poniedziałek, 20 czerwca 2011

Zamek w Bran i kolejka na Tampę

Zamek w Bran i kolejka na Tampę

Wokół zamku w Bran narosło sporo niedomówień, mitów i kontrowersji. Bywa, że miłośnicy „autentyzmu”, gardzący komercją, omijają to miejsce szerokim łukiem i z politowaniem patrzą na tych, którzy tam byli a co gorsza – podobało im się. Można i tak, ale szkoda byłoby w ten sposób tracić sposobność do zapoznania się z tym naprawdę ciekawym zabytkiem.




Bran niewiele ma wspólnego z samym Vladem III Palownikiem, znanym jako Dracula. Ów władca być może spędził w nim jedną noc. Precyzja tej informacji sprawia, że spokojnie można włożyć to stwierdzenie pomiędzy bajki i napisać wprost – pewnie nigdy tu nie był, a nawet nie wiedział, że takowy zamek istnieje na jego ziemiach. Jednak to wokół jego osoby i mitu napędzanego przez fantazję Brama Stokera, rozrósł się wielki biznes turystyczny, który nazwał Bran nie mniej, nie więcej, a po prostu „Zamkiem Draculi”. Okoliczni mieszkańcy czerpią z tego niemałe profity. Pełno tu kramów z tandetą i cepelią, niewielka mieścina pęka w szwach od kolejnych wycieczek, a hoteli czy pensjonatów jest pewnie więcej niż sklepów spożywczych razem wziętych w całej okolicy. Na straganach czekają rozliczne koszulki, kubki, znaczki i inne pamiątki. Na każdej z nich widać tą samą, dobrze nam już znaną postać średniowiecznego okrutnika z wąsem godnym filmów porno made in RFN.

Z drugiej jednak strony, Zamek jest położony malowniczo na wielkiej skale i cieszy oczy niepospolitą urodą. Od jego murów bije przedziwny chłód, od którego wyskakuje gęsia skórka nawet w taki ciepły letni dzień. Nie jest to budowla duża. Wręcz odwrotnie – zamek jest niewielki, mały, malutki. Gabaryty są często powodem rozczarowania co bardziej nierozgarniętych zwiedzających, którzy oczekiwali widoków co najmniej porównywalnych z wielkimi zamczyskami rodem z filmu Francisa Forda Coppoli. A tutaj tymczasem mamy niskie wnętrza, wąskie korytarze i mikroskopijne klatki schodowe na których dwie osoby robią już niemiłosierny tłok.


Sale są malutkie, urządzone prosto. Meble nie porywają finezją. Z sufitów nie sterczą zdobne kandelabry. Nie ma tu przestrzeni, wszystko sprawia karłowate wrażenie. Tym bardziej, że po wnętrzach zamku przetacza się wycieczka za wycieczką i tłok bywa niemiłosierny. Można znaleźć tu m.in. salę kinową z początków XX wieku, która jest jedną z pamiątek po najsłynniejszej mieszkance tego miejsca – Królowej Marii. Nie sposób jednak nie przystanąć na moment, podziwiając chociażby sekretne schody czy piękny (acz nadal mały) dziedziniec ze studnią i wieżami pokrytymi czerwonymi dachówkami.







Powrót do Braszowa zajął nam nieco czasu. Czekaliśmy dosyć długo na powrotny autobus. Zastanawialiśmy się w międzyczasie czy podróż rumuńskim PKS-em będzie znowu taką przygodą jak w drodze do Branu. Rankiem trafiliśmy na szkolną wycieczkę i pełen pojazd, więc całą drogę spędziliśmy stojąc pomiędzy reprezentantami ludności lokalnej. Cyganie, robotnicy, podejrzani panowie śmierdzący wczorajszą wódką, dzieci o rozbieganych oczach i gardłach zdolnych do generowania decybeli ponad normy unijne. Opuszczaliśmy wtedy bus z radością na twarzach, ciesząc się świeżym powietrzem bez posmaku gorzałki wymieszanej z czosnkiem, jak i możliwością rozprostowania rąk, nóg i reszty kończyn. W drodze powrotnej było już jednak spokojnie i pustawo. Nieco nas kusiło żeby jeszcze wysiąść po drodze w Rasnowie. Znajduje się tam piękna cytadela, pod którą można znaleźć nieco starszej zabudowy, pamiętającej czasy średniowiecza. Nad tym wszystkim góruje hollywodzki napis – widać pozazdrościli go tam większym sąsiadom. Niestety jednak, trochę nas „gonił czas” więc jedziemy dalej, mijamy to wszystko poszpiesznie i jedyne co pozostaje to zerkanie zza brudnej szyby na Rasnov. Może następnym razem?

W Braszowie postanawiamy skorzystać z jeszcze jednej atrakcji jaką oferuje to miasto, czyli kolejki górskiej. W kilka minut pozwala ona dostać się na szczyt Tampy. Z pozycji przechodnia, góra nie wygląda na wybitnie stromą i nic nie zapowiada emocji jaką funduje mi potem podróż chyboczącym się wagonikiem.



Wsiadam do niego pełen werwy i energii, ale mina szybko mi rzednie. Zza szybą otwiera się pode mną widok na całe miasto, które z każdą chwilą robi się mniejsze i mniejsze. Mam wrażenie, że wnoszę się dokładnie nad nim. Kolana zaczynają wędrówkę do środka, pot występuje na moje wysokie czoło. Ania pozostaje nieczuła na moje lęki. Widok z góry, mimo wszystko, jest po prostu fantastyczny. Braszów w całej okazałości! Widać jak nagle miejskie zabudowania „urywają się”. Niemalże prosta linia oddziela urbanistyczny organizm od zielonych pól, pagórków i wzniesień majaczących w oddali.





Na szczycie, oprócz widoków z platformy kolejki górskiej, czeka na nas trasa spacerowa (można nią zejść na dół, co przez dłuższą chwilę rozważam) oraz jeszcze jedna chwytająca mnie za serce, atrakcja w postaci tarasu zlokalizowanego obok wielkiego napisu a’la Hollywood. Dla mnie to już było za dużo emocji, a do tego jeszcze musieliśmy wrócić na dół – na całe szczęście, widok zbliżajacej się ziemi działał na mnie kojąco. Uff! Tak swoją drogą, lesista Tampa bywa miejscem zaskakująco niebezpiecznym. Nie tak dawno zdarzyło się, że turystów zaatakował tam najprawdziwszy niedźwiedź. Przytrafiło się także, i to w samym centrum, że miś zabił śpiącego na ławce w nocy biedaczka, ponoć, myląc jego zapach z wonią jedzenia... Ot, Transylwania, wciąż dzika i niebezpieczna kraina gdzieś na krańcu cywilizacji.