sobota, 21 kwietnia 2018

19-21.04, Mind the Gap, vol. III

Znowu Londyn. I znowu służbowo. Te same obserwacje co ostatnio. Po pierwsze, już nie lubię lotnisk. Już nie lubię latać. Męczy mnie to. Po drugie, to miasto jest przerażające pod kątem swych rozmiarów. Mieszkaliśmy w dzielnicy Shoreditch, niby w centrum, ale w praktyce, do takiego Big Bena miałem ponad 5 kilometrów drogi, tj. ponad godzinę na piechotę w jedną stronę.

Nasz hotel przedziwny i warty wspomnienia. Kosztował krocie, ale to jest nieistotne. Istotne jest to, że pachniał marihuaną, zatrudniał samych dziwnych ludzi, huczał muzyką do późnego wieczora i cały był ozdobiony cytatami z “dzieł” kultury hip-hopu, której to, delikatnie pisząc, nigdy nie poważałem. Doceniam jednak stylistykę i dbałość o to, by każdy detal był w nią wpasowany. Nawet prozaiczne kubki do kawy wyglądały na przemyślany dogłębnie zakup.

Shoreditch to nawet ciekawa dzielnica. Nie miałem czasu, by przejść się gdzieś dalej, więc w wolnej chwili zrobiłem sobie spacer po jej zakamarkach. Kiedyś były to okolice robotnicze, obecnie, co nie dziwi, są to okolice hipsterskie. Oraz azjatyckie, bo co drugi mieszkaniec wyglądał jakby żywcem przeniesiono go z Dhaki czy innego Islamabadu. Zabudowa skromna, z czerwonej cegły, sugerująca, że większość budynków powstawała jako miejsce zamieszkania dla lokalnej klasy pracującej wiele dekad temu. Ceny nieruchomości są zapewne kosmiczne, dziwiło mnie więc to, że w wielu budynkach straszyły ciemne okiennice. Im więcej się przyglądałem domom, tym więcej zauważałem takich pustych plomb i pozostaje mi jedynie zgadywać czemu tak się dzieje. Czy ma na to wpływ fakt, że dookoła czasem aż roiło się od hidżabów? Wątpię, przecież żyjemy w XXI wieku, a człowiek człowiekowi jest równy. Więc nie wiem.


Wędrowanie po okolicy mnie wymęczyło. Za dużo ludzi. Za głośno. Przy pubach - dzikie tłumy opijające pintą piwka sukcesy mijającego tygodnia. Co więcej, nawet na kościelnym trawniku odpoczywano i spożywano procenty. Na ten widok budził się mój wewnętrzny rycerz krucjaty, ale po chwili sobie przypominałem, że to przecież kościoły anglikańskie, a więc, wrogie jedynie słusznemu katolicyzmowi. A po drugie, ja przecież nie poważam zbytnio wiedzy sakralnej. Delikatnie napisawszy.

Kolejny raz doszedłem do wniosku, że zwyczajnie nie mógłbym mieszkać w Londynie. Na całe szczęście, nie zanosi się, by ktoś mnie do tego w jakikolwiek sposób zachęcał. Przynajmniej, na razie.