
Do tego, na Mazowszu jest sporo drewnianych kościołów oraz dzwonnic, które stanowią osobną i już zupełnie nieznaną nikomu normalnemu, atrakcję. Swego czasu odwiedziłem kilka z nich i myślę sobie, że za pewien czas ktoś wpadnie na pomysł, by wypromować tą trasę i zrobić z niej wabik na tych wszystkich aktywnych mieszkańców pobliskiej stolicy, którzy w weekendy nie mają co robić. Kto wie, może to powinienem być ja?


Wspominam o tym, ponieważ istnieje duże prawdopodobieństwo, że ten blog z czasem zamieni się w miejsce, gdzie będę relacjonował emocjonujące życie działkowicza. To jednak odległa przyszłość, bo póki co, moja ziemia jest kawałkiem dzikiej natury, a mi niespieszno by ją okiełznać.
***
Wspominam o tym także dlatego, że pod koniec czerwca pojechaliśmy na kolejny weekend do Szkockiego Rancza, które jest położone niedaleko moich włości. Dojazd na miejsce był rozkoszą. Godzina i już na miejscu! Żona i dzieci nie posiadały się z zachwytu. Cały pobyt zresztą był miły. Sęk w tym, że trudno się nad nim specjalnie rozwodzić, ponieważ przez cały czas po prostu odpoczywaliśmy. Wyszliśmy poza bramę rancza tylko raz - po coś do samochodu.


Chociaż trochę się nudziłem, to nie narzekałem. Po pierwsze dlatego, że wykupiliśmy nocleg z posiłkami, a karmiono nas dobrze i często. Przez cały weekend mieliśmy “swój” stolik, gdzie podawano nam posiłki. Ranczo chwali się, że jest jedynym miejscem, gdzie dostać można wołowinę szetlandzką z własnej hodowli. Nie znam się, ale smakowało, podobnie jak inne frykasy.

A tak, to nie robiliśmy nic. Czas spędziliśmy na placu zabaw i koło basenu, gdzie leżeliśmy na trawie. Chcąc odmiany, szliśmy oglądać konie. Ania, jak to Ania, szybko nawiązała kontakt z obsługą, dzięki czemu dowiedziała się więcej na temat funkcjonowania tego obiektu. Generalnie, jest on skupiony na obsłudze spotkań biznesowych. Dla gości prywatnych, otwiera się raz na jakiś czas. I za jakiś czas z chęcią tam jeszcze przyjedziemy, bo Szkockie Ranczo okazało się miejscem, do którego, zdecydowanie, warto wracać.
