sobota, 25 czerwca 2011

Deszcz

Deszcz

Leje. Jak nie leje – pogoda robi sobie przerwę, by za chwilę rozpocząć kolejną porcję deszczu. Mżawka nam nie przeszkadza (no dobrze, mnie nie przeszkadza), ale nieco utrudnia wałęsanie się po mieście. W tych krótkich chwilach, kiedy wychodzi słońce, Sibiu w jednej chwili zyskuje na urodzie. Po chwili jednak niebo zakrywają chmury i znowu robi się szaro, ponuro i depresyjnie. Nam jednak i tak się podoba, szczególnie tam, gdzie nadal jest nieco brudno i chaotycznie. Zwiedzamy uparcie wszelkie zakątki i co jakiś czas siadamy w tej czy innej knajpce. Tak nam głównie mija cały dzień – znowu jest spokojnie i nieco leniwie.




Rano w naszym hostelu czeka nas „ekologiczne” śniadanie. Składało się na nie mleko oraz płatki śniadaniowe złożone z różnych dziwnych kruszonych różności. Zabawne jest to, że po owym posiłku odbijało nam się bezczelną, tłustą ... kiełbasą. Niezbadane są wyroki ekologii!

Wchodzimy na wieżę Ratusza i kolejny raz mamy okazję podziwać rozległą panoramę miast Transylwanii. Powtarza się to samo co wcześniej. Urbanistyczna tkanka urywa się w oddali niczym przecięta nożem. Dzika natura jest tuż za murami miasta.


W te ciepłe dni sprawia wrażenie spokojnej i uśpionej. Jakże inaczej to wszystko musi się prezentować jesienią czy srogą zimą. Jest w transylwańskich miastach coś specyficznego. Coś w rodzaju ukrytego strachu, niepewności podszytej niepokojem. Będąc w ich murach człowiek odczuwa ulgę i chwilowe bezpieczeństwo. Ale natura zerka na niego cały czas, ma go na oku i tylko czeka aż opuści on ten samotny matecznik cywilizacji. A może to tylko moja wyobraźnia podpowiada mi takie obrazy, przywołując w pamięci klisze z niezliczonych „wampirycznych” filmów?

Spotykamy „znajomych” ludzi. Jeszcze w Sinaia wypatrzyliśmy dwójkę Szwedów, którzy robili zdjęcia swojej kukiełce przebranej za wampira. Podążamy tą samą trasą i w każdym kolejnym mieście mamy z nimi styczność. „Naszego” Japończyka już jednak nigdzie nie widać. Znając tempo zwiedzania, równie dobrze może być już w Wiedniu, Paryżu a może nawet w domu. Odnotowujemy także jedną ciekawostkę. Jeszcze dzień wcześniej zaczepiło nas romskie dziecko. A raczej, wydawało nam się, że romskie. Po bliższemu przyjrzeniu, okazało się, że chłopak był czarny niczym murzynek Bambo. Czarnoskóry cygan? W Rumunii nic nas już nie zdziwi...




Deszcz dyktuje nam co mamy robić i gdzie jeść. Decydujemy się posiedzieć w restauracji obok naszego lokum. Stać nas na zupę, wypijamy piwo (no dobrze, ja wypijam). Puszczamy wodze fantazji. Gdybyśmy założyli własny biznes w takiej Sighisoarze, to jakby on wyglądał? Nieco już zwiedziliśmy świata, więc wiemy co ludzie mniej więcej cenią szczególnie w hostelach. Nasz byłby w pełni „wampiryczny”. Już nie mówiąc o własnej knajpie, pełnej czosnkowych dań i z kelnerami w pelerynach Księcia Ciemności. Rozmarzamy się nieco, bo nagle zaczyna nam się wydawać, że znaleźliśmy niszę. Ale chyba ktoś inny ją pewnego dnia zapełni – nas nie stać.
Pakujemy się wieczorem i po spokojnym dniu dociera do nas, że to prawie koniec wakacji. Na finał pozostała nam długa droga do stolicy i pół dnia na zwiedzanie Bukaresztu.