niedziela, 2 lipca 2017

30.06-02.07, Szkockie Naruszewo

Jakiś czas temu zanabyłem ziemię niedaleko Naruszewa. Mazowsze Północne, czasem zwane też historycznym, chwyciło mnie od razu za serce. Co prawda, jest to teren rolniczy, ale ziemia jest tu lekko pofałdowana, a uprawy sąsiadują z gęstymi lasami. Nie ma tam wiele zabytków, ale po dokładnej analizie, okazuje się, że jednak jakieś można znaleźć. Przede wszystkim, Czerwińsk nad Wisłą, czyli Klasztor Kanoników wraz z kościołem. To zabytek unikalny w skali kraju, bo jeszcze romański, a do tego, świetnie zachowany. No i trochę zapomniany, chociaż z Warszawy można tu dotrzeć w godzinę. Pojechałem tam kiedyś i byłem jedynym zwiedzającym, pomimo pogody i zbliżających się wielkimi krokami wakacji.

Do tego, na Mazowszu jest sporo drewnianych kościołów oraz dzwonnic, które stanowią osobną i już zupełnie nieznaną nikomu normalnemu, atrakcję. Swego czasu odwiedziłem kilka z nich i myślę sobie, że za pewien czas ktoś wpadnie na pomysł, by wypromować tą trasę i zrobić z niej wabik na tych wszystkich aktywnych mieszkańców pobliskiej stolicy, którzy w weekendy nie mają co robić. Kto wie, może to powinienem być ja?


Wspominam o tym, ponieważ istnieje duże prawdopodobieństwo, że ten blog z czasem zamieni się w miejsce, gdzie będę relacjonował emocjonujące życie działkowicza. To jednak odległa przyszłość, bo póki co, moja ziemia jest kawałkiem dzikiej natury, a mi niespieszno by ją okiełznać.

***

Wspominam o tym także dlatego, że pod koniec czerwca pojechaliśmy na kolejny weekend do Szkockiego Rancza, które jest położone niedaleko moich włości. Dojazd na miejsce był rozkoszą. Godzina i już na miejscu! Żona i dzieci nie posiadały się z zachwytu. Cały pobyt zresztą był miły. Sęk w tym, że trudno się nad nim specjalnie rozwodzić, ponieważ przez cały czas po prostu odpoczywaliśmy. Wyszliśmy poza bramę rancza tylko raz - po coś do samochodu.


Chociaż trochę się nudziłem, to nie narzekałem. Po pierwsze dlatego, że wykupiliśmy nocleg z posiłkami, a karmiono nas dobrze i często. Przez cały weekend mieliśmy “swój” stolik, gdzie podawano nam posiłki. Ranczo chwali się, że jest jedynym miejscem, gdzie dostać można wołowinę szetlandzką z własnej hodowli. Nie znam się, ale smakowało, podobnie jak inne frykasy.

A tak, to nie robiliśmy nic. Czas spędziliśmy na placu zabaw i koło basenu, gdzie leżeliśmy na trawie. Chcąc odmiany, szliśmy oglądać konie. Ania, jak to Ania, szybko nawiązała kontakt z obsługą, dzięki czemu dowiedziała się więcej na temat funkcjonowania tego obiektu. Generalnie, jest on skupiony na obsłudze spotkań biznesowych. Dla gości prywatnych, otwiera się raz na jakiś czas. I za jakiś czas z chęcią tam jeszcze przyjedziemy, bo Szkockie Ranczo okazało się miejscem, do którego, zdecydowanie, warto wracać.