Tego poranka pojechałem zobaczyć dwie pozostałe wsie, które razem z Trześcianką wchodzą w skład “Krainy Otwartych Okiennic”. Nasza wioska jest wśród nich największa, ale i najgłośniejsza, ponieważ przecina ją dosyć ruchliwa droga (ruchliwa oczywiście jak na lokalne standardy). Dwie pozostałe ukryte są wśród pól i lasów, co dodaje im zdecydowanie aury wyjątkowości i tajemniczości. Już samo dotarcie do celu było ciekawym doświadczeniem.

W Socach nie miałem śmiałości, by robić zdjęcia domom, szczególnie, że większość gospodarzy już nie spała i widok obcego, kręcącego się po okolicy, pewnie wzbudziłby ich ciekawość. Już sam fakt, że po szóstej rano na drodze zatrzymał się obcy samochód był powodem dla okolicznych burków do symfonii ostrzegawczego szczekania. Skupiłem więc swoją uwagę na malutkiej, zielonej kapliczce. Rzeczywiście, urocza. Szczególnie w promieniach porannego słońca.

Kawałek dalej były Puchły. Gdzie moją uwagę na dłuższą chwilę przykuła tamtejsza cerkiew. Dla odmiany, niebieska. I chyba jeszcze piękniejsza niż ta w Trześciance. Ma co prawda “zaledwie” sto lat z hakiem, ale powstała w miejscu, gdzie od wieków wznoszono kolejne, drewniane świątynie. Szkoda, że nie trafiłem tu podczas jakiegoś nabożeństwa.


***
Na nas pora. Pakujemy się i ruszamy dalej. Tym razem na Mazury, do Węgorzewa. Trasa zajmuje nam trzy godziny. Mijamy miasta i miasteczka, których jeszcze nigdy nie widzieliśmy. Wszystko przebiega w spokojnej atmosferze. Tak to można podróżować!
Następne kilka dni spędzimy w domku nad jeziorem Święcajty. Teoretycznie, na terenie Ośrodka Wypoczynkowego “Rusałka”, który pachniał schyłkowym PRL-em i przypominał mi jak żywo, odcinek “07 zgłoś się”, w którym Piotr Fronczewski, jako właściciel podobnego miejsca, walczył z lokalną mafią. Domki miały czasy świetności za sobą. Dawna restauracja, gdzie pewnie każdego wieczora odbywał się dancing, już dawno nie istniała. To znaczy istniała w formie schyłkowej rudery. Goście “Rusałki” też trochę przypominali dawne czasy. Piwko, gołe brzuchy, klapki Kuboty i wylegiwanie się na starych leżakach. Na szczęście, nasz domek zlokalizowany był w części ośrodka, którą wydzierżawił lokalny biznesmen. Wszystko w nim było nowe, zadbane, no i oddalone od reszty zabudowań.
Reszta dnia minęła nam na wypoczynku. Pokopaliśmy piłkę, dzieci poskakały na trampolinie. Do jeziora mieliśmy dosłownie pięć kroków. Na wodzie pływały łódki, słońce połyskiwało, odbijając się od jego powierzchni. Nie potrzeba było mi do szczęścia niż więcej niż taki widok. Może i zupełnie zwyczajny, ale na moim etapie życia, niezwykle przyjemny i reklasujący.
