Żal nieco opuszczać Sinaię, tym bardziej, że rankiem wita nas rześkie powietrze wypełnione śpiewem ptaków (i wrzaskami dzieciarni w jakiejś wycieczki). Rumuńskie koleje znowu spisują się na medal i szybko docieramy do Braszowa, który jest kolejnym przystankiem w naszej podróży po tym pięknym kraju. Jednocześnie jest to nasz pierwszy, prawdziwy kontakt z wymarzoną i dziką Transylwanią...

Braszów to miasto o wielu nazwach, które doskonale oddają jego skomplikowaną przeszłość. Zostało założone przez Zakon Krzyżacki na początku XII wieku. Węgrzy nazywają je Brasso i po cichu wzdychają do czasów sprzed 1918 roku, kiedy to należało do Monarchii. Dla Niemców to Kronstadt, a dla tutejszych Sasów – Kronen. Od średniowiecza mieszał się tu żywioł kilku narodowości (o ile można o takowych wtedy w ogóle mówić), przecinały się szlaki handlowe. Historię widać i czuć na każdym kroku. Wewnątrz dawnych murów miejskich mieści się zwarta i gęsta zabudowa saskiej części, gdzie mieszkały niemieckojęzyczne i węgierskie elity. Poza nimi rozciąga się, częstokroć równie leciwa „rumuńska” część aglomeracji, bardziej zapuszczona i niewiele mniej pociągająca. Na to wszystko „od zawsze” zerka Tampa. Lesisty szczyt ma ponad 900 metrów i o około 400 metrów góruje nad miastem. Na jego wierzchołku pyszni się wielki napis „Brasov”, zbudowany z ogromnych białych liter imitujących słynny symbol Hollywood. Trochę to tandetne, ale ma i swoje zalety. Po pierwsze, przyciąga uwagę turystów. Po drugie, napis widać z niemal każdego miejsca i dzięki temu zawsze ma się dobrą orientację w terenie. Swoją drogą, owe bezguście to zrealizowana obietnica lokalnego polityka, który zobowiązał się napis postawić jeżeli wygra wybory. Czy na pewno za swoje prywatne środki?... Ot, demokracja.



Braszów (zwany przez nas Braszewem) od razu przypadł do gustu. Nawet pogoda dokazywała, chociaż żar lejący się z nieba przywoływał najczarniejsze skojarzenia z parną i brutalną aurą Azji. Architektura przypomina Lwów, Wiedeń czy nasz Kraków. Taki klimat musi zachwycać gości z daleka. Dla Japończyków czy Amerykanów pewnie jest to coś nowego, dla nas, cóż, gdzieś to już jakby widzieliśmy. Miło jest tak czy owak, poszwędać się po klimatycznych brukowanych uliczkach. Dookoła pełno kawiarnii i restauracji, które kuszą spacerowiczów wiklinowymi siedzeniami w cieniu. Na rozlicznych sponsorowanych przez Carlsberga parasolach gastronomicznych widać trzy wersje nazwy Braszowa oraz sentencję, że jest to prawdopodobnie najlepsze miasto na świecie (tak jak piwo). Czasem trudno się z tym twierdzeniem nie zgodzić, szczególnie gdy siedzi się wygodnie, popija lemoniadę, tudzież tutejsze piwo i patrzy na życie toczące się dookoła.






Była niedziela, więc nie mieliśmy okazji wejść do środka gotyckiego Czarnego Kościoła, który był już zamknięty. To jedna z czołowych atrakcji miasta, a jednocześnie największy kościół tego regionu Europy: od Wiednia do Stambułu ponoć większego nie znajdziemy. Jego zewnętrzna elewacja jest już nieco wytarta, a kolor bardziej niż czerń podchodzi pod wypraną szarzyznę, ale gabaryty i tak robią wrażenie. Jego budowę rozpoczęto jeszcze w XIV wieku. Skończono – niemal wiek później. Wielokrotnie był ofiarą pożarów i wojen. Do czasów Reformacji służył Kościołowi Katolickiemu, by następnie przejść na ciemną stronę mocy. Do dzisiaj odbywają się tam luterańskie msze dla tych resztek Niemców, które nie opuściły Kronstadtu.

W zupełnie innym miejscu, tuż obok głównej bramy wjazdowej do saskiego śródmieścia, znajduje się inna braszowska ciekawostka. Strada sforii reklamowana jest jako najwęższa ulica świata i niemal na pewno nie jest to prawda, a jedynie zgrabny slogan. Co nie zmienia faktu, że jest nadal bardzo wąska. Uliczkę łatwo przegapić. Przechodząc obok nie zauważa się tej małej kiszki, która z początku wygląda jak ciemna wnęka. O każdej porze można tam napotkać turystów, którzy robią sobie pamiątkowe zdjęcia z obiema dłońmi opierającymi się o jej ściany. Nie mogliśmy być gorsi!



Na koniec dnia zaś warto wejść zza obronne mury i wspiąć się na jedną z dwóch wież. Niegdyś z tego miejsca obserwowano otoczenie, wypatrując wroga (w większości przypadków chodziło zawsze o wroga w postaci tureckich oddziałów). Obecnie można w spokoju delektować się ładnym widokiem na miasto rozlewające się na dole.


Odpowiednio wymęczeni wieczorem udajemy się na obiado-kolację. Rumuńska kuchnia do specjalnie finezyjnych raczej nie należy. Mięsiwa, tłuszcze, no i mój anty-ulubieniec, czyli małamyga. Na początku nawet mi smakowała, ale potem na jej widok z trudem ukrywałem zniechęcenie. Wybór padł na zupy. Tutejsze „ciorby” mają różne mutacje. Chyba najbardziej reprezentatywna jest „ciorba de burta”, którą angielskojęzyczny przewodnik Lonely Planet nieco dramatycznie określa jako zupę z krowich flaków. Może anglosaskie gusta są ponad takie proste posiłki, ale moja słowiańska dusza zupę tę polubiła od razu.
Po zmroku zrywa się nagle silny wiatr a temperatura spada o dobre dziesięć stopni. Pospiesznie wracamy do hostelu, chroniąc się przed chłodem i uciekając przed deszczem. Jak to w górach i ich okolicach bywa, pogoda potrafi zmienić się diametralnie w ciągu kilku dosłownie sekund.
