piątek, 28 lipca 2017

28.07, Finito w Piaskach

No i koniec wakacji! Ale to szybko zleciało. Z drugiej strony, przez dwa tygodnie miałem prawdziwy odpoczynek od pracy. To była ogromna różnica w porównaniu do zeszłego roku, kiedy to obowiązki zawodowe zepsuły mi wyczekiwany urlop.

Pogoda nad Żuławami była nadal słaba, więc ruszamy samochodem gdzieś dalej. Wybór pada na Piaski. Czyli, kolejny sentymentalny powrót na stare śmieci. Byliśmy tam pierwszy raz latem 2014 roku i się w tym miejscu zakochaliśmy. I chyba do tej pory nam nie przeszło. Piaski to prawdziwy koniec Polski. I to nie symboliczny, a jak najbardziej realny. Kilka kilometrów dalej jest granicą z Rosją. Nie ma tam nic, więc docierają tam nieliczni. Mam nadzieję, że to się nie zmieni, chociaż świat jest brutalny i wątpię, by to miejsce oparło się komercjalizacji na większą skalę.

Droga na miejsce, jak zawsze, sympatyczna. Trzeba przyznać, że ten region wybrzeża dosyć dynamicznie się rozwija. Stegna, Sztutowo, Kąty Rybackie - wszędzie budują się nowe pensjonaty, powstają nowe lokale. Krynica Morska (nazwana przez Gabę “Kryjówką Morską”, też ładnie) tandetna bez zmian. Zawsze się dziwię ludziom, którzy tam jadą na wakacje. Jak? Po co? Dlaczego? Nie mam odpowiedzi na te elementarne pytania. Nieważne to jednak. Po chwili wjeżdżamy w las i zostawiamy za sobą cały ten zgiełk. Nfda jego końcu czeka cisza oraz spokój. Mała “marina” na jachty. Sklep z wędzonymi rybami. Jadłodajnia “Krab”. No i nasze ulubione “Cztery Wiatry”, hotel i restauracja, w której się zatrzymywaliśmy przed laty.


Spędzamy trochę czasu na plaży. Pogoda robi się dobra, ale woda jest fatalna, zimna i pełna wodorostów. Pola patrzy się na fale z zainteresowaniem, a na jej buzi pojawia się coś w rodzaju sentymentalnego uśmiechu. Chyba jej się to wszystko podoba. Nie dziwię się, bo miłość do morza, powinny moje dzieci odziedziczyć po swoim ojcu.


***

Przejechaliśmy łącznie 2.500 kilometrów. Czyli, jak z Warszawy do Barcelony! Po powrocie do domu nie miałem wątpliwości, że był to nader udany wyjazd. Zdecydowanie lepszy od zeszłorocznego (z wiadomych powodów - praca!), różnorodny i pełen ciekawych przeżyć. Jedyne z czym miałem problem to fakt, że nie było jeszcze połowy wakacji, a my byliśmy już “po”. Zaś najbliższe tygodnie w biurze zapowiadały się niezwykle intensywnie, więc szansa żeby gdzieś jeszcze pojechać rysowała się na horyzoncie nader mgliście.

czwartek, 27 lipca 2017

27.07, Orneta i statki pomiędzy łąkami

Cały nasz Folwark był przemiłym miejscem. Przez cały pobyt czuliśmy się jak w domu. Kuchnia serwowała nam posiłki spoza karty. Dzieci miały dla siebie plac zabaw. Ja czytałem książki z lokalnej biblioteczki, w tym te poświęcone okolicy. Duża w tym zasługa właściciela. Widać, że była to osoba zakochana w monotonnym krajobrazie dookoła, jak również, w skomplikowanej historii tych ziem. Swój hotel zbudował w poszanowaniu do żuławskiej tradycji - wykorzystując stare, drewniane elementy oraz decydując się na wykończenie nawiązujące do szachulca. Szanuję to, bo taniej byłoby po prostu zalać wszystko betonem, najlepiej w obowiązkowym, jakże modnym w Polsce kolorze pomiędzy wściekłą żółcią, a “sraczkowym” brązem. Okazało się również, że ów pan zna się co nieco na meteorologii. Ponoć nad Żuławami zła pogoda zwyczajowo “trzyma dłużej”. Wystarczy jednak przejechać przez rzekę Nogat, żeby mieć szansę zobaczyć słońce i błękit nieba. Tak mówił i miał rację.

Co prawda, pojechaliśmy w zupełnie inną stronę, ale przyznać trzeba, że faktycznie - zła pogoda co prawda nie ustąpiła, ale przynajmniej deszcz przestał padać. Za cel obraliśmy sobie Ornetę, niewielkie i ponoć urocze miasteczko na Warmii.

Do Ornety od dawna chciałem przyjechać, bo wydawało mi się, na podstawie zdjęć znalezionych w sieci, że jest to kolejne “pozytywkowe” miasteczko o urokliwym klimacie oraz przyjemnej architekturze. I tak też było w istocie. Urokliwe “śródmieście” rozciągało się dookoła niewielkiego rynku. Którego centralnym punktem był oczywiście ratusz. Jego historia sięga XIV wieku. Jego gotycki rodowód podkreśla nie tylko fasada z charakterystycznymi szczytami, ale i jego elewacja, czyli tzw. “zendrówka” - błyszcząca od wypalenia, ciemna, cegła ceramiczna. Do budynku przylegają liczne przybudówki, które również sięgają historią głęboko w przeszłość. Niegdyś znajdowały się tam kupieckie kramy, a dziś urzędy.



Dookoła rynku jest zwarta zabudowa, jakże typowa dla teutońskich miast głębokiej prowincji. Nawet najmniejszy ośrodek musiał mieć konkretne, zadbane i reprezentacyjne centrum - nawet jeżeli tuż za nim miałaby się zaczynać dzika pustka. Jakże to inne od naszych miast, szczególnie tych współczesnych. Kamieniczki Ornety są niskie, ale niektóre z nich mają zaskakująco zdobne elewacje. No i arkady, które świadczą o tym, że w przeszłości był to ośrodek, w którym kwitł handel. Kawałek dalej od rynku znajduje się jeszcze jeden zabytek “klasy zero”, czyli gotycki Kościół Świętego Jana. Który jest tak wkomponowany w zabudowę, że praktycznie nie sposób zrobić mu dobrego zdjęcia.

Orneta mi się bardzo spodobała. Szkoda, że na rynku nie działa żaden hotel. Widok z jego okna na ratusz i leniwe życie dookoła, mógłby być zjawiskowy. Acha, wypada też wspomnieć o tym, że parkowanie w centrum jest płatne. Po okolicach krąży pan, od którego można kupić stosowny bilet. Oczywiście, o ile wie się do kogo podejść, z czym turyści, szczególnie tacy jak ja, mogą mieć problem.

***

Na obiad pojechaliśmy do smażalni ryb “Okoń”. Wspominam o tym, ponieważ wizyta w tym miejscu puentuje nasze tegoroczne doświadczenia kulinarne. Nie było tam drogo, ani wystawnie. Ale było smacznie. Jeżdżąc po Polsce można zrozumieć nieustanną popularność “Kuchennych Rewolucji” Magdy Gessler. W tym kraju po prostu jest co rewolucjonizować. Ale my mieliśmy szczęście trafiać do fajnych miejsc. A może to już nie szczęście, a doświadczenie?

Posileni, krążymy po Żuławach i okolicach. Tak to lubię! Szczególnie, że drogi są puste i uważać trzeba bardziej na krowy niż inne samochody. Podrzędnymi drogami zmierzamy do Pochylni Buczyniec, bo chciałem w końcu zobaczyć chociaż skrawek Kanału Elbląskiego. Po drodze oglądamy różne wioski, wsioła i rozrzucone po nich zabytki. Nie ma ich dużo. Nie są spektakularnej urody. Ale muszę przyznać, że mi się podobały, szczególnie, że część z nich wyglądała na zapomnianą przez czas i człowieka.



Do Buczyńca nie docieramy. Po drodze bowiem mijamy inną pochylnię, a na horyzoncie majaczy nam zbliżający się doń statek. Zatrzymujemy się więc, by zobaczyć ten spektakl. No dobrze, ja podziwiam, a Gabriela zajęta była testowaniem swoich nowych, różowych kaloszy na tutejszych kałużach. Pola spała w samochodzie razem ze swoją mamą.

Statek płynący w górę, po zielonej łące to oniryczny pejzaż. Nawet jeżeli jest to obrazek oklepany - w końcu, to jeden z turystycznych symboli naszego kraju. Nie trzeba go wcale widzieć na żywo, by wiedzieć jak wygląda. A jednak, gdy żelazna krypa mija Cię na odległość metra, nie sposób poczuć radości. Szczególnie, że kapitan jednostki “dokazywał”. Wyglądał na gapiów i zagajał nas rozmową oraz głupkowatymi, acz sympatycznymi żartami. “Na Elbląg to dalej prosto?” pytał po polsku i niemiecku, udając, że się zgubił pośrodku zielonych łąk. Śmiechom nie było końca.

środa, 26 lipca 2017

26.07, Dzień pod znakiem Wielbłądów

W deszczu, latem, o poranku Żuławy pachną wyjątkowo intensywnie. Wilgocią, przemoczonym sianem oraz czymś jeszcze. Jakby gotującą się kapustą. Wstałem bladym świtem, żeby pooglądać trochę ten “krajobraz dla koneserów”, ale z ambitnych planów niewiele w sumie wyszło. Okazało się bowiem, że “siódemka”, czyli lokalna ateria od rana jest zapchana samochodami. Na jednym z rond źle skręciłem i przez następne kilometry nie miałem za bardzo jak zawrócić. Więc odłożyłem na bok mapę i po prostu, pojechałem sobie, tam, gdzie miałem ochotę i możliwość.

Żuławy we mgle i mżawce prezentowały się magnetycznie i malowniczo. To chyba jedyna okolica jaką znam, która przy dobrej pogodzie traciła na urodzie, a nie zyskiwała. Dla pełnego doświadczenia, powinno się ją poznawać właśnie wtedy, gdy aura nie dopisuje. Zanim wróciłem do Folwarku, zatrzymywałem się w kilku miejscach i podziwiałem tą pustkę dookoła siebie. Pola przetykane kanałami, a w oddali samotne wierzby. Tu i tam natrafiłem na jakieś zabytki. Gotycki, wiejski kościół, dom szachulcowy, czy też jakiś przedwojenny mechanizm do irygacji.


***

W deszczu Żuławy wyglądają pięknie, ale dzieci się nudzą. Potrzeba znalezienia im jakichś rozrywek rozpoczyna lawinę błędów, których ten dzień był pełen aż do przesady. To był jeden, wielki wielbłąd.

Błąd nr 1: Jedziemy do Gdańska, do dużej sali zabaw pod dachem. Problem w tym, że “siódemka” była jednym, wielkim korkiem. Więc na miejsce jechaliśmy blisko dwie godziny. W deszczu i asyście nieustannego narzekania słyszanego z tylnych foteli.

Błąd nr 2: Wybrana sala zabaw pokazała mi jak wygląda najgorszy parking na świecie. Był ogromny, ale totalnie zapchany samochodami. Drogi przejazdowe były tak wąskie, że nie było szansy, by zmieściły się tam dwa auta. Więc spędziliśmy tam dobrych kilkadziesiąt minut, próbując wymanewrować, cofnąć i uniknąć obtarć. Jakimś cudem znaleźliśmy wolne miejsce, ale ja zamiast się cieszyć, już się zastanawiałem jak stamtąd wyjadę, skoro w międzyczasie zakorkowały się wszystkie drogi wewnętrzne. Masakra.

Błąd nr 3: Wybrana sala zabaw okazała się wypchana ludźmi. Tysiące innych turystów wpadło na ten sam pomysł co ja. Staliśmy najpierw w ścisku do kas, potem w ścisku do szatni. W środku było tak tłoczno, że “zabawa” polegała głównie na przeciskaniu się pomiędzy innymi “bawiącymi się”. Ja się z nerwów cały spociłem, żona i dzieci zaś dostały napadu szału.

Błąd nr 4: Kosztowało nas to 90 zł. Wyszliśmy zaś po chwili, bo wszyscy mieliśmy dosyć.

Błąd nr 5: Wracamy tą samą trasą. Korek, jak był, tak był, ale dodatkowo się wydłużył, bo miał miejsce wypadek.

Błąd nr 6: Po dotarciu do hotelu, jadę z Gabą po zakupy. Naiwnie pomyślałem, że popołudniem może już się uspokoiło. Niestety, wjechałem znowu w gigantyczny korek, z którego udało mi się wyjechać bokiem po pół godzinie. Z zakupów w Elblągu nici, bo de facto, jesteśmy od tego miasta odcięci.

Błąd nr 7: Nie poddałem się. Jedziemy do znalezionego na mapie lokalnego GS-a. Droga jest tak zła, że zaczynam tęsknić za korkiem na “siódemce”. Samochód buja się na dziurach, w niektórych miejscach jadę kilometr na godzinę i zaczynam się martwić o to czy “służbowe faktycznie da radę wjechać wszędzie”. Gorzej, że cofnąć nie ma jak, więc muszę jechać przed siebie.

Błąd nr 8: Jadę tak wolno, że lokalny GS jest już zamknięty, gdy do niego docieramy. Z zakupów nici. Wracamy do hotelu na tarczy i bez jogurtów dla dzieci na kolację. Na szczęście, hotelowa restauracja jest przemiła. Panie smażą specjalnie dla nas górę placków z jabłkiem.

wtorek, 25 lipca 2017

25.07, Retrospekcje i retrowersje

Gdybym miał wskazać jeden, konkretny moment, w którym zrozumiałem, że podróżowanie po Polsce może być fajne, to był 14 lipiec 2014 roku. Dzień, w którym przyjechaliśmy do Fromborka. Dzień, w którym zapisałem sobie w moim dzienniczku takie oto spostrzeżenie: “jesteśmy w mieście, które dosłownie pachnie wakacjami. Wakacjami, jakie zawsze chciałem w dzieciństwie przeżyć, ale nigdy nie było mi to dane”.

Nie uderzając w przesadnie pompatyczne tony, te kilka dni spędzonych na wybrzeżu Zalewu Wiślanego, to było istne katharsis. Zagrało wtedy wszystko. Pogoda była idealna. Ludzi dookoła nas nie było dużo. Okoliczne restauracje były w formie, serwując nam naprawdę sensowne posiłki. Mieliśmy czas dla siebie, na lenistwo, spacery, a nawet, na zwiedzanie. Półroczna Gabriela nagle zrobiła się spokojna i mniej rozbeczana. No i sam Frombork okazał się ciekawym połączeniem historii, prowincji, zapomnienia i mocno przykurzonej, nieco tajemniczej nobliwości. Nie bez znaczenia było również to, że jest to miasto położone na nieoficjalnym szlaku “Pana Samochodzika”, czyli serii książek, do których w latach wczesnej młodości, miałem słabość.

***

Jako, że od naszego folwarku do Fromborka nie było daleko, postanowiliśmy więc odwiedzić go ponownie. Po śniadaniu zapakowaliśmy się do samochodu i ruszyliśmy przed siebie. Wiadomo, że czasem jest tak, że lepiej dobrych wspomnień nie ruszać. Istnieje bowiem ryzyko, że po latach, okażą się one rozczarowaniem, w sumie niegodnym wszelkich sentymentalnych ochów i achów. Jednak w tym przypadku, nie było mowy o takim rozczarowaniu. Bo Frombork po trzech latach, nadal pachniał mi wakacjami. Lubię ten zapach.

Ryneczek chyba nawet wyremontowano tu i ówdzie. Tamtejsza fontanna działała, z czym przed kilku laty, miała chyba problem. Dawne kino Fregata nadal nie wie czy ma się zamienić w ruinę czy może poczekać jeszcze na wybawcę w postaci sklepu czy też restauratora. Acha! Knajp trochę przybyło, bo i ludzi zrobiło się jakby więcej na ulicach. Chociaż to może “wina” turystów z Krynicy Morskiej, którzy codziennie tu przypływają w poszukiwaniu alternatywy do plażowej nudy drugiego brzegu Zalewu Wiślanego.

Odwiedzamy kawiarnię położoną na parterze zabytkowej wieży wodnej. Pewne rzeczy się z pewnością tu nie zmieniają. Podobnie jak przed laty, obserwuję właściciela przybytku, który osobiście nagania turystów. Kusząc ich zarówno słodyczami, jak i możliwością wejścia na szczyt budynku. Trochę mu współczuję, bo przez całe dnie musi cierpliwie znosić odpowiedzi tłuszczy, wśród których zdaje się, że dominują tacy co nigdy nie byli w muzeum, a co więcej, nie byliby w stanie nawet tego słowa poprawnie przeliterować. “Panie, 5 zł za wchodzenie po schodach? To ja sobie w domu za darmo powchodzę” - mam wrażenie, że tego typu odzywki słyszałem zarówno tego dnia, jak i kiedyś najczęściej.


***

Po Fromborku odwiedzamy Elbląg. Gdzie w pierwszej kolejności jemy obiad w restauracji pełnej bieli. Jej ściany zdobiły zdjęcia - pamiątki po rozlicznych gościach tego miejsca. Wśród nich, same sławy pokroju trzeciej siostry ciotecznej Justyny Steczkowskiej, albo klawiszowca, który znał ze słyszenia klawiszowca grającego razem ze Stachurskym. Nie dziwne, że nam smakowało!

Sam Elbląg zaś okazał się ciekawym, chociaż pełnym sprzeczności miastem. II WŚ obeszła się z nim brutalnie. W okolicach dawnego rynku ocalało zaledwie sześć kamienic. Gruzy posłużyły zaś do odbudowy stolicy. Z całej dawnej zabudowy pożogę przetrwało jeszcze trochę zabytków, w tym kilka gotyckich perełek, takich jak Katedra Św. Mikołaja czy Brama Targowa. Przez całe dekady PRL-u, śródmieście Elbląga było jednym wielkim pustostanem. Były plany żeby zapełnić tą wyrwę zabudową blokową, ale szczęśliwie, zabrakło na to środków. Z czasem, lokalne władze zaczęły dojrzewać do rewitalizacji miasta. Dziś Elbląg jest dosyć rzadkim w Polsce przykładem tzw. retrowersji. Czyli odbudowy, która jest zgodna z historyczną jedynie w ogólnych założeniach przestrzennych i w której wykorzystuje się współczesne metody budowlane. Efektem jest zabudowa, która stylistycznie nawiązuje do zabytkowej, ale nie jest ich wierną kopią, a jedynie, jej luźną zazwyczaj “wariacją”. Na retrowersję często się narzeka, szczególnie, że jest ona polem do popisu dla wszelkiej maści beztalenci, którzy zajmują się współczesną architekturą. Zdarza się więc, że efektem końcowym jest pastelowa tandeta, wypełniona zbędnymi detalami i miszmaszem stylistycznym. W Elblągu całość jednak wygląda nawet sensownie. To znaczy, można po tym mieście spacerować i czuć się w nim dobrze. Oko oczywiście trzeba przymykać, ale wcale nie częściej niż w innych miejscach naszego pięknego, acz sponiewieranego historią, kraju.




poniedziałek, 24 lipca 2017

24.07, Kierunek - Rosja! A nie, Elbląg!

Opuszczamy domek nad jeziorem Święcajty i ruszamy na zachód. Podróż trwa ponad trzy godziny i kończymy ją na Żuławach. Trasę doń wiodącą muszę zaliczyć do najpiękniejszych jakimi dane mi było do tej pory jechać. Pomiędzy Kętrzynem, Bartoszycami, Górowem Iławeckim, a Elblągiem mijaliśmy naprawdę przecudnej urody krajobrazy. Zarówno te naturalne, jak i stworzone ludzką ręką. Niejeden raz pożałowałem, że nie mogę się zatrzymać. Wiadomo, dzieci śpią. Żona śpi. A zabytki przecież mogą poczekać, skoro stoją już od stuleci.

Zainteresowała mnie również inna rzecz. A mianowicie, nazwy geograficzne. Wiele z nich brzmiało zaskakująco “teutońsko”, np. rzeczka Elma. Zupełnie jakby powojennej Komisji Ustalania Nazw Miejscowości zabrakło w pewnym momencie weny twórczej i wypadło akurat na ten region Ziem Odzyskanych. Tak swoją drogą, praca tego organu administracji publicznej to była dopiero ciekawa rzecz. Od zaledwie kilku osób zależało jak będą się nazywać rzeki, miasta i jeziora w ⅓ kraju. To była tytaniczna praca, która łączyła w sobie językoznawstwo, historię, no i wyczucie lokalnych niuansów. Zdarzyło im się kilka potworków językowych, ale ja najbardziej żałuję, że usunięto tak wiele “borków”, czyli nazw, które kończyły się na -bork. Ostał się Frombork, ale wiele nie miało szczęścia być tak znanymi. Np. Ządźbork, czyli dzisiejsze Mrągowo. No powiedzcie proszę, czy stara nazwa nie brzmi jak tajemnica? Inna sprawa, dla mnie trochę jednak kontrowersyjna, to fakt, że Komisja kilku miastom nadała nazwy od nazwisk zasłużonych. Srokowo jest na część przewodniczącego Komisji, Srokowskiego. Kętrzyn od Wojciecha Kętrzyńskiego, zaś taki Dzierżoniów od Jana Dzierżonia, czyli zasłużonego… pszczelarza. I przy okazji księdza. Któremu władza ludowa, w epoce rosnącego zamordyzmu stawia pomnik w postaci miasta noszącego niemalże jego nazwisko. PRL to był jednak czas wiecznych paradoksów.

Tak się tym wszystkim zadumałem, że źle pojechałem i … prawie wjechaliśmy na teren Rosji. Udało mi się znaleźć zawrotkę dosłownie metry przed szlabanem. Wykręciłem i uciekałem tak szybko, że tumany kurzu spod kół z pewnością przekroczyły granicę. Emocje jak na grzybach!

Nasz hotel, Folwark Żuławski był duży, przyjemny i położony w spokojnej okolicy, niedaleko Elbląga. To znaczy, okolica byłaby spokojna, gdyby nie to, że kilkaset metrów od nas, budowano trasę ekspresową. W Polsce trzeba jednak czasem przymknąć oko na pewne rzeczy. Jak je przymknąłem swoje to zobaczyłem, że za oknem mam piękny, żuławski pejzaż. “Krajobraz dla konesera”, jak głosi hasło reklamowe regionu. O tym czy już jestem koneserem miałem przekonać się przez kilka najbliższych dni.

niedziela, 23 lipca 2017

23.07, Rap leśnych ludzi

Tym razem jedziemy na północ. Do Rapów. A może Rapy? W sumie nie wiem czy to jeszcze formalnie Mazury, czy może ta przygraniczna kraina ma jakąś inną nazwę. Była to trochę taka ziemia niczyja, co widać było po zasięgu telefonów. Traciliśmy sieć polską, a “przejmowały” nas telekomy rosyjskie. Na pewno, ziemia ta jest odmienna od “właściwych" Mazur pod względem ukształtowania terenu. Znikają jeziora, pagórki śmielej wybijają do góry, pojawia się gęsty, dziki las. Zabudowania robią się coraz rzadsze, a nawet zupełnie znikają. Jadąc do celu mieliśmy i takie momenty, kiedy przez dobry kwadrans nie widzieliśmy nikogo. Dosłownie nikogo. Tylko zielona ściana po obu stronach słabo utrzymanej drogi.

U celu czekała na nas piramida. To drobna, acz bardzo interesująca ciekawostka. Podobnie jak te egipskie, piramida rapska jest grobowcem. Zbudowano ją w 1811 roku dla rodziny lokalnych posiadaczy ziemskich, von Fahrenheidów. Głowa rodziny, baron Friedrich był zafiksowany na punkcie modnej wtedy w Europie egiptologii. Postanowił więc wybudować w swoim majątku własną, w której z czasem spoczęły zmumifikowane szczątki tak jego, jak i rodziny.

Niestety, piramida po wojnie była niezabezpieczona. A przez wiele lat wręcz otwarta i dostępna dla każdego lokalnego obszczymurka. Każdy mógł wejść do środka i sprawdzić co znajduje się w trumnach. Dzisiaj zresztą nadal można tam zajrzeć przez okno. Budowla stoi dzielnie chyba tylko dlatego, że jest niemiecka. A skoro niemiecka, to i pancerna.


Piramida znajduje się na odludziu, co tylko dodaje jej aury tajemniczości. Widziałem ją w dzień, ale nie jestem pewien czy odważyłbym się tam pojechać np. sam, po zmroku. To jej położenie dodatkowo podsyca wszystkie mroczne opowieści z nią związane. Lokalna legenda głosi, że tamtejsze mumie nie mają głów. Obcięli je albo radzieccy sołdaci, albo okoliczne chłopstwo, które po wojnie “polowało na zarazę”. Dochodząc zapewne do wniosku, że zmarli mieszkańcy Rapu są jej winni, należy więc się z nimi rozprawić. Nie wiem czy to prawda czy bujda na resorach. Niewątpliwie jednak, miejsce to ma spory potencjał. Można by tam nakręcić dobry film sensacyjny z domieszką kina grozy. Wymyśliłem nawet zarys scenariusza:

“Mazury, lata 60-te XX wieku. W wielkich miastach gra big-beat, dziewczyny noszą mini, a młody Włodek Lubański strzela kolejne bramki. Zaś kapitan Ryś, niegdyś dobrze zapowiadająca się gwiazda Milicji prosto ze stołecznej Warszawy, zostaje karnie skierowany do pracy w prowincjonalnym komisariacie MO w Gołdapi. Nikt nie wie dlaczego. Każdy jednak widzi, że Ryś znalazł się w niewłaściwym miejscu. Męczy się z lokalnym ciemnogrodem, a smutki topi w alkoholu i bezsensownym romansie z lokalną dziewczyną. Coś się zmienia, gdy przypadkowo trafia na trop przerażających i krwawych zbrodni, które prowadzą go prosto do Piramidy w Rapie. Jego początkowy sceptycyzm, pogarda wobec ludności lokalnej i cynizm cechujący wszystkie jego działania, zaczyna chwiać się w posadach, gdy rozumie, że przyszło mu stawić czoła z siłą pochodzącą spoza tego świata”.

Nie wiem, może taki film już powstał, tylko zniknął gdzieś w odmętach. Dla mnie - brzmi jak potencjalny hit, łączący rozrywkę i bezpieczną sztampę z nieco głębszymi przemyśleniami i szansą na jeden czy dwa mocne “twisty”. Kto wie, może kiedyś zabiorę się za realizację tego pomysłu?

***

Po Rapie pojechaliśmy do samozwańczej Republiki Ściborskiej. To ogromny, prywatny teren, na którym znajduje się skansen, muzeum, festiwal dziwactw oraz mnóstwo zwierząt, w tym hodowla psów husky i malamutów. Miejsce powołał do życia były nauczyciel z Giżycka, który zamienił wygodę miasta na trudy wsi. Dzisiaj każe się nazywać Biegnącym Wilkiem. Zajmuje się jeżdżeniem na psich zaprzęgach (ponoć z sukcesami) oraz organizacją m.in. ferii letnich dla synów oraz ojców. Ponoć to fajna sprawa, jadąc na miejsce, spotkaliśmy zresztą “turnusowiczów”, którzy wypakowywali z samochodu manatki, przygotowując się do tygodnia spędzonego w namiocie. Podziwiam i trochę zazdroszczę.


W Republice oglądamy psy, odwiedzamy też muzeum, gdzie Biegnący Wilk zgromadził imponującą kolekcję indiańskich przedmiotów. Skóry, łuki, buty, narty, czółna i tak dalej i tak dalej. Oprowadzająca nas pani uznała za punkt honoru to, by nam to wszystko pokazać i dokładnie opowiedzieć co do czego służy. Słuchaliśmy grzecznie, chociaż nasze dzieci nudziły się okropnie. Moja żona również. I ja niestety też.

Jakby tego było mało, odwiedziliśmy też ekspozycję dedykowaną Marii Rodziewiczównie, autorce książki “Lato leśnych ludzi”. Pamiętam tą pozycję z półki w domu mojej babci na Bielanach. Nigdy jej ostatecznie nie przeczytałem, bo zawsze miałem jednak coś ciekawszego pod ręką. Za to Biegnący Wilk zrobił to pewnie ze sto razy i w ramach zachowania o niej pamięci, zebrał imponujący zbiór pamiątek z nią związanych. A w planach ma kolejne przedsięwzięcia, w tym rekonstrukcję domu z tejże książki. Podziwiam tą pasję i ją szanuję. A Republika Ściborska przypomniała mi mój krótki, ale burzliwy epizod harcerski. Myślę, że odwiedzające to miejsce dzieciaki przeżywają tu wspaniałe chwile, które zapamiętają na długo. Podobnie jak i ja pamiętam swój jeden, jedyny wyjazd na obóz.

Wyjazd na północne rubieże puentujemy w Baniach Mazurskich. Ciekawa to osada. Dookoła las i pustki, tymczasem w tej wiosce znaleźć można kilka naprawdę przyzwoitych sklepów, niezłą knajpę i do tego, słynną na pół kraju lodziarnię, gdzie zjedliśmy naprawdę niezłe, domowe lody. Sam obiad był jednak nieco przereklamowany, moje kartacze z mięsem smakowały bowiem rybą. Dzieci to w ogóle nie chciały nic zjeść, a sąsiedztwo ze stolika obok było pijane i klęło jak szewc. Mimo to, eskapadę na północne rubieże Polski należy uznać za wyjątkowo udaną. Podobnie zresztą jak cały pobyt na Mazurach. Kolejnego dnia bowiem jechaliśmy dalej.

sobota, 22 lipca 2017

22.07, Cały dzień w Kale

Modlitwy zostały wysłuchane. W południe chmury zniknęły, wyszło słońce, a my ruszyliśmy na plażę. Na plażę w Kale. Trzeba przyznać, że nazwa nieszczególna. Kal to półwysep, położony zresztą niemalże na wprost naszej Rusałki, tyle, że po drugiej stronie Jeziora Święcajty.

To był bardzo leniwy i spokojny dzień. Żadnego zwiedzania. Chyba, że “przy okazji”. Ania z Gabą spędziły czas w piasku i w wodzie. A ja się nudziłem. Więc, gdy przyszła pora drzemki, wybrałem się z Polą na spacer. Najpierw wędrowałem wzdłuż jeziora. Minąłem jakieś ośrodki, mariny i pojedyncze zabudowania. A następnie wdrapałem się na małe wzniesienie, na szczycie którego znajdował się niezwykle klimatyczny cmentarz wojenny z czasów I WŚ, otoczony niskim murkiem z polnych kamieni. Na którym to cmentarzu spoczywali głównie Niemcy, często bardzo młodzi. Widoki na jezioro i lasy były naprawdę miłe. Zachęcały do zadumy. Szczególnie, że byłem tam sam, a Pola smacznie sobie spała.



Na obiad pojechaliśmy do “Góry Wiatrów”. To hotel i restauracja położone z dala od głównych dróg. Znowuż, bardzo sympatyczne miejsce, gdzie można było zjeść i odpocząć. Kawałek dalej znajdował się spokojny Port Trygort. Posiedzieliśmy tam trochę, pogapiliśmy się na łódki. Wstyd się przyznać, że nigdy nie pływałem po jeziorach. A myślę, że spodobałoby mi się takie podróżowanie. Może na zwiedzanie Mazur z tej nowej perspektywy przyjdzie jeszcze czas.

piątek, 21 lipca 2017

21.07, Środek urlopu

Tego dnia trochę popsuła się pogoda. Stalowe chmury pojawiły się na niebie, a znad jeziora powiało chłodem. Do tej pory, mieliśmy do aury szczęście, więc mało o niej wspominałem. Ale faktem jest, że wakacje w Polsce są ściśle uzależnione od jej kaprysów.

Postanowiliśmy pojechać do Świętej Lipki. To już Warmia, a droga miała nam zająć ponad godzinę, co dawało nadzieję, że na miejscu trafimy na inną, lepszą pogodę. No to ruszyliśmy. Najpierw niespiesznie mijaliśmy różne mazurskie miejscowości. Takie jak Harsz czy Sztynort. Szczególnie ten drugi jest uroczy i to pomimo zatłoczenia. To w końcu chyba najważniejsza przystań na Mazurach. Albo przynajmniej, jedna z najważniejszych.

W drodze do Świętej Lipki przejeżdżaliśmy przez Bezławki. Gdzie prowadzono jakieś wykopaliska archeologiczne, a kawałek dalej, na wzniesieniu zauważyłem Zamek. Co mnie zaskoczyło, bo nie zanotowałem, że po drodze natrafimy na taką atrakcję. To lubię właśnie na wakacjach. I to lubię w Polsce. Bo takich niespodzianek widuje całkiem sporo, najczęściej jednak, nie mogę się przy nich zatrzymać, bo dzieci śpią i szkoda je budzić dla tak prozaicznej potrzeby jaką jest gapienie się na jakiś kościół, zamek czy inną ruinę. Tym razem jednak nikt nie drzemał, więc zatrzymaliśmy się na chwilę, by mu się przyjrzeć.

To oczywiście dawna warownia krzyżacka. Wybudowana jako baza wypadowa na tereny Litwy oraz strażnica graniczna, mająca chronić dzisiejszy Kętrzyn. Budynek wydawał się być opuszczony, a już z całą pewnością, był mocno zapuszczony. Ale dzielnie się trzymał. Przez lata swojego istnienia pełnił nie tylko funkcje militarne, ale i sakralne. Był to bowiem kościół protestancki, a obecnie, zdaje się, że jest to jeszcze wciąż formalnie kościół katolicki.


Sama Święta Lipka nas trochę wymęczyła. Kościół jest z pewnością piękny, barokowy. Wnętrza również są wystawne i ociekają przepychem, zgodnie z zasadami epoki w jakiej powstały. Ale ludzi było za dużo, do tego, z czasem zaczęło padać, więc uciekliśmy szybko do samochodu. Może innym razem się uda podumać dłużej nad tym miejscem. Na pewno jest tego warte, bo oprócz bycia ważnym sanktuarium maryjnym, Święta Lipka to również bastion walki o polskość Warmii.




Z kronikarskiego obowiązku wypada wspomnieć, że popołudnie spędziliśmy w Kętrzynie (miałem ze sobą długopis!) oraz “naszej” Rusałce. Głównie na zabawach i cichej modlitwie, by jutro pogoda była bardziej łaskawa dla nas, maluczkich urlopowiczów.

czwartek, 20 lipca 2017

20.07, Miasto, gdzie trzeba mieć ze sobą długopis

Pobudka przed szóstą rano. Te dzieci nie mają dla nas żadnej litości. Z domku wychodzimy dopiero koło 11-tej, czyli, po pięciu godzinach na nogach. Tak wygląda życie młodego rodzica, gdyby ktoś zapomniał, albo był ciekawy.

Okolice Węgorzewa to chyba nadal mój ulubiony kawałek Mazur. Samo Węgorzewo jest okropne, a może po prostu, nieciekawe. Ale im dalej, tym lepiej. Drogi są piękne i często, nawet w sezonie, zupełnie puste. Atrakcji wszelakich dookoła jest mnóstwo. Począwszy od pozostałości po II WŚ, poprzez urodziwe ośrodki miejskie, kończąc na atrakcjach dla dzieci. Już nie wspominając o najważniejszym, czyli przyrodzie i jeziorach.

Pojechaliśmy najpierw do Mazurolandii. Już tam kiedyś byłem z Gabrielą i trochę żałowałem, że nie posłuchałem siebie sprzed lat. Zapamiętałem, że to miejsce drogie, tandetne, wypchane bylejakością, a co najgorsze, chyba zlokalizowane na jakiejś żyle wodnej. Bo zarówno ja, jak i dzieci dostały w tym miejscu szału. Mnie wszystko denerwowało. Jedyne co mi się tam podobało, to kolekcja z czasów II WŚ. Z kolei Gaba i Pola nie chciały się niczym bawić, chociaż do wyboru było mnóstwo atrakcji idealnie dla nich skrojonych. Więc może napiszę to sobie jeszcze raz - nigdy więcej do Mazurolandii.


Potem pojechaliśmy do Kętrzyna, na obiad do “Kardamonu”. Nawet dobry. Samo miasto lubię. Nazywam je “miastem, gdzie trzeba mieć ze sobą długopis”. Oczywiście po to żeby wypełnić bilet parkingowy. System jest komiczny. Specjalne bilety, warte złotówkę, kupić można w wybranych sklepach. Na przykład, w sklepie z częściami motoryzacyjnymi. Trochę śmieszne. A trochę jednak bezsensowne, szczególnie, że można informację o strefie płatnego parkowania dosyć łatwo przeoczyć.


Pospacerowaliśmy sobie trochę. Zrobiliśmy drobne zakupy, w tym książkowe, bo w Kętrzynie jest fajna księgarnia. Podczas wakacji lubię zaglądać do takich właśnie lokalnych przybytków. Czasem można tam znaleźć prawdziwe rarytasy, szczególnie takie traktujące o okolicy i jej historii. Zobaczyliśmy Zamek, Kościół św. Jana, czyli naczelne kętrzyńskie zabytki. Szczególnie ten pierwszy mi się podoba. Jest ładnie położony, bo na łagodnym wzniesieniu. Jest wkomponowany w okoliczną zabudowę oraz zieleń, która w lato pięknie kontrastuje się z ciemną czerwienią jego cegieł. Nie jest duży, ale całkiem dobrze zachowany. Oczywiście, jak na swoją historię, bo przez wieki nieprzesadnie o niego dbano. Znajdowały się tu chociażby … mieszkania. Dzisiaj Zamek tętni życiem. Mieści się w nim muzeum, biblioteka. Odbywa się na nim wiele imprez, np. Jarmark Średniowieczny, na który przypadkowo trafiliśmy.




Wracając do Węgorzewa, zatrzymaliśmy się na lokalnym kąpielisku. Dzieci pluskały się w wodzie, ja czytałem książkę. Miłe miejsce, chociaż przekrój gości przeróżny. Od dresiarzy, do emerytów, do tego, z silną reprezentacją lokalnej żulerki, która pociągała z butelki, paliła papierosy i patrzyła się tępo przed siebie. Acha, pachniało mi tam ciągle kupą. Tajemnica źródła tego zapachu została niestety nierozwiązana.