niedziela, 26 czerwca 2011

Mały Paryż daleki od dawnej formy

Mały Paryż daleki od dawnej formy

Tym razem trafiamy do pociągu, który pachnie czystością. Jesteśmy niemal sami w całym wagonie. Kilka godzin podróży do Bukaresztu mija nam przyjemnie i lekko. Wspomnienia nieco chwytają za gardło, szczególnie, że trasa wiedzie przez Braszow oraz Sinaia. W obu przypadkach z wielką chęcią byśmy wysiedli, by pobyć w tych miejsach jeszcze chociaż jeden dzień. Niestety, następnego dnia o tej porze będę już siedział w swoim biurkowym holocauście, a urlop kończy się nieodwołalnie.


Bukareszt ma opinię miasta brzydkiego i nijakiego. W rankingu stolic wartych zobaczenia, konkuruje z naszą Warszawą czy Podgoricą, czyli, pisząc oględnie, jest uważany za miejsce mało atrakcyjne. Nie jest to do końca opinia słuszna. Czy wiecie, że stolica Rumunii to dziewiąte pod względem liczby ludności miasto w Europie? Czy wiecie, że przed wojną (a raczej przed realizacją zapędów Towarzysza Nicolae) porównywano jego urodę do Paryża? Z dawnego blasku wiele nie zostało, ciągle jednak miniona uroda przebłyskuje pośród betonu i szarości... A wszelkie porównania do Warszawy, mimo iż ją przecież kocham miłością bezwzględną, są jednak nie na miejscu. Nasza stolica, w porównaniu do rumuńskiej, to mała, spokojna mieścina. Bukareszt jest monumentalny i czasami potrafi przytłoczyć nawet kogoś kto pokochał chaos Bangkoku...

Nasz hostel to przedziwne miejsce. Pisząc wprost, całość wygląda jak burdel. Malutka klatka schodowa wyścielona jest czerwoną tkaniną, nasz pokój pomalowany jest w gwiazdki, mamy także prysznic w którym... nie ma drzwi. Wszystko wygląda dziwnie (łącznie z obsługą), ale jest czysto i blisko śródmieścia. I tak spędzimy tutaj kilkanaście godzin, więc nie narzekamy, tylko zostawiamy graty i idziemy „zwiedzać”.

Kiedy w latach 80-tych Ceausescu udał się w jedną ze swoich niezliczonych podróży zagranicznych, nikt nie spodziewał się jakie zmiany ona ze sobą przyniesie. Fama głosi, że po wizycie w Korei Północnej, dyktator pozazdrościł swojemu azjatyckiemu odpowiednikowi i postanowił kompetnie przebudować stolicę kraju w stronę socrealistycznego monumentalizmu. W ten sposób powstała koncepcja Pałacu Ludowego (dzisiaj to Pałac Parlament), czyli drugiego największego budynku świata zaraz po Pentagonie. Na potrzeby jego oraz przyległości (m.in. szerokiej reprezentacyjnej areny jaka do niego prowadzi) wyburzono ogromne połacie starej zabudowy. Miasto już nigdy nie podniesie się z tej rany jaką mu zadano z rąk tego szalonego człowieka, który zniszczył więcej niż wojna czy kataklizmy naturalne.



Obecnie jest to spora atrakcja turystyczna, ale my podziwiamy ją jedynie z poziomu przechodnia. Zabudowa robi wrażenie, a z drugiej strony, wystarczy jedynie przyjrzeć się okolicznej dzielnicy, żeby zobaczyć jak zapuszczona ona jest. Z niegdyś równych i eleganckich chodników wyrastają kępki trawy.

Wysokie, eklektyczne bloki, gdzie niegdyś mieszkali „zaufani” systemu, pokryte są patyną brudu, a ich elewację zdobią puszki klimatyzatorów, anteny i sznury z praniem. Doliczyliśmy się dziesiątek fontann, ale tylko niektóre z nich nadal były czynne. Wszystkie metalowe części były brązowe od rdzy.


Ostały się jednak i resztki owego „Małego Paryża”. Spacerując po dzielnicy Lipscani robi się nam żal, że tak niewiele z niego zostało. Są tu piękne, potężne kamienice, miłe zakątki, wąskie uliczki i zagubione, miniaturowe obiekty sakralne. Najwięcej jest jednak wszelakich knajp. Tak naprawdę, dzielica to jedna wielka knajpa i imprezownia.





Ceny rzucają nas na łopatki. Zapewne źle trafialiśmy, ale te nieliczne menu, które były wystawione przed wejściami, onieśmielały nas, przypominając nam nasze miejsce w szeregu.

Każdy kto w Bukareszcie kiedykolwiek był, zawsze ma to samo pytanie. Czy skończyli już remonty? Co druga ulica w Lipscani jest rozkopona do żywego. Podobnie z budynkami. Niektóre nadal straszą zdewastowanymi elewacjami, pustymi okiennicami, podczas gdy inne są właśnie wykańczane, by stać się kolejną restauracją czy barem. Remontowy front idzie powoli i zapewne następna dekada upłynie również pod jego znakiem.


Bukareszt podoba nam się, ale i szybko męczy. Przejście przez szerokie aleje nie jest łatwe, czekamy zawsze na światła długo, a samochody jadą, jadą i jadą. Architektura przytłacza człowieka, co jest immamentną cechą każdej post-komunistycznej stolicy. Wszystko po to byśmy poczuli się mali i nieważni, zdominowani przez wszechobecną, potężną władzę. Teraz, gdy surowe oblicza budynków zdobią kolorowe reklamy, ta groźba wydaje się odległa. Jak jednak żyło się tutaj jeszcze w latach 80-tych?

Na pożegnanie z Rumunią trafiamy do przemiłego miejsca.

Caru cu bere to powstała jeszcze w XIX wieku restauracja, która jest obowiązkowym punktem dla każdego, szanującego się bądź nie, turysty. Wnętrze jest ogromne, pochodzące sprzed wieku i panuje w nim ogromny zgiełk typowy dla podobnych, niemieckich jadłodajni. Obsługa ubrana jest w ludowe stroje, które w przypadku kobiet uwydatniają przepastne biusty, zaś z mężczyzn robią pospolitych głupków w przyciasnych spodniach na tyłkach. Co chwila na środek wychodzi zespół muzyczno-taneczny, który nie tylko przygrywa dla lepszego trawienia, ale i zaprasza gości do wspólnych harców na parkiecie. Chętnych nie brakuje... Jemy ostatnie posiłki, ostatnie tłuste zupy i w ten oto sposób, kończy się nasza przygoda z Rumunią. Oboje mamy przeświadczenie, że być może, jeszcze tu wrócimy, bo miejsce jest piękne, a my ledwie musnęliśmy końcówkami palców jego rozliczne sekrety. No dobrze, ja tak myślę, a Ania cierpliwie potakuje głową marząc o plażach, słońcu i drinkach z palemkami...

sobota, 25 czerwca 2011

Deszcz

Deszcz

Leje. Jak nie leje – pogoda robi sobie przerwę, by za chwilę rozpocząć kolejną porcję deszczu. Mżawka nam nie przeszkadza (no dobrze, mnie nie przeszkadza), ale nieco utrudnia wałęsanie się po mieście. W tych krótkich chwilach, kiedy wychodzi słońce, Sibiu w jednej chwili zyskuje na urodzie. Po chwili jednak niebo zakrywają chmury i znowu robi się szaro, ponuro i depresyjnie. Nam jednak i tak się podoba, szczególnie tam, gdzie nadal jest nieco brudno i chaotycznie. Zwiedzamy uparcie wszelkie zakątki i co jakiś czas siadamy w tej czy innej knajpce. Tak nam głównie mija cały dzień – znowu jest spokojnie i nieco leniwie.




Rano w naszym hostelu czeka nas „ekologiczne” śniadanie. Składało się na nie mleko oraz płatki śniadaniowe złożone z różnych dziwnych kruszonych różności. Zabawne jest to, że po owym posiłku odbijało nam się bezczelną, tłustą ... kiełbasą. Niezbadane są wyroki ekologii!

Wchodzimy na wieżę Ratusza i kolejny raz mamy okazję podziwać rozległą panoramę miast Transylwanii. Powtarza się to samo co wcześniej. Urbanistyczna tkanka urywa się w oddali niczym przecięta nożem. Dzika natura jest tuż za murami miasta.


W te ciepłe dni sprawia wrażenie spokojnej i uśpionej. Jakże inaczej to wszystko musi się prezentować jesienią czy srogą zimą. Jest w transylwańskich miastach coś specyficznego. Coś w rodzaju ukrytego strachu, niepewności podszytej niepokojem. Będąc w ich murach człowiek odczuwa ulgę i chwilowe bezpieczeństwo. Ale natura zerka na niego cały czas, ma go na oku i tylko czeka aż opuści on ten samotny matecznik cywilizacji. A może to tylko moja wyobraźnia podpowiada mi takie obrazy, przywołując w pamięci klisze z niezliczonych „wampirycznych” filmów?

Spotykamy „znajomych” ludzi. Jeszcze w Sinaia wypatrzyliśmy dwójkę Szwedów, którzy robili zdjęcia swojej kukiełce przebranej za wampira. Podążamy tą samą trasą i w każdym kolejnym mieście mamy z nimi styczność. „Naszego” Japończyka już jednak nigdzie nie widać. Znając tempo zwiedzania, równie dobrze może być już w Wiedniu, Paryżu a może nawet w domu. Odnotowujemy także jedną ciekawostkę. Jeszcze dzień wcześniej zaczepiło nas romskie dziecko. A raczej, wydawało nam się, że romskie. Po bliższemu przyjrzeniu, okazało się, że chłopak był czarny niczym murzynek Bambo. Czarnoskóry cygan? W Rumunii nic nas już nie zdziwi...




Deszcz dyktuje nam co mamy robić i gdzie jeść. Decydujemy się posiedzieć w restauracji obok naszego lokum. Stać nas na zupę, wypijamy piwo (no dobrze, ja wypijam). Puszczamy wodze fantazji. Gdybyśmy założyli własny biznes w takiej Sighisoarze, to jakby on wyglądał? Nieco już zwiedziliśmy świata, więc wiemy co ludzie mniej więcej cenią szczególnie w hostelach. Nasz byłby w pełni „wampiryczny”. Już nie mówiąc o własnej knajpie, pełnej czosnkowych dań i z kelnerami w pelerynach Księcia Ciemności. Rozmarzamy się nieco, bo nagle zaczyna nam się wydawać, że znaleźliśmy niszę. Ale chyba ktoś inny ją pewnego dnia zapełni – nas nie stać.
Pakujemy się wieczorem i po spokojnym dniu dociera do nas, że to prawie koniec wakacji. Na finał pozostała nam długa droga do stolicy i pół dnia na zwiedzanie Bukaresztu.

piątek, 24 czerwca 2011

Cygański pociąg do Sibiu

Cygański pociąg do Sibiu

Rano, zgodnie z zapowiedzią, zrywam się z łóżka i w samotności zwiedzam Cytadelę skąpaną w porannym słońcu. Pięknie tu i naprawdę żal wyjeżdżać, mimo iż obojgu nam się już zdążyło to miejsce porządnie wynudzić. Kilkadziesiąt metrów od rynku, z dala od „centrum”, a blisko murów, jest nieco domów do sprzedaży. W różnym stanie, czasem porządnie zniszczone, a niektóre nawet dobrze utrzymane. Gdyby tak mieć pieniądze, kupić jeden z nich i zrobić w nim własną restaurację czy hotel? Marzenia.


Do tej pory chwaliliśmy sobie tutejsze koleje. I rzeczywiście mieliśmy ku temu powody. Bilety kosztowały nas co prawda sporo – porównywalnie do cen polskich, ale jakość i punktualność wybijały się wyraźnie ponad szarzyznę PKP. Gdzieś na peronach, jakby ukryte wstydliwie przed światem widzieliśmy jednak inne oblicze rumuńskich pociągów. Niektóre z nich przypominały żywcem widoki rodem z Półwyspu Indyjskiego (gdzie nigdy nie byliśmy), tudzież z Tajlandii (gdzie owszem, byliśmy). Wtaczały się z hałasem na stacje z otwartymu drzwiami, z których wystawali ludzie. Po chwili wysypywała się z nich kolorowa ciżba, opatulona pakunkami i z gromadami dzieci pod pachami. Ot, cygańskie pociągi. Tego dnia przyszło nam skosztować i owej ciemnej strony. Bilet do Sibiu kosztował grosze, bo około 10 złotych. Pani w okienku wskazuje nam stojący na stacji odrapany skład pamiętający chyba jeszcze czasy młodości towarzysza Ceausescu. W środku jest nie lepiej. Wszystko lepi się od brudu, to co można było zniszczyć zostało zniszczone, to czego się nie dało, uszkodzono w granicach możliwości. Ania, na wszelki wypadek, przez całą drogę stara się nie opierać ciałem o fotele, w których poszyciu aż słyszymy jak hałasują biliardy bakterii mających na nas ochotę. Dookoła kręcą się romskie rodziny, ciemne twarze zaglądają nam do przedziału przez całą podróż, ale moja mina skutecznie odstrasza potencjalnych współtowarzyszy niemal do samego Sibiu. Do tego, pociąg zatrzymywał się na dosłownie każdej stacji – nawet tych najmniejszych, zlokalizowanych w szczerym polu, z jednym małym budyneczkiem i przejazdem drogowym. Za oknem, jak zawsze, piękne widoki półdzikiej Transylwanii.




No, może nie zawsze piękne. Nasza trasa wiedzie przez miasto Copsa Mica. Za czasów komuny, tamtejsze fabryki produkowały tyle szkodliwych substancji, że badania wykazały normy zdrowotne przekroczone o wartości rzędu tysięcy procent. Niewiele widzimy zza okien, jedynie szare bloki, szarych ludzi oraz czarne kikuty, pozostałości po tym czy innym zakładzie trującym niegdyś życie jego mieszkańców.


Samo Sibiu, dla wielu, jest miastem w Transylwanii najpiękniejszym. Rzeczywiście, z pewnością warto tu przyjechać i spędzić w jego murach dzień czy dwa. Ale nas nie do końca ujmuje. Może to wina aury. Swoją porcję słońca tych dwoje już obebrało, pomyślał chyba ktoś na górze i zesłał na nas mżawkę i stalowe niebo.

Architektura to klasyczny przykład Monarchii Austro-Węgierskiej, kamienice, duże place, gęstka tkanka miejskiej zabudowy rozciąga się na sporej przestrzeni. Mając na uwadze, że współczesne Sibiu to miasto średniej wielkości – liczy poniżej dwustu tysięcy mieszkańców, jego stara część jest naprawdę bardzo rozległa.


Główna część to wielka „area pedonale”, czyli strefa ruchu pieszego. Składa się z połączonych ze sobą trzech placów, których główne punkty to katolicka Katedra i Ewangelicki Kościół. Znaleźć można tu sporo miłych kawiarenek i restauracji, jest fontanna i zejścia w dół, w kierunku „dolnego miasta”, czyli tej części starówki, która podobała nam się najbardziej. W końcu, dwa brzegi rynku łączy ze sobą Most Kłamstw, obowiązkowy punkt każdej zakochanej pary i... handlowców, którzy obiecują sobie na nim od wieków różne niestworzone rzeczy.



„Problem” z Sibiu polega na tym, że miasto w 2007 roku zostało mianowane Europejską Stolicą Kultury. Nigdy się już chyba nie dowiem o co chodzi z tym nobliwym tytułem. Czy naprawdę to takie istotne wyróżnienie? Co dokładnie za sobą niesie bycie „stolicą kultury”? Kilka wystaw w ciągu roku, kilka delegacji które przejdą się po lokalnych muzeach, teatrach i uścisną dłonie notablom? W przypadku tego miasta, efekty są jeszcze inne, widoczne i namacalne. Stara część miasta przeszła ogromną renowację. Okolice trzech głównych placów lśnią świeżymi elewacjami, prostymi ulicami, porządkiem i dobrą organizacją. Mieszkańcy jednak narzekają. Wolą ponoć „to stare Sibiu”, którego niby nie ma, a jednak nadal jest. Wystarczy zejść w dół, by znaleźć się w innym miejscu. Budynki, nadal leciwe, są odrapane i autentyczne. Część drzwi sprawia wrażenie jakby od dekad nikt ich nie otwierał. Tu po prostu żyją ludzie, chociaż zaczynają pojawiać się pierwsze bary i kluby, którym za ciasno tam „na górze”. Dachy, z których zresztą miasto słynie, bywają zaśniedziałe i brudne. Z niemal każdego patrzą na nas „oczy” – wąskie okienka poddaszy z daszkami, przypominają powieki. Obserwują nas czujnie, gdziekolwiek postawimy swoje kroki.





Spacerujemy niespiesznie po głównym deptaku, czyli ulicy Mitropoliei. Pełno tu różnorakich wyszynków, ale my trafiamy do restauracji nobliwej, acz niewyróżniajacej się jakością. Obsługa jest liczna, ale wolna. Łącznie podchodzi do nas bodaj trzech różnych kelnerów, a liczniejsza rzesza kolejnych zbija bąki obok nas. Wybierając obiad, unikam jak mogę wszystkiego co związane jest z mamałygą. Przez pierwsze dni była ona jakąś odmianą od codzienności, ale po kilku posiłkach mam jej już nieco dosyć. W Sibiu jest jednak wybawienie! W centrum znajdujemy dwie Bille. Dla mnie to dodatkowa radość, ponieważ żółto-czerwone logo tych sklepów to dla mnie znak wprost z czasów dzieciństwa, kiedy reklamówka Billi zwiastowała zawartość pochodzącą z innego, lepszego świata. Jako osoba przesądna i zabobonna uznaję to za dobry znak. W końcu, mamy w planach odwiedzenie Wiednia, z którym sklepy te są dla mnie związanie nierozerwalnie, niczym alfa i omega.


Wieczorem jesteśmy świadkami tego jak bawi się śmietanka towarzyska miasta. W knajpce na Piata Mica spożywamy kolację (jemy tu regularnie!) i obserwujemy jak rozstawia się tutejszy pokaz mody. Ustawiane są stoliki z lśniacymi obrusami, pojawiają się kieliszki i pierwsi szykowni goście. Na długim wybiegu trenują modelki. Trochę im wszystko nie wychodzi i choreograf ma ręce pełne roboty. Dziewczyny nie trzymają odstępów, a niektóre stylem chodzenia przypominają koleżanki ubrane w dresy. Początki bywają trudne w każdym zawodzie.



Wieczorem pogoda wygania nas do naszego hostelu. Miejsce to nawet miłe. Prowadzi je irlandzka właścicielka, która zdaje się, że poślubiła Rumuna i osiadła z nim w jego rodzinnym mieście. Po włościach kręci się jej dziecko, miły chłopiec z bardzo poważną miną – podobnym niedowładem twarzy może cechować się i mój potomek, przechodzi mi przez myśl. Przybytek nie jest duży. Poza dwoma dormitorami jest jeszcze jedna dwójka, którą zajmujemy my. Wszystko jest urządzone ze smakiem i prostotą, ale tęsknimy za poprzednim lokum i jego wygodami. Oprócz hostelu jest tu jeszcze restauracja, snobistyczna, niezależna i tak droga, że stać nas tam jedynie na piwo i to najlepiej, pite we dwoje.

czwartek, 23 czerwca 2011

Targu Mures

Targu Mures

Okazało się, że mieliśmy nosa nie wybierając się tego dnia na transylwańską wieś rowerami. Upał był tak ogromny, że w południe dobijał do czterdziestu stopni w cieniu. Z trudem chodziliśmy, nie mówiąc już o ewentualnym pedałowaniu pod górę. Z takim bezwzględnym dla człowieka skwarem dawno się nie spotkaliśmy. Wspomnienia z Uzbekistanu sprzed roku nagle nabrały dziwnie znajomych kształtów.

Zamiast rowerów wybraliśmy się wygodnym autobusem do pobliskiego Targu Mures. W porównaniu do Sighisoary, która liczy ponad trzydzieści tysięcy mieszkańców, jest to miasto duże, bo mające ich ponad sto pięćdziesiąt tysięcy. Rozciąga się na sporym obszarze, ale tylko ścisłe centrum jest w stanie zainteresować turystów. Reszta to, taka czy inna, post-komunistyczna szarzyzna, której u siebie mamy pod dostatkiem i którą zręcznie wymijamy.

Architektura przywodzi na myśl Wiedeń czy raczej Budapeszt. Oczywiście na o wiele mniejszą skalę. Śródmieście skupia się dookoła Piata Trandafirilor, czyli szerokiego bulwaru z pasem zieleni pośrodku.


Po jej obu stronach oczy cieszy rząd pięknych, klasycystycznych kamienic. Dużo tu wszelakich kwietników. Chodniki pełne są stolików, barów i restauracji. Witryny sklepów kuszą. Życie tu pulsuje i w po dwóch dniach obcowania ze spokojną Sighisoarą, doznajemy czegoś w rodzaju wielkomiejskiego szoku. Musi minąć chwila zanim przyzwyczajamy się do ludzi, tłoku i hałasu jeżdżących samochodów.

Mniejszość węgierska stanowi tu znaczący odsetek wszystkich mieszkańców – jest tu ich blisko 40%. W przeszłości powodowało to nieco zamętu, jak chociażby w 1989 roku, kiedy doszło do zamieszek na tle narodowościowym. Dzisiaj obie nacje żyją ze sobą w zgodzie. Język madziarski słyszy się częściej niż rumuński, widzi na niemal każdym znaku czy reklamie.


Ale niechęć, jeżeli już, skierowana jest raczej w kierunku „tych trzecich”, czyli Cyganów. Oficjalnie jest tu ich mikry procent, w rzeczywistości jednak dziecięce eskadry przemierzają główny deptak w jedną i drugą stronę, wyciągając brudne ręce w kierunku przechodniów. Smutne to, ale z drugiej strony, oto przecież wolni ludzie, bez kredytów, spreadów i zobowiązań u szyi!

Miasto jest miłe do podziwiania „jako całość”. Atrakcji zapierających dech w piersiach raczej nie ma. Pchani nadzieją na widoki, weszliśmy przez bramę do lokalnej Cytadeli, tylko po to by się rozczarować. W środku czekał na nas kompleks dobrze utrzymany, ale nieszczególnie przyciągający nasze oko. Wkradliśmy się nawet przez furtkę do tamtejszego kościoła, ten jednak był zamknięty na cztery spusty, a dookoła żywej duszy. Schodzimy więc na dół lekko niepyszni.

Inną ciekawostką jest miejski Pałac Kultury i Ratusz. Oba wybudowane w początkach XX wieku, zadziwiają bijącym blaskiem pstrokatych płytek, z których ułożone są ich dachy. Ich architektura wyróżnia się z otoczenia, nie przypominając niczego co widzieliśmy w Rumunii do tej pory.

Spożywamy miły obiad i powoli udajemy się w drogę powrotną. Nie jest to jednak takie znowuż proste. Najpierw, bez większych problemów, trafiamy do Autogary, czyli dworca autobusowego. Co chwila jakiś pojazd przyjeżdża albo odjeżdża, a naszego do Sighisoary jak nie ma, tak nie ma. Mija prawie godzina i postanawiamy interweniować. Ania podpytuje się tubylca i bez znajomości rumuńskiego (ona) oraz angielskiego (on), uzgadnia, że istnieje jeszcze jeden dworzec, na który powinniśmy pójść. Mimo że wskazówki były więcej niż mgliste, trafiamy tam bez problemu i po pół godzinie odjeżdżamy z tego przyjemnego w sumie miejsca. Naszym kierowcą jest tutejszy Węgier, który przez całą drogę rozmawia z pasażerami – a to po „swojemu”, a to po rumuńsku.

Mieliśmy jeszcze plany, by jak zawsze poszwędać się po Sighisoarze po zmroku, ale upał zmorzył nas tak bardzo, że po smacznej kolacji, już nie wychodzimy z pokoju. Na pożegnanie się z tym pięknym miejscem zarezerwowałem sobie jeszcze kilka porannych godzin następnego dnia.