czwartek, 23 czerwca 2011

Targu Mures

Targu Mures

Okazało się, że mieliśmy nosa nie wybierając się tego dnia na transylwańską wieś rowerami. Upał był tak ogromny, że w południe dobijał do czterdziestu stopni w cieniu. Z trudem chodziliśmy, nie mówiąc już o ewentualnym pedałowaniu pod górę. Z takim bezwzględnym dla człowieka skwarem dawno się nie spotkaliśmy. Wspomnienia z Uzbekistanu sprzed roku nagle nabrały dziwnie znajomych kształtów.

Zamiast rowerów wybraliśmy się wygodnym autobusem do pobliskiego Targu Mures. W porównaniu do Sighisoary, która liczy ponad trzydzieści tysięcy mieszkańców, jest to miasto duże, bo mające ich ponad sto pięćdziesiąt tysięcy. Rozciąga się na sporym obszarze, ale tylko ścisłe centrum jest w stanie zainteresować turystów. Reszta to, taka czy inna, post-komunistyczna szarzyzna, której u siebie mamy pod dostatkiem i którą zręcznie wymijamy.

Architektura przywodzi na myśl Wiedeń czy raczej Budapeszt. Oczywiście na o wiele mniejszą skalę. Śródmieście skupia się dookoła Piata Trandafirilor, czyli szerokiego bulwaru z pasem zieleni pośrodku.


Po jej obu stronach oczy cieszy rząd pięknych, klasycystycznych kamienic. Dużo tu wszelakich kwietników. Chodniki pełne są stolików, barów i restauracji. Witryny sklepów kuszą. Życie tu pulsuje i w po dwóch dniach obcowania ze spokojną Sighisoarą, doznajemy czegoś w rodzaju wielkomiejskiego szoku. Musi minąć chwila zanim przyzwyczajamy się do ludzi, tłoku i hałasu jeżdżących samochodów.

Mniejszość węgierska stanowi tu znaczący odsetek wszystkich mieszkańców – jest tu ich blisko 40%. W przeszłości powodowało to nieco zamętu, jak chociażby w 1989 roku, kiedy doszło do zamieszek na tle narodowościowym. Dzisiaj obie nacje żyją ze sobą w zgodzie. Język madziarski słyszy się częściej niż rumuński, widzi na niemal każdym znaku czy reklamie.


Ale niechęć, jeżeli już, skierowana jest raczej w kierunku „tych trzecich”, czyli Cyganów. Oficjalnie jest tu ich mikry procent, w rzeczywistości jednak dziecięce eskadry przemierzają główny deptak w jedną i drugą stronę, wyciągając brudne ręce w kierunku przechodniów. Smutne to, ale z drugiej strony, oto przecież wolni ludzie, bez kredytów, spreadów i zobowiązań u szyi!

Miasto jest miłe do podziwiania „jako całość”. Atrakcji zapierających dech w piersiach raczej nie ma. Pchani nadzieją na widoki, weszliśmy przez bramę do lokalnej Cytadeli, tylko po to by się rozczarować. W środku czekał na nas kompleks dobrze utrzymany, ale nieszczególnie przyciągający nasze oko. Wkradliśmy się nawet przez furtkę do tamtejszego kościoła, ten jednak był zamknięty na cztery spusty, a dookoła żywej duszy. Schodzimy więc na dół lekko niepyszni.

Inną ciekawostką jest miejski Pałac Kultury i Ratusz. Oba wybudowane w początkach XX wieku, zadziwiają bijącym blaskiem pstrokatych płytek, z których ułożone są ich dachy. Ich architektura wyróżnia się z otoczenia, nie przypominając niczego co widzieliśmy w Rumunii do tej pory.

Spożywamy miły obiad i powoli udajemy się w drogę powrotną. Nie jest to jednak takie znowuż proste. Najpierw, bez większych problemów, trafiamy do Autogary, czyli dworca autobusowego. Co chwila jakiś pojazd przyjeżdża albo odjeżdża, a naszego do Sighisoary jak nie ma, tak nie ma. Mija prawie godzina i postanawiamy interweniować. Ania podpytuje się tubylca i bez znajomości rumuńskiego (ona) oraz angielskiego (on), uzgadnia, że istnieje jeszcze jeden dworzec, na który powinniśmy pójść. Mimo że wskazówki były więcej niż mgliste, trafiamy tam bez problemu i po pół godzinie odjeżdżamy z tego przyjemnego w sumie miejsca. Naszym kierowcą jest tutejszy Węgier, który przez całą drogę rozmawia z pasażerami – a to po „swojemu”, a to po rumuńsku.

Mieliśmy jeszcze plany, by jak zawsze poszwędać się po Sighisoarze po zmroku, ale upał zmorzył nas tak bardzo, że po smacznej kolacji, już nie wychodzimy z pokoju. Na pożegnanie się z tym pięknym miejscem zarezerwowałem sobie jeszcze kilka porannych godzin następnego dnia.