Cały nasz Folwark był przemiłym miejscem. Przez cały pobyt czuliśmy się jak w domu. Kuchnia serwowała nam posiłki spoza karty. Dzieci miały dla siebie plac zabaw. Ja czytałem książki z lokalnej biblioteczki, w tym te poświęcone okolicy. Duża w tym zasługa właściciela. Widać, że była to osoba zakochana w monotonnym krajobrazie dookoła, jak również, w skomplikowanej historii tych ziem. Swój hotel zbudował w poszanowaniu do żuławskiej tradycji - wykorzystując stare, drewniane elementy oraz decydując się na wykończenie nawiązujące do szachulca. Szanuję to, bo taniej byłoby po prostu zalać wszystko betonem, najlepiej w obowiązkowym, jakże modnym w Polsce kolorze pomiędzy wściekłą żółcią, a “sraczkowym” brązem. Okazało się również, że ów pan zna się co nieco na meteorologii. Ponoć nad Żuławami zła pogoda zwyczajowo “trzyma dłużej”. Wystarczy jednak przejechać przez rzekę Nogat, żeby mieć szansę zobaczyć słońce i błękit nieba. Tak mówił i miał rację.
Co prawda, pojechaliśmy w zupełnie inną stronę, ale przyznać trzeba, że faktycznie - zła pogoda co prawda nie ustąpiła, ale przynajmniej deszcz przestał padać. Za cel obraliśmy sobie Ornetę, niewielkie i ponoć urocze miasteczko na Warmii.

Do Ornety od dawna chciałem przyjechać, bo wydawało mi się, na podstawie zdjęć znalezionych w sieci, że jest to kolejne “pozytywkowe” miasteczko o urokliwym klimacie oraz przyjemnej architekturze. I tak też było w istocie. Urokliwe “śródmieście” rozciągało się dookoła niewielkiego rynku. Którego centralnym punktem był oczywiście ratusz. Jego historia sięga XIV wieku. Jego gotycki rodowód podkreśla nie tylko fasada z charakterystycznymi szczytami, ale i jego elewacja, czyli tzw. “zendrówka” - błyszcząca od wypalenia, ciemna, cegła ceramiczna. Do budynku przylegają liczne przybudówki, które również sięgają historią głęboko w przeszłość. Niegdyś znajdowały się tam kupieckie kramy, a dziś urzędy.

Dookoła rynku jest zwarta zabudowa, jakże typowa dla teutońskich miast głębokiej prowincji. Nawet najmniejszy ośrodek musiał mieć konkretne, zadbane i reprezentacyjne centrum - nawet jeżeli tuż za nim miałaby się zaczynać dzika pustka. Jakże to inne od naszych miast, szczególnie tych współczesnych. Kamieniczki Ornety są niskie, ale niektóre z nich mają zaskakująco zdobne elewacje. No i arkady, które świadczą o tym, że w przeszłości był to ośrodek, w którym kwitł handel. Kawałek dalej od rynku znajduje się jeszcze jeden zabytek “klasy zero”, czyli gotycki Kościół Świętego Jana. Który jest tak wkomponowany w zabudowę, że praktycznie nie sposób zrobić mu dobrego zdjęcia.

Orneta mi się bardzo spodobała. Szkoda, że na rynku nie działa żaden hotel. Widok z jego okna na ratusz i leniwe życie dookoła, mógłby być zjawiskowy. Acha, wypada też wspomnieć o tym, że parkowanie w centrum jest płatne. Po okolicach krąży pan, od którego można kupić stosowny bilet. Oczywiście, o ile wie się do kogo podejść, z czym turyści, szczególnie tacy jak ja, mogą mieć problem.
***
Na obiad pojechaliśmy do smażalni ryb “Okoń”. Wspominam o tym, ponieważ wizyta w tym miejscu puentuje nasze tegoroczne doświadczenia kulinarne. Nie było tam drogo, ani wystawnie. Ale było smacznie. Jeżdżąc po Polsce można zrozumieć nieustanną popularność “Kuchennych Rewolucji” Magdy Gessler. W tym kraju po prostu jest co rewolucjonizować. Ale my mieliśmy szczęście trafiać do fajnych miejsc. A może to już nie szczęście, a doświadczenie?
Posileni, krążymy po Żuławach i okolicach. Tak to lubię! Szczególnie, że drogi są puste i uważać trzeba bardziej na krowy niż inne samochody. Podrzędnymi drogami zmierzamy do Pochylni Buczyniec, bo chciałem w końcu zobaczyć chociaż skrawek Kanału Elbląskiego. Po drodze oglądamy różne wioski, wsioła i rozrzucone po nich zabytki. Nie ma ich dużo. Nie są spektakularnej urody. Ale muszę przyznać, że mi się podobały, szczególnie, że część z nich wyglądała na zapomnianą przez czas i człowieka.

Do Buczyńca nie docieramy. Po drodze bowiem mijamy inną pochylnię, a na horyzoncie majaczy nam zbliżający się doń statek. Zatrzymujemy się więc, by zobaczyć ten spektakl. No dobrze, ja podziwiam, a Gabriela zajęta była testowaniem swoich nowych, różowych kaloszy na tutejszych kałużach. Pola spała w samochodzie razem ze swoją mamą.
Statek płynący w górę, po zielonej łące to oniryczny pejzaż. Nawet jeżeli jest to obrazek oklepany - w końcu, to jeden z turystycznych symboli naszego kraju. Nie trzeba go wcale widzieć na żywo, by wiedzieć jak wygląda. A jednak, gdy żelazna krypa mija Cię na odległość metra, nie sposób poczuć radości. Szczególnie, że kapitan jednostki “dokazywał”. Wyglądał na gapiów i zagajał nas rozmową oraz głupkowatymi, acz sympatycznymi żartami. “Na Elbląg to dalej prosto?” pytał po polsku i niemiecku, udając, że się zgubił pośrodku zielonych łąk. Śmiechom nie było końca.