Co prawda, pojechaliśmy w zupełnie inną stronę, ale przyznać trzeba, że faktycznie - zła pogoda co prawda nie ustąpiła, ale przynajmniej deszcz przestał padać. Za cel obraliśmy sobie Ornetę, niewielkie i ponoć urocze miasteczko na Warmii.

Do Ornety od dawna chciałem przyjechać, bo wydawało mi się, na podstawie zdjęć znalezionych w sieci, że jest to kolejne “pozytywkowe” miasteczko o urokliwym klimacie oraz przyjemnej architekturze. I tak też było w istocie. Urokliwe “śródmieście” rozciągało się dookoła niewielkiego rynku. Którego centralnym punktem był oczywiście ratusz. Jego historia sięga XIV wieku. Jego gotycki rodowód podkreśla nie tylko fasada z charakterystycznymi szczytami, ale i jego elewacja, czyli tzw. “zendrówka” - błyszcząca od wypalenia, ciemna, cegła ceramiczna. Do budynku przylegają liczne przybudówki, które również sięgają historią głęboko w przeszłość. Niegdyś znajdowały się tam kupieckie kramy, a dziś urzędy.



Dookoła rynku jest zwarta zabudowa, jakże typowa dla teutońskich miast głębokiej prowincji. Nawet najmniejszy ośrodek musiał mieć konkretne, zadbane i reprezentacyjne centrum - nawet jeżeli tuż za nim miałaby się zaczynać dzika pustka. Jakże to inne od naszych miast, szczególnie tych współczesnych. Kamieniczki Ornety są niskie, ale niektóre z nich mają zaskakująco zdobne elewacje. No i arkady, które świadczą o tym, że w przeszłości był to ośrodek, w którym kwitł handel. Kawałek dalej od rynku znajduje się jeszcze jeden zabytek “klasy zero”, czyli gotycki Kościół Świętego Jana. Który jest tak wkomponowany w zabudowę, że praktycznie nie sposób zrobić mu dobrego zdjęcia.

Orneta mi się bardzo spodobała. Szkoda, że na rynku nie działa żaden hotel. Widok z jego okna na ratusz i leniwe życie dookoła, mógłby być zjawiskowy. Acha, wypada też wspomnieć o tym, że parkowanie w centrum jest płatne. Po okolicach krąży pan, od którego można kupić stosowny bilet. Oczywiście, o ile wie się do kogo podejść, z czym turyści, szczególnie tacy jak ja, mogą mieć problem.
***
Na obiad pojechaliśmy do smażalni ryb “Okoń”. Wspominam o tym, ponieważ wizyta w tym miejscu puentuje nasze tegoroczne doświadczenia kulinarne. Nie było tam drogo, ani wystawnie. Ale było smacznie. Jeżdżąc po Polsce można zrozumieć nieustanną popularność “Kuchennych Rewolucji” Magdy Gessler. W tym kraju po prostu jest co rewolucjonizować. Ale my mieliśmy szczęście trafiać do fajnych miejsc. A może to już nie szczęście, a doświadczenie?
Posileni, krążymy po Żuławach i okolicach. Tak to lubię! Szczególnie, że drogi są puste i uważać trzeba bardziej na krowy niż inne samochody. Podrzędnymi drogami zmierzamy do Pochylni Buczyniec, bo chciałem w końcu zobaczyć chociaż skrawek Kanału Elbląskiego. Po drodze oglądamy różne wioski, wsioła i rozrzucone po nich zabytki. Nie ma ich dużo. Nie są spektakularnej urody. Ale muszę przyznać, że mi się podobały, szczególnie, że część z nich wyglądała na zapomnianą przez czas i człowieka.



Do Buczyńca nie docieramy. Po drodze bowiem mijamy inną pochylnię, a na horyzoncie majaczy nam zbliżający się doń statek. Zatrzymujemy się więc, by zobaczyć ten spektakl. No dobrze, ja podziwiam, a Gabriela zajęta była testowaniem swoich nowych, różowych kaloszy na tutejszych kałużach. Pola spała w samochodzie razem ze swoją mamą.
Statek płynący w górę, po zielonej łące to oniryczny pejzaż. Nawet jeżeli jest to obrazek oklepany - w końcu, to jeden z turystycznych symboli naszego kraju. Nie trzeba go wcale widzieć na żywo, by wiedzieć jak wygląda. A jednak, gdy żelazna krypa mija Cię na odległość metra, nie sposób poczuć radości. Szczególnie, że kapitan jednostki “dokazywał”. Wyglądał na gapiów i zagajał nas rozmową oraz głupkowatymi, acz sympatycznymi żartami. “Na Elbląg to dalej prosto?” pytał po polsku i niemiecku, udając, że się zgubił pośrodku zielonych łąk. Śmiechom nie było końca.

