wtorek, 14 października 2014

14.10, High Lane

Dziesiąty dzień wyjazdu był również tym ostatnim. Nie powiem, długie szkolenie i przedłużony weekend spędzony w Big Apple wymęczyły mnie co nieco, więc cieszyłem się szczególnie na powrót do domu. Wylot miałem dopiero wieczorem, więc po oddaniu bagaży do przechowalni, wyszedłem na miasto. Zaś sam przybytek prowadzony przez YMCA mogę śmiało polecić. Może za jakiś czas zarośnie on brudem i smrodem, ale póki co, choć skromny i absurdalnie kosztowny, jest jedną z najlepszych propozycji dla tych gości, których nie stać na nocowanie w “normalnych” hotelach.

Pogoda znowuż była ładna, a ja znowuż chciałem po prostu pokręcić się po tym mieście miast, powąchać jego zaułki, zagubić się w tłumie przechodniów, poczuć, że jestem w centrum (nadal) dominującej na świecie cywilizacji spod znaku hamburgera i drona. W końcu nie wiadomo kiedy je ponownie odwiedzę… Była to też idealna okazja do tego, by zobaczyć przy okazji coś nowego. Na Manhattanie znajduje się jeszcze jedna, stosunkowo “świeża” atrakcja turystyczna i to taka z gatunku tych bardziej industrialnych, co lubię szczególnie. Mowa o tzw. High Lane, czyli nadziemnej trasie dawnej linii kolejowej, którą zrewitalizowano, zamieniając w oryginalną trasę spacerową. Najpierw jednak przeciąłem raz jeszcze serce miasta, zahaczając m.in. o Times Square, robiąc zakupy (tak, tak…) i generalnie rzecz ujmując, chłonąc uliczne klimaty.




Kiedy tak dotarłem na dalekie rubieże West Side, gdzieś w okolicach 30 Ulicy i Ósmej / Dziewiątej Alei, trafiłem, nieoczekiwanie dla siebie, do innego, post-industrialnego świata. Puste place po wyburzonych budynkach, sąsiadowały z brudnymi i podłymi ruderami, gdzie mieściły się jakieś warsztaty i inne zakłady parające się “brudną” robotą. Przy jednej stał na ten przykład … powóz z koniem. Pewnie czekał na wymianę opon na zimowe, albo sezonowy przegląd... Dookoła rozlegał się tępy stukot urządzeń, ulice były pełne śmieci, mury zamazane graffiti, a poza mną, w zasięgu wzroku nie było nikogo. Wyglądało to wszystko zupełnie jakbym przeniósł się na chwilę do Nowego Jorku z lat 70-tych (brakowało może “jedynie” tlących się ruin oraz murzyńskich gangów ogrzewających się przy prowizorycznych koksowinikach). To pewnie ostatnie chwile takich widoków tak w dzielnicy Chelsea, jak i na całym Manhattanie. Kawałek dalej w kierunku nieba wzrastają już bowiem smukłe wysokościowce, zaś puste działki za chwilę zapełnią się ciężkim sprzętem i budowlańcami. Mieszkać tutaj, w miejscu jeszcze na wpół “dzikim” to zapewne marzenie niejednego nowojorczyka, tym bardziej, że do ścisłego centrum jest ledwie kilka przecznic.




Jednak Ci mieszkańcy będą dla tej okolicy czymś zupełnie nowym. “Od zawsze” bowiem należała ona przede wszystkim do przemysłu. To tutaj budowano potęgę współczesnej Ameryki. W XIX wieku powstała specjalna, towarowa linia kolejowa, która łączyła tutejsze fabryki z Penn Station, czyli, z całą Ameryką oraz światem. Pociągi jeździły po estakadach i dosłownie wjeżdżały do wielkich hal, przywożąc surowce i wywożąc gotowe produkty. Jednak rozwój transportu drogowego z czasem zdeprecjonował znaczenie kolei, a sama trasa przestała być używana i zaczęła popadać w ruinę. Naturalnym porządkiem rzeczy byłoby jej całkowite zburzenie. Jednak dzięki oddolnej inicjatywie kilku zapaleńców, udało się ocalić jej odcinek i zamienić go w deptak, pełen zieleni oraz niecodziennych widoków na miasto z góry.




High Lane otworzyło swe podwoje w 2009 roku i rokrocznie odwiedzają go miliony osób. To idealne miejsce na rodzinny spacer, albo szybki obiad na łonie przyrody. Trasę porastały chwasty i ciekawe jest to, że postanowiono nie zmieniać za bardzo owego dzikiego klimatu. Zamiast wycezylowanych od linijki pasów zieleni, High Lane cieszy oczy swoją naturalnością, chaosem przyrody i bogactwem jej różnorodności. Z estakad roztaczają się również ciekawe widoki na okolice. One również “są jakie są”. Budynki są odrapane, ulice niezbyt reprezentacyjne. Gdy przejeżdżały tu pociągi, życie w tych blokach musiało być udręką, a kilka z nich to budynki mieszkalne, zresztą, tak jest do dzisiaj.



***

I tyle. Odebrałem bagaż, pojechałem na lotnisko i bez przygód wróciłem do domu. Nowy Jork zaś smakował wybornie i nie ukrywam, że chciałbym tam pojechać jeszcze kiedyś. Jest w tym mieście wszystko co cenię i lubię. Różnorodność, architektura monumentalna i pchlarska, tętniące życiem ulice, ludzie reprezentujący wszelkie rasy i narodowości tego świata, no i to poczucie, że jest się w miejscu obcym, ale i dobrze znanym. No cóż, unikając łzawych sentencji, wypada po prostu przyznać, że Nowy Jork to jedyne takie miejsce na świecie i cieszę się, że ta miłość od pierwszego wejrzenia jest nadal aktualna i ma się dobrze.

poniedziałek, 13 października 2014

13.10, Upper West

Tego poranka ruszyłem, po raz pierwszy podczas tej wizyty, w stronę Uptown, czyli na północ Manhattanu. Moim zdaniem, wszystko co najciekawsze w Nowym Jorku znajduje się w dokładnie odwrotnym kierunku, ale po dwóch dniach postanowiłem trochę odpocząć od zgiełku i poszwędać się dla odmiany w okolicach, gdzie panuje zupełnie inna, spokojniejsza atmosfera. Nie bez znaczenia było także to, że takie leżące “na północ, północny-zachód” od Central Parku miejsca jak np. Westside, mocno kojarzą mi się z poprzednimi wizytami. A jak wiadomo, refleksyjny jest ze mnie człowiek.

Idąc monumentalnymi wąwozami ze szkła i stali, podumałem co nieco nad potęgą dolara. Kryzys kryzysem, ale stara, dobra Ameryka trzyma się zaskakująco dobrze. Czego symbolem jest chociażby nowy drapacz chmur - 432 Park Avenue. To obecnie najwyższy na świecie… blok mieszkalny (sorry Warszawo, stolico betonowych klocków). Ma ponad 420 metrów wysokości i prawie 90 pięter. Jak to na Manhattanie bywa, nowy budynek, chociaż duży, ginie gdzieś w zabudowie, więc dopiero po pewnym czasie zorientowałem się, że ów wąski, smukły kształt to właśnie ten kolejny cud współczesnej architektury o którym rozpisywała się w tym czasie prasa całego świata, nawet w kraju nad Wisłą.


Nowy wieżowiec znajduje się nieopodal Central Parku, co tak naprawdę stanowi o jego atrakcyjności. Z apartamentów roztacza się piękny widok na ów prostokąt miejskiej zieleni otoczonej przez beton cywilizacji. Domyślam się, że jest to marzenie dla każdego rasowego nowojorczyka, ponieważ czasy się zmieniają, świat idzie do przodu, ale miłość do Parku pozostaje niezmienną, wspólną cechą każdego tubylca.

Przed wejściem do samego parku, obok wielkiego i oczywiście słynnego Plaza Hotel, stały konne powozy oraz rozliczne budki z nowojorskimi hot dogami. Jako że był jeszcze poranek, a ja robiłem się głodny, dałem się skusić na małe co nieco na ząb. Pamiętałem, że kiedyś kosztowały dolara i miały podły smak. Cóż, ta druga rzecz jest chyba niezmienna, co do pierwszej, ceny podskoczyły i to kilkakrotnie, ale zwalam to na karb takiego, a nie innego miejsca. Zdziwiło mnie jednak coś innego. Na prawie każdej budce z ulicznym jedzeniem widziałem napis informujący o tym, że dostępne są w niej dania halal. To słowo, dosłownie oznacza “wszystko na co pozwala szariat”, chociaż oczywiście na Zachodzie kojarzy się bardziej z dietą, a dokładniej, z zakazem jedzenia wieprzowiny oraz rytualnym ubojem zwierząt. Taką kuchnię rozsławili jeszcze w latach 90-tych tzw. “Halal Guys”, czyli emigranci z Egiptu, którzy zaczęli sprzedawać swoje wiktuały na ulicznym stoisku i po latach dorobili się statusu gwiazd (o czym świadczą, często wielogodzinne kolejki). Zrozumiałbym gdyby chodziło o koszerność, bo Nowy Jork to w końcu dom setek tysięcy osób pochodzenia mojżeszowego, ale ów halal wszędzie dookoła wydawał mi się trochę jednak niestosowny. I to pomimo tego, że polityczna poprawność sugerowałaby nie dostrzegać związków pomiędzy światem polityki, religii, a przyziemną kuchnią uliczną (moją ksenofobiczną i rasistowską uwagę zwróciło także to, że stoiska te prowadzone były przez weteranów wojennych. Przynajmniej według stosownych zaświadczeń. Patrzyłem na smagłe i młode twarze “kucharzy”, zastanawiając się - jakiej wojny mogli być weteranami i po jakiej stronie walczyli?).

Z hot dogiem w ręku wkroczyłem do środka Central Parku. W międzyczasie przeczytałem sporo odnośnie jego historii i mój podziw dla tej enklawy natury wzrósł niepomiernie (dość wspomnieć o długim oraz znojnym procesie jego powstawania, utrudnionym ze względu na formacje kamienne tu występujące). Rynkowa wartość jego gruntów sięga grubych miliardów. Można odnieść wrażenie, że pnące się miasto pazernie zerka na te hektary błota, trawników i lasów, ale pamiętać trzeba, że nowojorczycy, nawet ci pracujący w przemyśle budowlanym, kochają i szanują swój park. Jest to zarówno oaza spokoju, jak i “wielki zrównywacz społecznych nierówności”. Na ławkach siedzą zakochani, bezdomni, biznesmeni, lokalesi, jak i przyjezdni. Tułacz w łachmanach jest tu równie pożądanym gościem co elegant w wyglancowanych lakierkach. Pośród zieleni buszują “dzikie” zwierzęta. Ludzie uprawiają jogging, chodzą z wózkami, generalnie - korzystają z życia i chwil obcowania z naturą. Niestety, mimo to, nadal uważam, że miejskie parki to nie jest miejsce dla mnie. Pospacerowałem chwilę, ale szybko znalazłem przejście na drugą stronę i wróciłem na łono betonowej cywilizacji.


Na ulicach Upper West Village poczułem lekkie ukłucie nostalgii. Ucieszyłem się, że tam trafiłem, bo okolica ta, chociaż w sumie nijaka w porównaniu do czołowych atrakcji Nowego Jorku, ma swój własny urok. O każdej dzielnicy tego miasta można napisać to samo, ale nie wszędzie panuje tak pasująca mi atmosfera. Dookoła mnie zaczęło pojawiać się coraz więcej Żydów (w końcu, to dzielnica, w której od lat mieszkali i mieszkają nadal). Starych, młodych, poważnych i roześmianych. Z butami wypastowanymi i brudnymi. A eleganckie sklepy, które pysznią się na Piątej Alei, ustąpiły miejsca tym zwykłym, nieco skromniejszym, ale niemniej ciekawszym. Na chodniki zaś wysypały się stoiska - z warzywami, ale także … z książkami. Lokalni bukiniści znajdują (i czytają!) nowe lektury nawet w tutejszych śmietnikach, w końcu Upper West to okolica inteligencka - w starym, dobrym, nienachalnym i mieszczańskim stylu.




Odwiedziłem również Riverside Park. Żadna to atrakcja turystyczna, ot, skrawek zieleni (obecnie lekko zabłoconej i poszarzałej) gdzie mieszkańcy okolicznych domów mogą wyprowadzić swoje psy na spacer. Ale i to miejsce miało swój mały epizod w światowej kinematografii. Tutaj bowiem kręcono sceny do kultowego filmu Waltera Hilla z czasów, gdy Nowy Jork był parszywą oazą brudu, występku i niebezpieczeństwa czającego się na każdym kroku - mowa oczywiście o “Wojownikach”:

Spędziłem w tych okolicach jeszcze trochę czasu, po czym powędrowałem do metra. Na stacji czarnoskóry muzyk witał każdego nowego pasażera dedykowaną mu zwrotką piosenki, która wywoływała uśmiech na każdej twarzy. Na mojej, w co trudno uwierzyć, również. Blues, zapach podziemi, dźwięki toczących się wagonów, to wszystko razem podziałało na mnie odurzająco.


Może dlatego znowu zmieniłem zdanie co do tego co będę robił dalej z dniem. Miałem w planach udać się w końcu do Harlemu, ale zamiast tego, pojechałem w dokładnie odwrotnym kierunku, bo doszedłem do wniosku, że na północ jeszcze się kiedyś wybiorę - jak tu wrócę za jakiś czas.

Wysiadłem na Houston Street i zacząłem wędrować po okolicach, które noszą same zabawne nazwy - Noho, Soho, Nolita, Tribeca. No i jeszcze Chelsea, zupełnie jak piłkarski klub z Londynu, tudzież córka Billa Clintona. Może poza tą ostatnią, pozostałe słyną z restauracji, barów, alternatywnych sklepów, mówiąc oględnie, lekkiego życia, pełnego radości i uciech.




Zacząłem jednak wędrować własnymi ścieżkami, więc kolejny raz nie przekonałem się w pełni na czym polega ich urok. No chyba, że chodzi po prostu o to, że miło tam się spaceruje, do czego zachęcają pełne zieleni, niewielkie uliczki. Trafiłem na taką, którą uznałem za niezwykle fotogeniczną. Thompson Street na pozór nie wyróżnia się niczym względem swoich okolic, ale w tle jej budynków mieni się nowe WTC w pełnej krasie. Kontrast pomiędzy tą nowoczesnością i symbolem potęgi, a ceglanymi kamieniczkami upstrzonymi żelaznymi klatkami schodowymi sprzed prawie wieku był naprawdę ujmujący.


Koniec końców, wylądowałem znowu przed Łukiem Triumfalnym w Parku Waszyngtona, gdzie zespół jazzowy ułatwiał trawienie dziesiątkom nowojorczyków, którzy wypoczywali, rozmawiali, pili oraz oczywiście jedli. Słowa nie są w stanie oddać zmęczenia, które odczuwałem po kolejnych godzinach pieszych wędrówek po mieście.

Potem były zakupy (nie żebym jakoś dużo kupował - natomiast z pewnością długo szukałem odpowiednich rzeczy) i powrót, głównie piechotą, do hostelu. Tam krótki odpoczynek, wymiana wymiętych ubrań na mniej wymięte i znowu wyjście. Wieczorem pojechałem na Wall Street “pożegnać się” z miastem po zmroku. Padał drobny deszcz, który wygonił niemal wszystkich przechodniów, miałem więc Nowy Jork tylko dla siebie. Wieżowce ginęły we mgle, mokre chodniki odbijały światła wielkiego miasta, zrobiło się więc tak jak lubię, czyli refleksyjnie, melancholijnie i rzewnie. Znowu nie za bardzo chciałem wracać do hostelu, krążyłem przemoczony po znajomych zaułkach, zagłębiając się w różnych myślach. Dumałem nad losem człowieka, nad tym co zjem na kolację (i dlaczego zrobię to w Chinatown, jak zawsze), ale przede wszystkim, zastanawiałem się kiedy znowu odwiedzę Nowy Jork, czyli, nie mam wątpliwości, moje ulubione miasto na ziemi, oczywiście! poza Warszawą. Może niebawem, kto to może bowiem wiedzieć?




niedziela, 12 października 2014

12.10, Columbus Day

Jak przystało na osobnika, który dzień wcześniej na własnych nogach przewędrował wiele mil po miejskiej dżungli, spałem snem twardym. Podwójnie twardym, ponieważ łóżko w przybytku YMCA należało do tych, które komfortem mogły śmiało konkurować z podłogą. Mój pokoik nie zachęcał ani do wypoczynku, ani do przedłużania w nim pobytu ponad miarę, więc gdy tylko wstałem, umyłem się i uciekłem na świeże powietrze. Ku mojej radości, okazało się, że po deszczowej pogodzie zostały już tylko wspomnienia. Niedziela zapowiadała się na ciepłą, a czyste, błękitne niebo aż zachęcało do spacerów. Szybko zmieniłem więc swoje wcześniejsze plany. Spodziewając się prawdziwej jesieni, zaplanowałem sobie odwiedzenie tych rejonów, które w takiej aurze mogłyby prezentować się ciekawie. Myślałem więc o Harlemie oraz małej wizycie na Bronksie. Jednak idealna pogoda sprawiła, że powędrowałem w rozświetlone promieniami słońca trzewia Manhattanu, zdając się na intuicję i ciekawość.

W pierwszej kolejności trafiłem pod siedzibę ONZ. Mieści się ona tuż obok przybytku YMCA, nad brzegami East River, która oddziela wyspę od Brooklynu. Modernistyczny wieżowiec, który jest kluczowym elementem kompleksu, to jeden z bardziej niegdyś znanych budynków powojennej architektury amerykańskiej (powstał w latach 1948-1952). Jest efektem współpracy słynnego Oscara Niemeyera oraz nie mniej znanego, Le Corbusiera. Niestety, obecnie trudno w pełni docenić ich dzieło. Cały kompleks jest ukryty za siatkami, bramami, podjazdami, budkami strażników, które skutecznie obrzydzają tę okolicę.



Czasy gdy, wzorem Rogera Thornhilla, przypadkowego bohatera filmu “Północ - Północny zachód”, można było pod budynek podjechać taksówką oraz z ulicy wejść do jego wnętrza, minęły i widać wyraźnie, że nie wrócą nigdy. To akurat oczywiste, chociaż za każdym razem gdy sobie to uzmysławiam, jest to tyleż oczywiste co równie przygnębiające.

Promienie słońca odbijały się od szklanych wieżowców, co sprawiało, że na poziomie ulic tego poranka rozgrywała się prawdziwa gra światła oraz cienia. Jako że porzuciłem jakiekolwiek plany, zacząłem iść śladami tego spektaklu.


W ten sposób zawędrowałem pod Grand Central Station, który porankiem prezentował się doprawdy majestatycznie i tak nowojorsko jak tylko można to sobie wyobrazić. Również od środka. Może wydawać się to dziwne, ale wedle oficjalnych źródeł, jego hala to nadal największe zamknięte wnętrze w całej Ameryce. To trochę zaskakujące, bo budynek oddano do użytku ponad sto lat temu, a w kraju tym nadal co chwila bije się kolejne rekordy i poprawia zdawałoby się nieprzekraczalne normy. W latach 80-tych niewiele brakowało by w tym wyścigu poświęcono Grand Central. Na szczęście, dworzec postanowiono zachować, chociaż lokalni deweloperzy ostrzyli sobie zęby na atrakcyjną działkę położoną w sercu miasta (tak swoją drogą, tyle szczęścia nie miał dworzec Pennsylvania Station, zburzony w 1964 roku - według wielu najpiękniejszy ze wszystkich kiedykolwiek istniejących w Nowym Jorku).



Zupełnie niechcący trafiłem następnie w sam środek przygotowań do parady z okazji Dnia Kolumba. Brak planu często oznacza brak wiedzy, nie byłem więc świadomy, że tej niedzieli przez Manhattan przejdzie taka akurat impreza. Rankiem obserwowałem jak w alejkach zbierają się poszczególne nacje w niej występujący - Boliwijczycy w swoich kapeluszach i ponczach, Ekwadorczycy ćwiczący na instrumentach (oddajcie kurtkę mojej żony, którą ukradł jeden z Was - chciałem krzyknąć), Kolumbijczycy, a nawet poczciwi Hiszpanie. Trwały leniwe acz nadal gorączkowe przygotowania: ostatnie poprawki w zdobnych strojach, ostatnie próby przed występami przed publiką. Ale najczęściej mijałem roześmianych ludzi, którzy witali się ze sobą wylewnie, rozmawiali ze sobą podniesionymi głosami i przy tym żywo gestykulowali. Panowała fajna, kordialna atmosfera. Trochę żałowałem, że potem tak się zagalopowałem z łażeniem, że zapomniałem o tym, by tu wrócić i zobaczyć ich przemarsz w pełnej krasie.



Śniadania zazwyczaj jadam późno i tak było również tej niedzieli. Kiedy już nasyciłem się latynoskimi klimatami (oraz obłokami pary, które malowniczo unosiły się nad asfaltem) wybrałem pierwszą lepszą knajpkę i zamówiłem coś co nazywało się “Philadelphia Cheese Steak Sandwich”. Oczywiście, z obowiązkową “sodą”. Kanapka była ogromna, gorąca i amerykańska do bólu. Płaty wołowiny wylewały się bokami, sos spływał mi po rękach, ale jeść takie danie, na ławce gdzieś w Nowym Jorku - to jednak przeżycie!


Chcąc nie chcąc trafiłem na Times Square, gdzie znowu obserwowałem tak przechodniów, jak i ludzi przebranych za maskotki. Kilka przebrań zwróciło moją uwagę. Ot, chociażby Spiderman. Ale nie taki zwykły, tylko … z nadwagą. Ciasny kostium z trudem opinał jego brzuch, a jakiś bezzębny murzyn chodził za nim i krzyczał “Ty nie istniejesz”, ku tępej radości zgromadzonych. Ameryka! Równie amerykański (a może nawet bardziej) był “Nagi Kowboj”, który grał na gitarze będąc ubranym jedynie w buty oraz slipki. Podobał się paniom, ale wśród korpulentych panów wywoływał salwy pogardliwego śmiechu. Moje serce zdobył jednak jegomość przebrany za Homera Simpsona. Siedział rozwalony na krześle i zgodnie ze swoim serialowym pierwowzorem, po prostu czekał aż ktoś mu coś wrzuci do postawionego na stoliku kubka.








Kiedy już się co nieco zmęczyłem, po pewnym czasie i po przejściu kilku dzielnic takich jak “Mała Korea”, wsiadłem do metra i pojechałem na drugi brzeg, do Brooklynu, w okolice Dumbo, by popatrzeć się na panoramę Manhattanu. Jest ona zarówno niesamowita, jak i bardzo złudna. Z tej perspektywy wygląda bowiem tak, jakby poza kilkunastoma wieżowcami widocznymi na pierwszym froncie, nie było tam nic więcej. Cała reszta gęstej miejskiej tkanki kryje się bowiem dalej, głębiej. Z drugiego brzegu docenić można także ogrom nowego “One World Trade Center”, który wybija się ze swoją iglicę ponad wszystko w zasięgu wzroku.

Spacery po Brooklyn Heights oraz okolicach zawsze należały do przyjemnych. To dzielnica spokojnych uliczek, pełnych drzew oraz nobliwych “brownstones”, stuletnich domostw z pięknymi frontami i schodami prowadzącymi do masywnych drzwi wejściowych. Tak wyglądał niegdyś Nowy Jork, zanim zalał go beton, szkło i stal pnące się w szaleństwie wprost do niebios. Do dzisiaj zresztą nie jest trudno znaleźć podobne zakątki, tak w Brooklynie jak i na Manhattanie, jednak to te okolice należą do najbardziej reprezentacyjnych oraz nobliwych. Chociaż ja cenię ją przede wszystkim za widoki.




Postanowiłem wrócić na Manhattan. Oczywiście piechotą i mostem. Ten słynniejszy, czyli Brooklyn Bridge był w częściowym remoncie. W taką dobrą pogodę na pewno był zapchany spacerowiczami, rowerzystami oraz biegającymi, więc wybrałem przechadzkę tym drugim, mniej słynnym, chociaż niewiele mniej urokliwym.

Manhattan Bridge powstał w 1909 roku i przed wiekiem należał do cudów inżynierii oraz architektury. Jednak od zawsze znajdował się w cieniu swojego starszego o kilkanaście lat sąsiada. Różnicę pomiędzy nimi widać było od razu. Przejście dla pieszych było prawie puste. Most był zapuszczony, pomazany grafitti, rozklekotany, głośny i co nieco brudny. Mógłby bez żadnej charakteryzacji stać się plenerem dla filmu, którego akcja toczyła się w ponurych latach 70-tych. Oczywiście, te atrybuty jedynie dodawały uroku temu spacerowi, bo miejsca takie lubię szczególnie, a niewiele ich we współczesnym Nowym Jorku pozostało. Widoki, choć ograniczone ochronną siatką, były równie ciekawe, szczególnie już po zejściu na drugi brzeg East River. Na dachach domów suszyło się pranie, na ulicach buzowało życie, a nad tym wszystkim powoli zachodziło słońce.




Skoro znowu trafiłem do Chinatown postanowiłem to wykorzystać, powałęsać się po tej okolicy nieco dłużej i zobaczyć co najmniej dwa miejsca, które wcześniej jakoś umykały mojej uwadze (a może, po prostu o nich zapomniałem przez te lata). Po pierwsze, znalazłem Doyer Street, czyli jedną z najbardziej klimatycznych uliczek w Nowym Jorku. Ma tylko 61 metrów długości. W połowie skręca ona pod ostrym kątem, co ponoć odpędza złe duchy, przynajmniej według chińskich wierzeń. Z pewnością nie odpędzało to tutejszych gangów, które w latach 20-tych minionego wieku urządzały tu na siebie istne polowania, przez co Doyer Street nazywana bywa do dzisiaj “The Bloody Angle”. Pod ulicą znajdowały się rozliczne tunele i przejścia. Szkoda,że umknęło to mojej uwadze, ponieważ nadal można odwiedzać te, które się zachowały. Po złej reputacji tego zakątka pozostały już tylko wspomnienia i miejskie legendy. Dzisiaj na Doyer, zamiast nielegalnych spelunek i palarni opium znaleźć można przede wszystkim… salony fryzjerskie.




Miejscem gdzie bije prawdziwe serce Chinatown jest oczywiście park. Podobnie jak w San Francisco, także w Nowym Jorku, pomiędzy blokami znajduje się skrawek zieleni z pagodami, ławkami, stołami do gier. Park nosi imię Kolumba i tego popołudnia pełen był ludzi - wyłącznie starszych, zazwyczaj skromnie ubranych, ale nadzwyczaj radosnych. Rżnięto tam w karty, mahjonga, grano na instrumentach muzycznych, śpiewano, tańczono, ćwiczono. Kakofonia dźwięków była ogłuszająca.





Po obiedzie (w sumie obiado-kolacji) powędrowałem w kierunku hostelu (“powędrowałem” to delikatne w sumie słowo - w linii prostej to było ponad pięć kilometrów, a wliczając moje meandrowanie zapewne z dwa więcej). Po drodze wpadłem na zakupy, a w samym Macy’s spędziłem chyba z godzinę czasu. W końcu przyjechałem tu również w tym celu. Ale nie sposób ukryć pewnego drobnego rozczarowania. Pamiętam bowiem dobrze, że wzdłuż “dolnej” części Broadway’u znajdowało się mnóstwo tanich sklepów z ubraniami. Nie znalazłem po nich ani śladu. Być może miałem pecha i po prostu szukałem w złym miejscu, miałem jednak dziwne przekonanie, że szare dyskonty, gdzie lata temu kupowałem za psie grosze koszulki Calvina Kleina ustąpiły miejsca hipsterskim barom i kawiarniom (w jednej z nich zobaczyłem zresztą prawdziwego króla oryginalności. Dżentelmen ów nie tylko miał długą brodę godną co najmniej drwala, ale nosił również szkocki kilt do wyświechtanych butów i wymiętej koszuli. Nowy Jork, jak widać, nadal kreuje trendy i wyznacza kierunki!). Tak czy inaczej, wróciłem obładowany torbami do hostelu, po drodze wstąpiłem jeszcze do japońskiego sklepu spożywczego, gdzie kupiłem kilka azjatyckich specjałów i w ten sposób zakończyłem ten długi, intensywny dzień.