doświadczenia związane z noclegami. Nigdy nie spałem w tak okropnych norach jak tutaj. To znaczy, może i spałem w gorszych w Azji, ale nie płaciłem za nie takich kwot. Pamiętam nawet, że kiedyś poleciłem jedno z tych miejsc znajomej, a ona potem miała do mnie poważne pretensje, ponieważ atrakcyjna jak na Nowy Jork cena, nie była w stanie skompensować jej warunków, a raczej, ich braku. Brud i smród to norma w tutejszych budżetowych noclegowniach. Tym razem mój pokój był malutki, ale poza tym, nie miałem prawa narzekać. Chociaż różnica w porównaniu do “Andaz” była wręcz symboliczna. Ale przynajmniej czułem, że znowu żyję swoim, a nie cudzym, życiem.

Mój pokój dostępny był dopiero późnym popołudniem, zostawiłem więc bagaże i ruszyłem w miasto. W deszczu wyglądało dla mnie tak, jak je zapamiętałem. Nie miałem bowiem raczej nigdy szczęścia do pogody i chyba nigdy nie widziałem go w pełnym słońcu, mając w tle błękit nieba.



Być może więc, moje osądy są nie na miejscu, ale dla mnie, Nowy Jork nie jest piękny. Jest wręcz paskudny. Chaotyczny, stworzony bez planu, niezgrabny, wielki, wysoki, często przytłaczający. Nie jest skrojony na ludzką skalę. Jest też obrzydliwie utylitarny, szczególnie dla gości z Europy, gdzie niejedno miasto budowano po to, by cieszyło oczy w pierwszej kolejności (wymieńmy chociażby Paryż, Wiedeń albo Sankt Petersburg). Tymczasem tutaj rządzi efektywność, która ma prymat nad urodą, a często także nad wygodą. Minęły co prawda całe dekady od czasów, kiedy miasto to było symbolem upadku, degeneracji i ludzkiego śmietnika. W latach 70-tych było bardzo blisko do ogłoszenia bankructwa tego molocha. Rozliczne projekty rewitalizacyjne dokonały istnej rewolucji w wyglądzie, ale nadal, w wielu miejscach Nowy Jork wytarty jest niczym stara, zapluskwiona, zapadająca się kanapa, której używa się tak często i intensywnie, że po jakimś czasie budzi już tylko obrzydzenie. Mury są nadal brudne, a miasto sprawia wrażenie jakby wręcz lepiło się do człowieka całym smogiem, kurzem i tłuszczem, który z siebie ustawicznie wydziela.



A mimo to, a może, właśnie dlatego, nie byłem w stanie oderwać wzroku od tego urbanistycznego teatru różnorodności. Nowy Jork skąpany w wilgoci prezentował się monumentalnie, zjawiskowo i niepokojąco: trochę groźnie, trochę posępnie, a trochę tajemniczo. Czuć było, że pod skórą tego potwora pulsuje energia, której brakuje tak wielu aglomeracjom na Starym Kontynencie. Dookoła mnie ciągle coś się działo. Ciągle mnie ktoś wymijał, wyprzedzał, samochody trąbiły, przechodnie rozmawiali przez telefony, sklepowe witryny świeciły, reklamy kusiły, a spod ziemi, raz na jakiś czas, dobywał się stukot przypominający o tym, że istnieje tam jeszcze drugie miasto, bardziej niepoznane i sekretne. Natłok bodźców sprawiał, że szybko przestałem zwracać uwagę na krzywe chodniki, prowizoryczne rozwiązania czy też rozliczne remonty, które szpecą i nie przystoją metropolii nazywanej Miastem Miast. Nowy Jork wciągnął mnie znowu i przypomniał nieśmiertelną maksymę - “stara miłość nie rdzewieje”. Nic więc dziwnego, że gdy już ruszyłem w drogę, zatrzymałem się dopiero wiele godzin później, znajdując się na skraju wyczerpania, o czym jak zawsze, świadczyło to zabawne uczucie, gdy traciłem powoli odruch chwytny w dłoniach.

Podążałem w kierunku południowych granic wyspy, przecinając aleje i zahaczając o miejsca mi znane. Takie spacery robiłem tutaj również pięć lat temu i tak chyba lubię najbardziej obserwować to miasto. Wzruszyłem się na widok czerwonego logo Stranda, czyli słynnego antykwariatu z tysiącami książek nowych oraz używanych. Ostatecznie, byłem tam podczas tego pobytu tylko dwa razy, kupiłem ledwie jedną rzecz. Trochę mało, ale samo miejsce rozrosło się niebotycznie, tłumy były przerażające, a ja nie mogłem nic znaleźć. A przede wszystkim, będąc młodym ojcem mam tyle zaległych do przeczytania książek, iż uznałem, że kolejne na ten moment nie są mi potrzebne.

Potem powędrowałem do Greenwich Village, gdzie, jak dobrze zapamiętałem, znajduje się nowojorski rarytas jakim jest darmowa toaleta w Parku Waszyngtona. Tak swoją drogą, nigdzie na świecie nie widziałem tak obsranych i zaniedbanych kibli jak właśnie w Ameryce Północnej. Tym razem jedna z kabin była zajęta przez jakiegoś nieboraczka, który zdjął spodnie, rzucił je na brudną podłogę i zwisając z muszli, krzyczał z bólu. Resztę dźwięków pominę milczeniem, dodam jedynie, że było bardzo głośno, a imię Pana Boga wzywane było co chwila. Pewnie coś mu zaszkodziło… Sam park słynie przede wszystkim ze swojego ogromnego Łuku Triumfalnego, jak i z tego, że przez ostatnie dekady był i jest nadal, areną protestów, marszów, demonstracji wszelkiej treści. Sama dzielnica, której owa zielona połać stanowi serce, jest zresztą bardzo miłym miejscem i należy do tych “borough” w których mógłbym śmiało zamieszkać.

Stamtąd niedaleko już było do “nowego” World Trade Center. Kiedy tu byłem ostatnim razem, miejsce tragedii było rozkopane i szczelnie ogrodzone płotem. Niedawno dokończono budowę wieżowca, który jest pierwszym elementem nowej zabudowy tego miejsca. “One World Trade Center” ma 541 metrów, co sprawia, że jest to najwyższy wieżowiec miasta oraz czwarty budynek na świecie pod tym względem. Ale dosyć daleko mu do rekordów Zatoki Perskiej - Burdż Kalifa to zupełnie inna skala. O ile dubajski gigant zrobił na mnie ogromne wrażenie, w Nowym Jorku ten wieżowiec, nawet tak wysoki, został od razu przytłoczony swoim otoczeniem, w którym roi się od innych drapaczy chmur. Z perspektywy ziemi, budynek jest więc zaskakująco niepozorny, o ile można tak napisać o prawdziwym dziele technologii i architektury jakim jest “One World Trade Center”. Aby taki gigantyczny klocek mógł powstać w tym właśnie miejscu, trzeba było wykonać ogromną pracę, związaną tak z uprzątnięciem rumowiska, jak i wykonaniem fundamentów, które sięgają wielu metrów wgłąb ziemi. Koszty projektu przekroczyły wszelkie założenia, lata budowy okraszone były rozlicznymi aferami i swarami, ale koniec końców, budynek powstał i jest dowodem na to, że Nowy Jork otrząsnął się po traumie 11 września 2001 roku.





Okolice Wall Street zawsze były miejscem do którego wyjątkowo lubiłem przychodzić. Nie chodzi już nawet o słynny budynek giełdy, który też oczywiście musiałem zobaczyć. Te okolice należą po prostu do wyjątkowo urodziwych i dostojnych, szczególnie w weekendy, kiedy tubylcza armia białych kołnierzyków wypoczywa w swoich penthouse’ach, licząc zarobione dolary. Budynki z początku XX wieku mieszają się tu z wieżowcami, ulice są najczęściej bardzo wąskie i mimo, iż metr kwadratowy gruntu kosztuje tu zapewne niebotyczne sumy, nadal znaleźć można tu szereg drobnych ciekawostek, które oparły się prawom ekonomii. Są tutaj niewielkie kamienice, drobne punkty usługowe, restauracje i bary często zaskakująco skromne, a niedaleko wybrzeża znaleźć można nawet targ rybny, będący zapewne jeszcze pamiątką po czasach, gdy prosperował tutaj nowojorski port, niegdyś prawdziwe okno na świat. Odwiedziłem jeszcze cumujący nad wodą statek “Pekin”, odpocząłem na ławce z widokiem na Statuę Wolności w Battery Park (niestety, ten był częściowo w remoncie, tych w ogóle było dookoła bardzo dużo, widać, że miasto jest w wiecznej “naprawie”) i powędrowałem dalej, do Chinatown.





Na miejscu najpierw znalazłem restaurację. Niestety, wiedziony niezrozumiałą chęcią skosztowania czegoś nowego, zamówiłem przedziwne danie, które okazało się być wielkim kawałem słoniny pływającym w brązowym sosie. Nieco mnie to rozczarowało, ale grzecznie wszystko zjadłem, popiłem piwem i szybko opuściłem knajpkę. Zacząłem wałęsać się co nieco po okolicy. Lubię “Małe Chiny” i ten etniczny klimat, który sprawia, że pierdolnik dookoła miast denerwować, zaczyna intrygować i pociągać. Podobnie jak w San Francisco, domy upstrzone były rozlicznymi szyldami, partery zajęte były przez sklepy, a z restauracji wydobywały się zapachy Azji. Ale najbardziej urokliwe były zdecydowanie słynne stalowe schody przeciwpożarowe, które miał każdy dom dookoła mnie.



Niestety, inna etniczna enklawa, legendarna “Mała Italia”, którą sąsiaduje z Chinatown, skurczyła się jeszcze bardziej przez te kilka lat. W praktyce, jest to już tylko kilka przecznic, do tego, coraz mniej tam autentyczności, a coraz więcej sztucznego świata tworzonego na potrzeby turystów. A szkoda, ponieważ dzielnica ta przez dekady należała do najciekawszych miejsc w całym Nowym Jorku. To tutaj wychował się Martin Scorsese i to stąd czerpał rozliczne inspiracje dla swoich filmów. To w tutejszych restauracjach urzędowali mafiozi, a ojcowie chrzestni przyjmowali na audiencjach swoich podopiecznych, kuzynów i pociotków. Tu rodziły się i upadały wielkie, podziemne imperia przemocy i gwałtu. A raz na jakiś czas, smutny pan w kapeluszu przerywał ciszę i burzył porządek serią z karabinu. Ale ogólnie, nawet w czasach gdy Nowy Jork stanowił oazę przestępczości i degeneracji, po “Małej Italii” można było spacerować wieczorami z gwarancją, iż nic nie ma prawa się stać. Dzisiaj, cóż, największą przygodą jaka tu może spotkać jest rozmowa z namolnym kelnerem, który przekonuje wszystkich, że w jego restauracji bolognese jest najlepsze “stąd aż do samej Bolonii”. Amerykanie włoskiego pochodzenia przyjeżdżają do dzielnicy właśnie na rodzinną kolację, tudzież żeby spotkać znajomych, ale na co dzień mieszkają w innych miejscach miasta i nie stanowią już tak zwartej społeczności jak lata temu.


Wieczorem wróciłem do siebie żeby się odświeżyć. W końcu, od ostatniej mojej toalety minęło ponad trzydzieści godzin i nie jestem pewien czy tym wyczynem wypada mi się chwalić publicznie. Mimo zmęczenia, spojrzałem na mój pokój wielkości półtora metra na trzy metry i odkryłem, że nie jestem AŻ TAK zmęczony, by tu zostać. Postanowiłem przejść się jeszcze na niedaleki Times Square. Światła miasta błyszczały tam ogniem barw, neony wydzielały ciepło, tłumy zaś były wręcz dzikie. Eleganccy ludzie czekali w kolejkach do wejścia do teatrów. Turyści łazili bez celu. Bezdomni przeczesywali śmiecie. Młodzi naiwni ostrzegali przed współczesnymi mediami. Pięknie panie czekały na swoich znajomych, a nieszczęśnicy przebrani w maskotki szukali chętnych na wspólne zdjęcie. A ja, niepozorny, brodaty tułacz z dalekiej Polski, znowu dostąpiłem tego zaszczytu i znalazłem się w tym epicentrum współczesnego świata, patrząc na to wszystko z rozdziawioną miną, kontemplując tę chwilę i, jakżeby inaczej, starając się ją zapamiętać jak najlepiej się da.