***
W pierwszej kolejności ruszyliśmy na Podlasie. Trasa nie była długa, na miejsce dotarliśmy po nieco ponad trzech godzinach. Kiedy minęliśmy Białystok, wjechaliśmy w prawdziwą, kresową prowincję, która szybko przypadła mi do gustu. Była zielona, pusta i przetykana małymi, zaskakująco zadbanymi wioskami. My zatrzymaliśmy się w jednej z najpiękniejszych z nich - Trześciance.
Mieliśmy do dyspozycji całe piętro w domu. Łącznie chyba z pięć, albo sześć pomieszczeń. Do tego balkon, w pełni urządzona kuchnia, no i jeszcze wanna w łazience. Wstyd się przyznać, bo to takie nieekologiczne, ale wolę wanny od pryszniców, szczególnie w gorące dni. W ośrodku mieszkali też inni goście, ale nie wiemy kto dokładnie, bo nie wchodziliśmy sobie zupełnie w drogę. Właścicielka też była prawie nieobecna. Kupowaliśmy od niej codziennie świeże jajka, a poza tym, w ogóle się nie widywaliśmy. Wszystko było super, poza jedną, wcale nie taką drobną rzeczą, jaką była wielka, kurza ferma tuż obok nas. Śmierdziało z niej potwornie, chociaż gospodyni zaklinała rzeczywistość, przekonując, że to tylko dlatego, że pogoda jest zmienna. Ponoć w takie dni zapachy są intensywniejsze. No nie wiem, przez cały pobyt śmierdziało nam tak samo. Czasem przestawało, gdy wiatr wiał w innym kierunku, ale kiedy się zmieniał, dostawaliśmy po nozdrzach z powrotem. Nie byliśmy się w stanie do tego przyzwyczaić, na całe szczęście, do domu ten agresywny smród nie docierał. Ale śniadanie na balkonie nie wchodziło w grę.

Fakt, że nie jechaliśmy daleko, miał swoje zalety. Dotarliśmy do celu bowiem stosunkowo wcześnie, mieliśmy czas pobawić się na placu zabaw, popatrzeć na zwierzęta (na widok, których, Pola dosłownie wyskakiwała ze strachu ze swoich sandałków). A także, pojechać na obiad do Hajnówki czy też pójść na popołudniowy spacer do wsi.
Trześcianka to wieś staroruska, z dosyć długą historią i zabytkową, zwartą zabudową, która rozciąga się po obu stronach ulicy. Domy stoją frontami do jezdni, można więc w pełni podziwiać ich urodę. A ta jest niezwykła. Każdy dom jest nie tylko pomalowany w żywe, kontrastujące barwy, ale i ma finezyjne zdobienia okiennic. Widać, że w przeciwieństwie do wielu regionów Polski, tu się naprawdę dba o swoje obejście. Jest może skromnie, ale również czysto, schludnie i z poszanowaniem otoczenia.

Najważniejszym zabytkiem wsi jest XIX wieczna cerkiew. Pomalowana w kolor zielony, którego tonację określiłbym jako “koraniczną”. Takie bowiem skojarzenia we mnie budziła. Niestety, świątynia była zamknięta na cztery spusty, więc musiało wystarczyć mi podziwianie jej z zewnątrz. W pełnym słońcu, na tle błękitnego nieba prezentowała się magicznie. W tym momencie poczułem, że jestem na wakacjach i zapomniałem, że do Warszawy jest stąd zaledwie 200 km z hakiem. Trześcianka jest zresztą w pełni świadomą swej urody. Znajduje się na kilku szlakach turystycznych. Poczynając od szlaku architektury drewnianej, przez szlak bociani, szlak cerkiewny, kończąc na najnowszym pomyśle, jakim jest “Kraina Otwartych Okiennic”.

Spacerując wzdłuż drogi obserwowaliśmy otoczenie, ale i byliśmy pod obserwacją. Dla nielicznych mieszkańców również byliśmy atrakcją. Szczególnie, że cała nasza czwórka jest jednak trochę cudaczna, a innych turystów tego popołudnia nie było. W Trześciance mieszka około 200 osób. W większości są to “tutejsi”, czyli, upraszając, Białorusini. Którzy mówią “po swojemu”, czyli trochę po polsku, trochę po białorusku. Ale tak naprawdę, to są po prostu “stąd” i podziały etniczne, wydumane gdzieś w Mińsku czy Warszawie, klasyfikują ich trochę w wymuszony sposób.

Znajdowaliśmy się zresztą na terenie Gminy Narew, która zalicza się do nielicznej grupy tych, w których ludność polska jest w mniejszości. Brzmi poważnie, ale prawda jest taka, że mowa o dwóch tysiącach osób. Których średnia wieku jest niebotycznie wysoka i których z roku na rok ubywa. I pewnego dnia, zupełnie zniknie, albo skurczy się do wąskiego grona kilkuset osób, skazanych na zagładę przez nieubłagane prawa demografii. Te etnologiczne dywagacje zajmowały mi głowę pierwszego dnia naszych kolejnych, wielkich wakacji. Tak właśnie lubię!
