piątek, 24 czerwca 2011

Cygański pociąg do Sibiu

Cygański pociąg do Sibiu

Rano, zgodnie z zapowiedzią, zrywam się z łóżka i w samotności zwiedzam Cytadelę skąpaną w porannym słońcu. Pięknie tu i naprawdę żal wyjeżdżać, mimo iż obojgu nam się już zdążyło to miejsce porządnie wynudzić. Kilkadziesiąt metrów od rynku, z dala od „centrum”, a blisko murów, jest nieco domów do sprzedaży. W różnym stanie, czasem porządnie zniszczone, a niektóre nawet dobrze utrzymane. Gdyby tak mieć pieniądze, kupić jeden z nich i zrobić w nim własną restaurację czy hotel? Marzenia.


Do tej pory chwaliliśmy sobie tutejsze koleje. I rzeczywiście mieliśmy ku temu powody. Bilety kosztowały nas co prawda sporo – porównywalnie do cen polskich, ale jakość i punktualność wybijały się wyraźnie ponad szarzyznę PKP. Gdzieś na peronach, jakby ukryte wstydliwie przed światem widzieliśmy jednak inne oblicze rumuńskich pociągów. Niektóre z nich przypominały żywcem widoki rodem z Półwyspu Indyjskiego (gdzie nigdy nie byliśmy), tudzież z Tajlandii (gdzie owszem, byliśmy). Wtaczały się z hałasem na stacje z otwartymu drzwiami, z których wystawali ludzie. Po chwili wysypywała się z nich kolorowa ciżba, opatulona pakunkami i z gromadami dzieci pod pachami. Ot, cygańskie pociągi. Tego dnia przyszło nam skosztować i owej ciemnej strony. Bilet do Sibiu kosztował grosze, bo około 10 złotych. Pani w okienku wskazuje nam stojący na stacji odrapany skład pamiętający chyba jeszcze czasy młodości towarzysza Ceausescu. W środku jest nie lepiej. Wszystko lepi się od brudu, to co można było zniszczyć zostało zniszczone, to czego się nie dało, uszkodzono w granicach możliwości. Ania, na wszelki wypadek, przez całą drogę stara się nie opierać ciałem o fotele, w których poszyciu aż słyszymy jak hałasują biliardy bakterii mających na nas ochotę. Dookoła kręcą się romskie rodziny, ciemne twarze zaglądają nam do przedziału przez całą podróż, ale moja mina skutecznie odstrasza potencjalnych współtowarzyszy niemal do samego Sibiu. Do tego, pociąg zatrzymywał się na dosłownie każdej stacji – nawet tych najmniejszych, zlokalizowanych w szczerym polu, z jednym małym budyneczkiem i przejazdem drogowym. Za oknem, jak zawsze, piękne widoki półdzikiej Transylwanii.




No, może nie zawsze piękne. Nasza trasa wiedzie przez miasto Copsa Mica. Za czasów komuny, tamtejsze fabryki produkowały tyle szkodliwych substancji, że badania wykazały normy zdrowotne przekroczone o wartości rzędu tysięcy procent. Niewiele widzimy zza okien, jedynie szare bloki, szarych ludzi oraz czarne kikuty, pozostałości po tym czy innym zakładzie trującym niegdyś życie jego mieszkańców.


Samo Sibiu, dla wielu, jest miastem w Transylwanii najpiękniejszym. Rzeczywiście, z pewnością warto tu przyjechać i spędzić w jego murach dzień czy dwa. Ale nas nie do końca ujmuje. Może to wina aury. Swoją porcję słońca tych dwoje już obebrało, pomyślał chyba ktoś na górze i zesłał na nas mżawkę i stalowe niebo.

Architektura to klasyczny przykład Monarchii Austro-Węgierskiej, kamienice, duże place, gęstka tkanka miejskiej zabudowy rozciąga się na sporej przestrzeni. Mając na uwadze, że współczesne Sibiu to miasto średniej wielkości – liczy poniżej dwustu tysięcy mieszkańców, jego stara część jest naprawdę bardzo rozległa.


Główna część to wielka „area pedonale”, czyli strefa ruchu pieszego. Składa się z połączonych ze sobą trzech placów, których główne punkty to katolicka Katedra i Ewangelicki Kościół. Znaleźć można tu sporo miłych kawiarenek i restauracji, jest fontanna i zejścia w dół, w kierunku „dolnego miasta”, czyli tej części starówki, która podobała nam się najbardziej. W końcu, dwa brzegi rynku łączy ze sobą Most Kłamstw, obowiązkowy punkt każdej zakochanej pary i... handlowców, którzy obiecują sobie na nim od wieków różne niestworzone rzeczy.



„Problem” z Sibiu polega na tym, że miasto w 2007 roku zostało mianowane Europejską Stolicą Kultury. Nigdy się już chyba nie dowiem o co chodzi z tym nobliwym tytułem. Czy naprawdę to takie istotne wyróżnienie? Co dokładnie za sobą niesie bycie „stolicą kultury”? Kilka wystaw w ciągu roku, kilka delegacji które przejdą się po lokalnych muzeach, teatrach i uścisną dłonie notablom? W przypadku tego miasta, efekty są jeszcze inne, widoczne i namacalne. Stara część miasta przeszła ogromną renowację. Okolice trzech głównych placów lśnią świeżymi elewacjami, prostymi ulicami, porządkiem i dobrą organizacją. Mieszkańcy jednak narzekają. Wolą ponoć „to stare Sibiu”, którego niby nie ma, a jednak nadal jest. Wystarczy zejść w dół, by znaleźć się w innym miejscu. Budynki, nadal leciwe, są odrapane i autentyczne. Część drzwi sprawia wrażenie jakby od dekad nikt ich nie otwierał. Tu po prostu żyją ludzie, chociaż zaczynają pojawiać się pierwsze bary i kluby, którym za ciasno tam „na górze”. Dachy, z których zresztą miasto słynie, bywają zaśniedziałe i brudne. Z niemal każdego patrzą na nas „oczy” – wąskie okienka poddaszy z daszkami, przypominają powieki. Obserwują nas czujnie, gdziekolwiek postawimy swoje kroki.





Spacerujemy niespiesznie po głównym deptaku, czyli ulicy Mitropoliei. Pełno tu różnorakich wyszynków, ale my trafiamy do restauracji nobliwej, acz niewyróżniajacej się jakością. Obsługa jest liczna, ale wolna. Łącznie podchodzi do nas bodaj trzech różnych kelnerów, a liczniejsza rzesza kolejnych zbija bąki obok nas. Wybierając obiad, unikam jak mogę wszystkiego co związane jest z mamałygą. Przez pierwsze dni była ona jakąś odmianą od codzienności, ale po kilku posiłkach mam jej już nieco dosyć. W Sibiu jest jednak wybawienie! W centrum znajdujemy dwie Bille. Dla mnie to dodatkowa radość, ponieważ żółto-czerwone logo tych sklepów to dla mnie znak wprost z czasów dzieciństwa, kiedy reklamówka Billi zwiastowała zawartość pochodzącą z innego, lepszego świata. Jako osoba przesądna i zabobonna uznaję to za dobry znak. W końcu, mamy w planach odwiedzenie Wiednia, z którym sklepy te są dla mnie związanie nierozerwalnie, niczym alfa i omega.


Wieczorem jesteśmy świadkami tego jak bawi się śmietanka towarzyska miasta. W knajpce na Piata Mica spożywamy kolację (jemy tu regularnie!) i obserwujemy jak rozstawia się tutejszy pokaz mody. Ustawiane są stoliki z lśniacymi obrusami, pojawiają się kieliszki i pierwsi szykowni goście. Na długim wybiegu trenują modelki. Trochę im wszystko nie wychodzi i choreograf ma ręce pełne roboty. Dziewczyny nie trzymają odstępów, a niektóre stylem chodzenia przypominają koleżanki ubrane w dresy. Początki bywają trudne w każdym zawodzie.



Wieczorem pogoda wygania nas do naszego hostelu. Miejsce to nawet miłe. Prowadzi je irlandzka właścicielka, która zdaje się, że poślubiła Rumuna i osiadła z nim w jego rodzinnym mieście. Po włościach kręci się jej dziecko, miły chłopiec z bardzo poważną miną – podobnym niedowładem twarzy może cechować się i mój potomek, przechodzi mi przez myśl. Przybytek nie jest duży. Poza dwoma dormitorami jest jeszcze jedna dwójka, którą zajmujemy my. Wszystko jest urządzone ze smakiem i prostotą, ale tęsknimy za poprzednim lokum i jego wygodami. Oprócz hostelu jest tu jeszcze restauracja, snobistyczna, niezależna i tak droga, że stać nas tam jedynie na piwo i to najlepiej, pite we dwoje.