wtorek, 21 czerwca 2011

Rodzinne miasto Księcia Ciemności

Rodzinne miasto Księcia Ciemności

Rankiem pojawia się, znane już nam dobrze, uczucie. Szkoda żegnać się z Braszowem, bo miasto to piękne, miłe i idealnie wręcz skrojone na nasze potrzeby. Czas jednak goni, przed nami kolejny punkt na mapie Transylwanii – magiczna Sighisoara, czyli nie mniej, ni więcej, a miejsce narodzin samego Vlada Tepesa, zwanego Draculą.

Nie możemy narzekać na pociągi (a przynajmniej – jeszcze nie możemy). Dwie i pół godziny drogi mija nam szybko oraz przyjemnie. Za oknem przetaczają się monotonne, acz urodziwe widoki. Pola uprawne, pagórki, soczyste od zieleni łąki. Tu i tam, jakieś mało miasteczko czy raczej wioska, skupiona wokół murów lokalnej świątyni. Człowiek ma ochotę wysiąść i zobaczyć to wszystko z bliska, niestety, plan podróży misternie ułożony przez moją skromną osobę, na to nie pozwala. Można tylko powtórzyć – może kiedyś? Kto wie.

Sighisoara niemal od razu przypadła nam do gustu. Niemal, albowiem żeby dotrzeć do śródmieścia musimy przejść przez „nowoczesną” część, przy czym, jest to nowoczesność w najlepszym razie post-sowiecka. Szare bloki, domki rodzinne, jakieś zagubione zakłady, które próbują odnaleźć się w nowej rzeczywistości, tudzież dogorywają w zapomnieniu.

Mijamy rzekę, wielką białą cerkiew i przed nami wyrasta to co najpiękniejsze, czyli Cytadela oraz miejskie zabudowania, które obrosły jej podnóże. Bez problemu znajdujemy nasze lokum. Villa Franka, bo tak się nazywa, zasługuje na kilka słów pochwał. Położona jest niemal na wprost głównej Bramy Zegarowej prowadzącej na szczyt. Rzadko mamy okazję spać w tak dobrych warunkach. Pokój jest nowy, świeży i urządzony z gustem. Łazienka czysta i przestronna. Podoba nam się bardzo, chociaż trzeba powiedzieć, że opinie innych gości bywają różne. Turystom przeszkadza m.in. brak mydła w łazience, skrzypiące łóżko czy odgłosy rozmów dochodzące z podwórka. Naszym plebejskim gustom, cóż, miejsce bardzo odpowiada...

Samo miasto, jakżeby inaczej, znowu funkcjonuje w trzech narodowościowych wymiarach. Miła recepcjonistka na dzień dobry wita nas i pyta czy jesteśmy pierwszy raz w Segesvár, tak bowiem nazywają je Węgrzy. Dla Sasów oraz Niemców jest to nadal Schäßburg. Po łacinie nazwa brzmi chyba najbardziej złowrogo – Castrum Sex, co przywołuje różne dziwne skojarzenia związane z podbrzuszem i ostrymi narzędziami w ręku szaleńców. Rumuni muszą być nader tolerancyjnym narodem – miasto sprawia wrażenie tygla, w którym mieszają się trzy żywioły. Niemieckie inwestycje sprawiają, że stare budynki pięknieją. Co chwila słychać madziarskie wycieczki przybywające tu tłumnie wspominać dawne kresy monarchii. Szeleszczący węgierski miesza się z twardym niemieckim, oba języki zdają się tu czasami dominować. W centrum znaleźć można ulicę, tablicę pamiątkową oraz plac imienia Hermanna Obertha – najsłynniejszego, obok Draculi, rezydenta w całej historii miasta.

Naukowiec, zanim zasłynął pracą nad programem Apollo w NASA, kilka lat swojego życia poświęcił w imię triumfu III Rzeszy, m.in. angażując się w projekt rakiet V2. Gdzieś niedaleko są ponoć i takie wsie, których mieszkańcy nadal żyją jak przed 1918 rokiem, kiedy stolicą był Budapeszt, a nie Bukareszt. Prawdziwy tygiel.

Cytadela w Sighisoarze to jeden z najpiękniej zachowanych średniowiecznych ośrodków miejskich w Europie (a jak w Europie, to i na świecie, rzecz jasna). Teren jest odgrodzony murami, wiedzie do niego kilka tras, począwszy od tej głównej, wiodącej przez Wieżę Zegarową, poprzez leśne ścieżki gdzieś na tyłach zabudowań.




Czuć tu klimat minionych wieków na każdym kroku. Każdy budynek, niezależnie czy to świątynia, kamienica, wieża dawnych gildii czy „zwykły“ budynek mieszkalny, sprawia wrażenie niemal żywcem wyciągniętego z mrocznej przeszłości. Obszar nie jest duży, wystarczy w zupełności jedno leniwe popołudnie, by wszystko obejść kilka razy i poznać na wylot. Tak też robimy. Najpierw krążymy i podziwiamy, potem zaś kontemplujemy siedząc tu i tam w tym magicznym miejscu, obserwując otoczenie i ciesząc się, że tu trafiliśmy. Popołudniem pełno tu starszych pań z jakiejś wycieczki – w porze obiadowej rozkładają swoje obrusiki i stołują się na trawie, zajadając domowej roboty kotlety. I nam jest tu równie przyjemnie do tego stopnia, że czujemy, że moglibyśmy tu już zostać do końca tej podróży (a przynajmniej tak nam się wydaje dnia pierwszego).

Nieco z boku Cytadeli znajdują się schody prowadzące do Kościoła na wzniesieniu.

Ciekawe jest to, że od 1642 roku są one zasłonięte drewnianym „tunelem“, który w prawie niezmienionym stanie istnieje do dzisiaj. Sama świątynia pochodzi z XIV wieku i nie robi jakiegoś szczególnego wrażenia z zewnątrz – cóż, człowiek szybko uodparnia się na piękno architektury, jeżeli ma jej w nadmiarze. To co interesujące znajduje się tuż obok, za cmentarną bramą. Chwilę spacerujemy dookoła starych (oraz starych niekoniecznie) nagrobków na których wypisane są niemieckie nazwiska i imiona dawnych mieszkańców miasta. Skomplikowana historia daje znać o swoim istnieniu jeszcze jeden raz.


Wieczorem trafiamy do słynnej Casa Dracula. Dom koloru żółtego mieści obecnie restaurację, wieki temu, jak głosi udokumentowana legenda, w tym właśnie miejscu narodził się Vlad Palownik. W mieście spędził kilka pierwszych lat swojego życia.


Przewodnik Lonely Planet miejsca raczej nie poleca, chociaż i tak, chcąc nie chcąc, wypada tam po prostu pójść, by pobyć chwilę w miejscu, w którym narodził się ów Książe Ciemności. Wnętrza są nawet ładne, chociaż już cała reszta woła o pomstę do nieba, czy raczej piekielnych czeluści. Przygrywa nam tandetna muzyka disco z lat 80-tych, co paradoksalnie, idealnie pasuje do owego wampirycznego klimatu jaki staramy się oboje wytworzyć w swojej wyobraźni. Z karty dań wybieramy najtańszą opcję, czyli „Zupę Dracula“. Czekamy na nią długo, aż w końcu przychodzi do nas kelner z .... garnkiem w ręku i chochlą nalewa nam rozwodnioną pomidorówkę do talerzy. W smaku przypomina to danie z proszku i delikatnie pisząc, jesteśmy nieco rozczarowani. Jemy, dopijamy napoje, robimy kilka zdjęć i już wiemy, że to nasz pierwszy i ostatni posiłek w tej restauracji.


Po zmroku Sighisoara prezentuje się jeszcze bardziej magicznie. Budynki są podświetlone, bramy wjazdowe niepokoją półmrokiem, który czai się tuż za nimi. Wieża Zegarowa lśni blaskiem. Chociaż znamy tu już każdy kąt, nieprędko wracamy do siebie.