czwartek, 20 lipca 2017

20.07, Miasto, gdzie trzeba mieć ze sobą długopis

Pobudka przed szóstą rano. Te dzieci nie mają dla nas żadnej litości. Z domku wychodzimy dopiero koło 11-tej, czyli, po pięciu godzinach na nogach. Tak wygląda życie młodego rodzica, gdyby ktoś zapomniał, albo był ciekawy.

Okolice Węgorzewa to chyba nadal mój ulubiony kawałek Mazur. Samo Węgorzewo jest okropne, a może po prostu, nieciekawe. Ale im dalej, tym lepiej. Drogi są piękne i często, nawet w sezonie, zupełnie puste. Atrakcji wszelakich dookoła jest mnóstwo. Począwszy od pozostałości po II WŚ, poprzez urodziwe ośrodki miejskie, kończąc na atrakcjach dla dzieci. Już nie wspominając o najważniejszym, czyli przyrodzie i jeziorach.

Pojechaliśmy najpierw do Mazurolandii. Już tam kiedyś byłem z Gabrielą i trochę żałowałem, że nie posłuchałem siebie sprzed lat. Zapamiętałem, że to miejsce drogie, tandetne, wypchane bylejakością, a co najgorsze, chyba zlokalizowane na jakiejś żyle wodnej. Bo zarówno ja, jak i dzieci dostały w tym miejscu szału. Mnie wszystko denerwowało. Jedyne co mi się tam podobało, to kolekcja z czasów II WŚ. Z kolei Gaba i Pola nie chciały się niczym bawić, chociaż do wyboru było mnóstwo atrakcji idealnie dla nich skrojonych. Więc może napiszę to sobie jeszcze raz - nigdy więcej do Mazurolandii.


Potem pojechaliśmy do Kętrzyna, na obiad do “Kardamonu”. Nawet dobry. Samo miasto lubię. Nazywam je “miastem, gdzie trzeba mieć ze sobą długopis”. Oczywiście po to żeby wypełnić bilet parkingowy. System jest komiczny. Specjalne bilety, warte złotówkę, kupić można w wybranych sklepach. Na przykład, w sklepie z częściami motoryzacyjnymi. Trochę śmieszne. A trochę jednak bezsensowne, szczególnie, że można informację o strefie płatnego parkowania dosyć łatwo przeoczyć.


Pospacerowaliśmy sobie trochę. Zrobiliśmy drobne zakupy, w tym książkowe, bo w Kętrzynie jest fajna księgarnia. Podczas wakacji lubię zaglądać do takich właśnie lokalnych przybytków. Czasem można tam znaleźć prawdziwe rarytasy, szczególnie takie traktujące o okolicy i jej historii. Zobaczyliśmy Zamek, Kościół św. Jana, czyli naczelne kętrzyńskie zabytki. Szczególnie ten pierwszy mi się podoba. Jest ładnie położony, bo na łagodnym wzniesieniu. Jest wkomponowany w okoliczną zabudowę oraz zieleń, która w lato pięknie kontrastuje się z ciemną czerwienią jego cegieł. Nie jest duży, ale całkiem dobrze zachowany. Oczywiście, jak na swoją historię, bo przez wieki nieprzesadnie o niego dbano. Znajdowały się tu chociażby … mieszkania. Dzisiaj Zamek tętni życiem. Mieści się w nim muzeum, biblioteka. Odbywa się na nim wiele imprez, np. Jarmark Średniowieczny, na który przypadkowo trafiliśmy.




Wracając do Węgorzewa, zatrzymaliśmy się na lokalnym kąpielisku. Dzieci pluskały się w wodzie, ja czytałem książkę. Miłe miejsce, chociaż przekrój gości przeróżny. Od dresiarzy, do emerytów, do tego, z silną reprezentacją lokalnej żulerki, która pociągała z butelki, paliła papierosy i patrzyła się tępo przed siebie. Acha, pachniało mi tam ciągle kupą. Tajemnica źródła tego zapachu została niestety nierozwiązana.