piątek, 17 czerwca 2011

Tam, gdzie Warszawa spotyka się z Kairem



"Tam, gdzie Warszawa spotyka się z Kairem" - tak właśnie brzmi jedno z haseł reklamowych, którymi turystów kusi stolica Rumunii. Coś w tym chyba jest – można pomyśleć, gdy z okna taksówki obserwujemy mijane kwartały zabudowy. Dużo tu chaosu, brudu i przypadkowości, która jakby umknęła zdrowemu rozsądkowi. Nieliczne wyspy normalności, w postaci krótkich z reguły ciągów kamienic, zdominowane są okazami socrealizmu w najbardziej monumentalnej postaci. Dużo tu obszarów zieleni, szerokich alej, kilkupasmowych ulic ze środka których ciężko czasem dojrzeć to co dzieje się na poboczach. Atmosfery dziwności dodaje fakt, że jest prawie druga w nocy, tymczasem wiele miejskich świateł nie działa, tudzież – nie działa, bo ich nie ma. Bukareszt to o tej porze miasto mroku i półciemności.

Nie polubiliśmy się z rumuńskimi taksówkarzami od samego początku. Niejako za karę, postanawiamy nie korzystać z ich usług już wcale – chyba, że będzie to naprawdę niezbędne. Najpierw na lotnisku uciekamy z objęć jednego naciągacza, tylko po to by wpaść mimowolnie w ręce drugiego. Może to zmęczenie, a może zagapienie, ale wsiadamy do żółtego pojazdu jak dwa nieświadome zagrożenia łosie w ludzkich osobach. Nie pytamy się o cenę za przejazd do naszego hotelu, nie robimy zdegustowanych min, nie targujemy się, nie zgrywamy znawców miasta i całego wszechświata. Chyba naprawdę myśleliśmy, że tuż pod terminalem lotniska stoją tylko ci, którzy są do tego uprawnieni i spełniają rozliczne normy Unii Europejskiej. My naiwni! Dopiero w trakcie jazdy dociera do nas, że nie ma nigdzie taksometra, a kierowca policzy nas według własnego taryfikatora, czyli surowo. I tak się właśnie dzieje. Pierwszy rachunek pozbawia nas kilku procent całościowego budżetu na wyjazd. Żeby było „zabawniej”, kierowcy najpierw mylą się nazwy hoteli i zawozi nas gdzie indziej. Gdy wypominam mu błąd, trafiamy w poprawne miejsce, ale cena (i tak wcale niemała) dodatkowo rośnie, zupełnie jakby to była nasza wina. Jedyne co mogłem mu zaoferować to trzaśnięcie drzwiami i ciszę w odpowiedzi na jego podszyte radością „dziękuję”. W sumie nieważne, najistotniejsze, że to początek wolnego i nic nas nie wyprowadzi z równowagi.

Nasz hostel to miejsce poprawne i skromne do granic możliwości. Śpimy w dormitorium, które mamy w całości dla siebie jako „dwójkę”. Można i tak. Swoją drogą, to kolejny przybytek, w którym nocuję o tej samej nazwie. Zawsze zastanawiałem się, co kieruje ludźmi, którzy szare dziury z dala od śródmieścia nazywają „Central Hostel”? Czy chodzi o żerowanie na naiwności czy może chodzi o to, że taka nazwa brzmi dostojnie i powabnie? A może dlatego, że dobrze brzmi po angielsku i każdy może ją łatwo zapamiętać? Z takimi rozmyślanami odalam się w krainę Morfeusza, a ostatnie co słyszę to szczekanie jednego z (ponoć) setek tysięcy bezpańskich psów, do których ciemny Bukareszt należy w nocy.