
Nie uderzając w przesadnie pompatyczne tony, te kilka dni spędzonych na wybrzeżu Zalewu Wiślanego, to było istne katharsis. Zagrało wtedy wszystko. Pogoda była idealna. Ludzi dookoła nas nie było dużo. Okoliczne restauracje były w formie, serwując nam naprawdę sensowne posiłki. Mieliśmy czas dla siebie, na lenistwo, spacery, a nawet, na zwiedzanie. Półroczna Gabriela nagle zrobiła się spokojna i mniej rozbeczana. No i sam Frombork okazał się ciekawym połączeniem historii, prowincji, zapomnienia i mocno przykurzonej, nieco tajemniczej nobliwości. Nie bez znaczenia było również to, że jest to miasto położone na nieoficjalnym szlaku “Pana Samochodzika”, czyli serii książek, do których w latach wczesnej młodości, miałem słabość.
***
Jako, że od naszego folwarku do Fromborka nie było daleko, postanowiliśmy więc odwiedzić go ponownie. Po śniadaniu zapakowaliśmy się do samochodu i ruszyliśmy przed siebie. Wiadomo, że czasem jest tak, że lepiej dobrych wspomnień nie ruszać. Istnieje bowiem ryzyko, że po latach, okażą się one rozczarowaniem, w sumie niegodnym wszelkich sentymentalnych ochów i achów. Jednak w tym przypadku, nie było mowy o takim rozczarowaniu. Bo Frombork po trzech latach, nadal pachniał mi wakacjami. Lubię ten zapach.

Ryneczek chyba nawet wyremontowano tu i ówdzie. Tamtejsza fontanna działała, z czym przed kilku laty, miała chyba problem. Dawne kino Fregata nadal nie wie czy ma się zamienić w ruinę czy może poczekać jeszcze na wybawcę w postaci sklepu czy też restauratora. Acha! Knajp trochę przybyło, bo i ludzi zrobiło się jakby więcej na ulicach. Chociaż to może “wina” turystów z Krynicy Morskiej, którzy codziennie tu przypływają w poszukiwaniu alternatywy do plażowej nudy drugiego brzegu Zalewu Wiślanego.

Odwiedzamy kawiarnię położoną na parterze zabytkowej wieży wodnej. Pewne rzeczy się z pewnością tu nie zmieniają. Podobnie jak przed laty, obserwuję właściciela przybytku, który osobiście nagania turystów. Kusząc ich zarówno słodyczami, jak i możliwością wejścia na szczyt budynku. Trochę mu współczuję, bo przez całe dnie musi cierpliwie znosić odpowiedzi tłuszczy, wśród których zdaje się, że dominują tacy co nigdy nie byli w muzeum, a co więcej, nie byliby w stanie nawet tego słowa poprawnie przeliterować. “Panie, 5 zł za wchodzenie po schodach? To ja sobie w domu za darmo powchodzę” - mam wrażenie, że tego typu odzywki słyszałem zarówno tego dnia, jak i kiedyś najczęściej.

***
Po Fromborku odwiedzamy Elbląg. Gdzie w pierwszej kolejności jemy obiad w restauracji pełnej bieli. Jej ściany zdobiły zdjęcia - pamiątki po rozlicznych gościach tego miejsca. Wśród nich, same sławy pokroju trzeciej siostry ciotecznej Justyny Steczkowskiej, albo klawiszowca, który znał ze słyszenia klawiszowca grającego razem ze Stachurskym. Nie dziwne, że nam smakowało!
Sam Elbląg zaś okazał się ciekawym, chociaż pełnym sprzeczności miastem. II WŚ obeszła się z nim brutalnie. W okolicach dawnego rynku ocalało zaledwie sześć kamienic. Gruzy posłużyły zaś do odbudowy stolicy. Z całej dawnej zabudowy pożogę przetrwało jeszcze trochę zabytków, w tym kilka gotyckich perełek, takich jak Katedra Św. Mikołaja czy Brama Targowa. Przez całe dekady PRL-u, śródmieście Elbląga było jednym wielkim pustostanem. Były plany żeby zapełnić tą wyrwę zabudową blokową, ale szczęśliwie, zabrakło na to środków. Z czasem, lokalne władze zaczęły dojrzewać do rewitalizacji miasta. Dziś Elbląg jest dosyć rzadkim w Polsce przykładem tzw. retrowersji. Czyli odbudowy, która jest zgodna z historyczną jedynie w ogólnych założeniach przestrzennych i w której wykorzystuje się współczesne metody budowlane. Efektem jest zabudowa, która stylistycznie nawiązuje do zabytkowej, ale nie jest ich wierną kopią, a jedynie, jej luźną zazwyczaj “wariacją”. Na retrowersję często się narzeka, szczególnie, że jest ona polem do popisu dla wszelkiej maści beztalenci, którzy zajmują się współczesną architekturą. Zdarza się więc, że efektem końcowym jest pastelowa tandeta, wypełniona zbędnymi detalami i miszmaszem stylistycznym. W Elblągu całość jednak wygląda nawet sensownie. To znaczy, można po tym mieście spacerować i czuć się w nim dobrze. Oko oczywiście trzeba przymykać, ale wcale nie częściej niż w innych miejscach naszego pięknego, acz sponiewieranego historią, kraju.




