Jedyny minus tego regionu, z mojej perspektywy oczywiście, to fakt, że tutejsze miasta i miasteczka do pięknych się nie zaliczają. A i zabytków nie ma tu zbyt wiele. Oczywiście, można z tym stwierdzeniem dyskutować i pewnie wszelcy miłośnicy Podlasia by mnie zaraz próbowali przekonać w jakim to wielkim błędzie jestem. Ich koronnym argumentem byłby zapewne Tykocin, do którego tego dnia się wybraliśmy.
Kiedyś już w nim byłem. Przez minutę, ale zawsze coś. Jadąc na wesele kolegi, źle skręciłem i wylądowałem na jego pięknym, brukowanym ryneczku. Cmoknąłem z zachwytu i obiecałem sobie, że kiedyś tu przyjadę. No i minęło kilka lat, a ja jestem.


Tykocin to “miasteczko bajeczka”. Tak o nim mówiła Agnieszka Osiecka ponoć, jedna z wielu zakochanych w jego unikalnej urodzie. Która jest wypadkową wielu wpływów i historycznych naleciałości. Najważniejszym punktem miasta jest wzmiankowany rynek, którego jeden z boków wieńczy masywny Kościół Świętej Trójcy. Jest to zabytek barokowy, podobnie zresztą jak cały ład architektoniczny tej części Tykocina. Okoliczne domostwa są niskie i przypominają bardziej szlacheckie dworki niż kamienice. Nic dziwnego, bo miasteczko przez wieki było pod silnym wpływem polskiej magnaterii. Wśród jego starostów znaleźć można takie nazwiska jak Radziwiłł, Zamoyski, Ostroróg czy Chodkiewicz. Z kolei Stefan Czarnecki, w podziękowaniu za zasługi wojenne, otrzymał miasto i jego okolicę na własność. Doczekał się również wielkiego pomnika, który do dziś stoi naprzeciwko kościoła.


Wpływy szlacheckie przez wieki mieszały się tutaj z kulturą żydowską. Przed wojną, Tykocin był bowiem w połowie zamieszkany przez Żydów właśnie. Dzisiaj można odwiedzić tutejszą Synagogę, która szczęśliwie (w przeciwieństwie do swoich wiernych) przetrwała wojnę. Jej okolice z kolei zachowały klimat “małego, żydowskiego miasteczka na Kresach”. W czym z pewnością pomaga to, że wiele uliczek jest w Tykocinie brukowanych kamieniami, a wiele domów ma bielone ściany oraz kontrastujące z nimi, czerwone dachy.




Po Tykocinie pospacerowaliśmy trochę, zaglądając w różne kąty. Miasteczko duże nie jest, ale ma jeszcze sporo do zaoferowania. Jest tu chociażby zamek, czy też wielki, barokowy klasztor, który przypominał mi trochę Amerykę Południową. Może to przez to pogodę. A może przez to, że taki “prowincjonalny” barok kojarzy mi się z Cuencą, Guane, Barricharą czy Villa de Lleyva. Przez długi czas towarzyszył nam lokalny kundel, którego nasze dzieci polubiły i chyba oczekiwały, że zabierzemy go ze sobą. Zjedliśmy dobry obiad w nobliwej restauracji, popatrzyliśmy się na zabytkowy, stalowy most i leniwą rzekę. O takich wakacjach marzyliśmy przez cały rok.


A w drodze powrotnej pojechaliśmy do Majątku Howieny. To skansen, prywatne mini-zoo, restauracja i hotel w jednym. Na sporym terenie jest trochę atrakcji dla dzieci i ciekawostek, takich jak wiejskie domy, wiatraki czy stary wóz straży pożarnej. Byłbym gotów nawet uznać te całe Howieny za interesujące, gdyby nie drobny fakt, że wśród zwierząt znaleźliśmy również małpy. Małpy na Podlasiu. Upchane w małych klatkach. Rozumiem konie, kucyki, kurczaki, krowy czy świniaki. Przymknę oko na wiełbłąda czy tam dromadera. Ale małpy? Miałem ochotę poznać geniusza, który wpadł na taki pomysł. Trochę się zdenerwowałem, podwinąłem nawet rękawy, bo chciałem uścisnąć dłoń temu Januszowi biznesu. Ale ostatecznie uznałem, że jeden incydent i jeden Janusz nie powinien psuć mi spokoju ducha, w jaki powoli na tych wakacjach wkraczałem. Zen kurwa.

