U celu czekała na nas piramida. To drobna, acz bardzo interesująca ciekawostka. Podobnie jak te egipskie, piramida rapska jest grobowcem. Zbudowano ją w 1811 roku dla rodziny lokalnych posiadaczy ziemskich, von Fahrenheidów. Głowa rodziny, baron Friedrich był zafiksowany na punkcie modnej wtedy w Europie egiptologii. Postanowił więc wybudować w swoim majątku własną, w której z czasem spoczęły zmumifikowane szczątki tak jego, jak i rodziny.

Niestety, piramida po wojnie była niezabezpieczona. A przez wiele lat wręcz otwarta i dostępna dla każdego lokalnego obszczymurka. Każdy mógł wejść do środka i sprawdzić co znajduje się w trumnach. Dzisiaj zresztą nadal można tam zajrzeć przez okno. Budowla stoi dzielnie chyba tylko dlatego, że jest niemiecka. A skoro niemiecka, to i pancerna.


Piramida znajduje się na odludziu, co tylko dodaje jej aury tajemniczości. Widziałem ją w dzień, ale nie jestem pewien czy odważyłbym się tam pojechać np. sam, po zmroku. To jej położenie dodatkowo podsyca wszystkie mroczne opowieści z nią związane. Lokalna legenda głosi, że tamtejsze mumie nie mają głów. Obcięli je albo radzieccy sołdaci, albo okoliczne chłopstwo, które po wojnie “polowało na zarazę”. Dochodząc zapewne do wniosku, że zmarli mieszkańcy Rapu są jej winni, należy więc się z nimi rozprawić. Nie wiem czy to prawda czy bujda na resorach. Niewątpliwie jednak, miejsce to ma spory potencjał. Można by tam nakręcić dobry film sensacyjny z domieszką kina grozy. Wymyśliłem nawet zarys scenariusza:
“Mazury, lata 60-te XX wieku. W wielkich miastach gra big-beat, dziewczyny noszą mini, a młody Włodek Lubański strzela kolejne bramki. Zaś kapitan Ryś, niegdyś dobrze zapowiadająca się gwiazda Milicji prosto ze stołecznej Warszawy, zostaje karnie skierowany do pracy w prowincjonalnym komisariacie MO w Gołdapi. Nikt nie wie dlaczego. Każdy jednak widzi, że Ryś znalazł się w niewłaściwym miejscu. Męczy się z lokalnym ciemnogrodem, a smutki topi w alkoholu i bezsensownym romansie z lokalną dziewczyną. Coś się zmienia, gdy przypadkowo trafia na trop przerażających i krwawych zbrodni, które prowadzą go prosto do Piramidy w Rapie. Jego początkowy sceptycyzm, pogarda wobec ludności lokalnej i cynizm cechujący wszystkie jego działania, zaczyna chwiać się w posadach, gdy rozumie, że przyszło mu stawić czoła z siłą pochodzącą spoza tego świata”.
Nie wiem, może taki film już powstał, tylko zniknął gdzieś w odmętach. Dla mnie - brzmi jak potencjalny hit, łączący rozrywkę i bezpieczną sztampę z nieco głębszymi przemyśleniami i szansą na jeden czy dwa mocne “twisty”. Kto wie, może kiedyś zabiorę się za realizację tego pomysłu?
***
Po Rapie pojechaliśmy do samozwańczej Republiki Ściborskiej. To ogromny, prywatny teren, na którym znajduje się skansen, muzeum, festiwal dziwactw oraz mnóstwo zwierząt, w tym hodowla psów husky i malamutów. Miejsce powołał do życia były nauczyciel z Giżycka, który zamienił wygodę miasta na trudy wsi. Dzisiaj każe się nazywać Biegnącym Wilkiem. Zajmuje się jeżdżeniem na psich zaprzęgach (ponoć z sukcesami) oraz organizacją m.in. ferii letnich dla synów oraz ojców. Ponoć to fajna sprawa, jadąc na miejsce, spotkaliśmy zresztą “turnusowiczów”, którzy wypakowywali z samochodu manatki, przygotowując się do tygodnia spędzonego w namiocie. Podziwiam i trochę zazdroszczę.


W Republice oglądamy psy, odwiedzamy też muzeum, gdzie Biegnący Wilk zgromadził imponującą kolekcję indiańskich przedmiotów. Skóry, łuki, buty, narty, czółna i tak dalej i tak dalej. Oprowadzająca nas pani uznała za punkt honoru to, by nam to wszystko pokazać i dokładnie opowiedzieć co do czego służy. Słuchaliśmy grzecznie, chociaż nasze dzieci nudziły się okropnie. Moja żona również. I ja niestety też.

Jakby tego było mało, odwiedziliśmy też ekspozycję dedykowaną Marii Rodziewiczównie, autorce książki “Lato leśnych ludzi”. Pamiętam tą pozycję z półki w domu mojej babci na Bielanach. Nigdy jej ostatecznie nie przeczytałem, bo zawsze miałem jednak coś ciekawszego pod ręką. Za to Biegnący Wilk zrobił to pewnie ze sto razy i w ramach zachowania o niej pamięci, zebrał imponujący zbiór pamiątek z nią związanych. A w planach ma kolejne przedsięwzięcia, w tym rekonstrukcję domu z tejże książki. Podziwiam tą pasję i ją szanuję. A Republika Ściborska przypomniała mi mój krótki, ale burzliwy epizod harcerski. Myślę, że odwiedzające to miejsce dzieciaki przeżywają tu wspaniałe chwile, które zapamiętają na długo. Podobnie jak i ja pamiętam swój jeden, jedyny wyjazd na obóz.

Wyjazd na północne rubieże puentujemy w Baniach Mazurskich. Ciekawa to osada. Dookoła las i pustki, tymczasem w tej wiosce znaleźć można kilka naprawdę przyzwoitych sklepów, niezłą knajpę i do tego, słynną na pół kraju lodziarnię, gdzie zjedliśmy naprawdę niezłe, domowe lody. Sam obiad był jednak nieco przereklamowany, moje kartacze z mięsem smakowały bowiem rybą. Dzieci to w ogóle nie chciały nic zjeść, a sąsiedztwo ze stolika obok było pijane i klęło jak szewc. Mimo to, eskapadę na północne rubieże Polski należy uznać za wyjątkowo udaną. Podobnie zresztą jak cały pobyt na Mazurach. Kolejnego dnia bowiem jechaliśmy dalej.
