Budzimy się wcześnie rano, a ja przeżywam owe dziwne uczucie zarezerwowane jedynie dla podróżników małych oraz dużych. Lekko nieprzytomny rozglądam się po pokoju. Szybko, bo już po kilku sekundach odkrywam, że nie jestem w domu. Zmęczenie sprawia, że myślę jeszcze wolniej niż ma to miejsce zazwyczaj. Pytanie brzmi – w jakim kraju się znajduję? Wierzcie lub nie, ale zanim do mojego umysłu dotarła prawda, roztrząsałem kilka możliwości, łącznie z Kolumbią, Gruzją i Sadami Żoliborskimi. Niezbadane są meandry ludzkiego umysłu i... przyjemnie jest mieć tylko takie dylematy!
Szybko uciekamy z hostelu. Dworzec, na szczęście, nie jest specjalnie daleko, a miejska komunikacja szybko zostaje przez nas rozpracowana. Garda Nord to naprawdę spory dworzec, ale i w nim wszystko idzie łatwo oraz przyjemnie. Zaczynam mieć podejrzenie, że rodzime PKP mogłoby sporo nauczyć się od swoich rumuńskich kolegów po fachu, tym bardziej, że czysty i nowy pociąg zawozi nas sprawnie na miejsce. O dziwo, co do minuty zgodnie z planem, co w Polsce zdarza sie od wielkiego dzwonu. Przed nami dzień w Sinaia.
Samo miasto to coś w rodzaju naszych Rabek, Kudów i innych Zdrojów, czyli niewielki ale uroczy górski resort. Z jednej strony, dookoła pysznią się lesiste góry, z drugiej, pierwszy spacer po centrum miasta, to lawirowanie pomiędzy rodzinami z dziećmi i emerytami, którzy tutaj reperują swoje zdrowie. Ponoć w powietrzu dookoła jest dużo ozonu. Dla nas jest przede wszystkim niesamowicie suche, do tego stopnia, że przez cały dzień co chwila musimy uzupełniać płyny. Architektura jest przyjemna dla oka. Domki z początku XX wieku to solidna niemiecka zabudowa z charakterystyczymi drewnianymi belkami zdobiącymi bielone fronty i mury. Miasteczko rozlewa się na okoliczne pagórki, co sprawia, że wędrówka oznacza niemal zawsze wspinanie się pod takie albo inne wzniesienie. Swoją drogą, dosyć mało „rumuńska” nazwa miasta to oczywiście nawiązanie do Półwyspu Synaj, który pod koniec XVII wieku odwiedził książe Michał, fundując potem Sinaię. Samo miasteczko zbudowane zostało dookoła monastyru noszącego taką samą nazwę.




Sinaia posiada kilka atrakcji, które przykuwają uwagę turystów na dłużej. Nad zabudowaniami sunie kolejka górska, która zawozi miłośników białego szaleństwa w pobliskie góry. Pod tym względem miasto jest idealnym punktem wypadowym.

W okresie letnim szczególną uwagę warto poświęcić dwóm pałacom, z których Sinaia słynie nade wszystko. Najpierw trafiamy do tego mniej znanego, czyli Pałacu Pelisor. Chociaż trafiamy to chyba słowo użyte nieodpowiednio. Najpierw postanawiamy dojść do niego „na oko”, co kończy się godzinnym kluczeniem po uliczkach, które, na złość!, wiodły najczęściej pod górę. Zabawna anegdotą jest jego podobieństwo do pobliskiego hotelu. Zdarza się ponoć nagminnie, że rozentuzjazmowane wycieczki gromadnie podziwiają go zamiast pałacu, który czeka na nich dosłownie za zakrętem...


Pelisor nie może równać się ze swoim sąsiadem, czyli Pałacem Peles. Przy czym, jest to naprawdę pałac, czyli budowla pozbawiona jakichkolwiek funkcji obronnych. Jego budowę ukończono dopiero w 1914 roku. W stylu przywodzi on na myśl Bawarię i jej zabudowę – główną inspiracją dla jego twórców był zresztą niemiecki renesans. W parku znajduje się sporo rzeźb i można by napisać, że obcowanie z urodą kompleksu to czysta przyjemność, gdyby nie to, że dookoła aż roi się od ludzi.


Przepychamy się więc pośród ciżby i nie mija dużo czasu, gdy schodzimy już na dół, w kierunku innej atrakcji jaką jest wspominany wyżej prawosławny Monastyr. W jego wnętrzach mieszka jeszcze kilkunastu mnichów. Trafiamy akurat na prawosławną mszę i tajemnicze śpiewy, dym z kadzielnicy jak żywo przypominają nam inny świat, który podziwialiśmy rok temu daleko stąd. Jest tu także muzeum, w którym znajduje się nieco starych ksiąg i innych artefaktów. Moją uwagę zwracają ikony sprzed kilkuset lat, ukazujące Marię oraz Jezusa jako dziecko na jej kolanach. Ten ostatni to w tej wersji po prostu pomniejszony dorosły, a ja stoję dłuższą chwilę dumając nad tym dziwnym widokiem (który zresztą doskonale ilustruję obowiązujące wtedy przekonanie, że dzieci to tacy właśnie mali dorośli, ze wszystkimi tego konsekwencjami).

Poza tymi atrakcjami, Sinania oferuje już jedynie odpoczynek i ciszę. Spacerujemy jeszcze po miejskim parku, zaglądamy w każdy kąt i cieszmy się z dwóch rzeczy. Po pierwsze, fajnie że tu jesteśmy. Po drugie, fajnie że jutro jedziemy dalej. To miasteczko w sam raz na jeden dzień, ale nas już ciągnie dalej, głębiej w Transylwanię. Chociaż miasto to oficjalnie i geograficznie, część Wallachii, dookoła nas daje się dostrzec pierwsze ślady hrabiego Draculi. Z koszulek sprzedawanych na nielicznych straganach, zerka na nas jego groźne oblicze, zapowiadając emocje czekające tuż tuż.
