poniedziałek, 22 sierpnia 2016

20-22.08, Janów Podlaski, zwany Janowcem

Sierpień roku 2016 był gorący. Zarówno dosłownie, jak i w przenośni. W pracy działo się wiele za wiele, a za oknem kusiło wiele za wiele błękitne niebo oraz pełne słońce. Mając świadomość, że lada tydzień pogoda przestanie być taka łaskawa, pewnego dnia, nie bacząc na piętrzące się obowiązki, spakowałem rodzinę i pod pozorem zakończenia przez Gabrielę edukacji w żłobku, pojechaliśmy przed siebie. A dokładniej, na wschód do Janowa Podlaskiego, który moja żona nieustannie przekręcała na Janowiec. Więc niech będzie, że ruszyliśmy do Janowca.

Rzadko obieramy kierunek na wschód. Co może dziwić, bo raz, że ów wschód zaczyna się w sumie za rogatkami Warszawy, a dwa, że ma on istne tabuny wyznawców, którzy przy każdej okazji, nawet nie pytani o zdanie, rozpływają się w zachwytach nad przyrodą, kuchnią i ludźmi, którzy zamieszkują ten, zdawałoby się, zapomniany przez Boga i Świat, skrawek ziemi. No niestety, z poziomu dróg tego wszystkiego nie było widać. Przynajmniej tego dnia. Jadąc mijaliśmy nijakie wsie, zwyczajne, umęczone trochę lasy i inne okolice, które wyglądały jak typowy rodzimy pierdolnik. Największą egzotyką były ogłoszenia informujące o epidemii afrykańskiego pomoru świń. Kilka razy przejeżdżaliśmy przez specjalną substancję wyłożoną na jezdni, która miała zabić potencjalne zarazki na naszych oponach. W sumie, poważna sprawa.

Mieszkaliśmy w Zamku Biskupim. Miejsce było nowe, skusiło nas atrakcyjnymi cenami, no i trochę swoim wyglądem. Który śmieszył przepychem na pokaz, ale też imponował nam, bądź co bądź, ludziom z mentalnej prowincji. Właściciel przybytku włożył ogromny wysiłek w to, by zastaną ruinę zrekonstruować, przywracając miejscu dawno utracony blask. O jakości decydują detale. Takie jak chociażby to, że główny budynek z kilkoma przyległościami, gdzie są zlokalizowane m.in. basen czy kolejne apartamenty, są ze sobą połączone podziemnymi przejściami. Albo taki, że wiele dawnych elementów wystroju wkomponowano we współczesne wnętrza, a część wykopalisk znalezionych podczas budowy, można oglądać zza szyb wkomponowanych w podłogi. Można to było zrobić taniej, ale jednak, zdecydowano się pójść na całość. Goście na pewno będą to miejsce uwielbiać, pomyśleliśmy i pewnie mieliśmy rację.

O czym świadczy to, że w hotelu przez nasz weekendowy pobyt odbywały się ciągle jakieś grube imprezy. A to wystawa firm z branży zabawkowej, a to zjazd pewnej firmy od “marketingu” MLM, który wyglądał jak spotkanie sekty o profilu ekonomicznym. Trochę to było straszne, ale jeszcze bardziej smutne. Przechodząc obok sali konferencyjnej, słyszeliśmy gromkie przemówienia, burze oklasków, a nawet wspólne śpiewy. Agenda spotkania wypełniona była prelekcjami ekspertów, ludzi zresztą, którzy wyglądali jakby wszyscy byli ze sobą spokrewnieni. Lisia uroda, zapadnięte oczy, kręgosłup wygięty w pytajnik, chude, patyczkowate ciała na których niezgrabnie zwisały lepsze bądź gorsze garnitury. No i jakaś dziwna, nieprzyjemna aura wokół nich emanowała. Coś pomiędzy pewnością siebie, fanatyzmem, a czujną, gadzią wręcz obserwacją otoczenia.

Na zjeździe było mnóstwo słuchaczy, tj. naiwniaków, którzy stanowią dół tej piramidy finansowej. Najsmutniejszym widokiem była pora obiadowa, kiedy elita poszła zjeść coś do restauracji hotelowej, a wyrobników nikt tam nie zaprosił. Więc towarzystwo rozlazło się po okolicach. Kiedy spacerowałem z wózkiem widziałem ich, gdy siedzieli w swoich wysłużonych Lanosach o rejestracjach sugerujących, że pochodzą z całej ściany wschodniej. Siedzących i jedzących, dosłownie i nie w przenośni, kanapki z chleba tostowego z serem, przywiezione z domów, zapakowane w szeleszczące papierki. Cała okolica hotelu była dosłownie zawalona samochodami (bo parkowanie na terenie ośrodka kosztuje). I w każdym siedziały trzy - cztery osoby. I każda z tych osób zjadła co najmniej dwie takie kanapki. Zjadła, zapaliła papieroska, albo i nie, i wróciła na dalszą część “wykładów”. Ten widok mocno utkwił mi w głowie. Pamiętam, że kilkanaście lat temu, gdy byłem na początku przygody z regularną pensją co miesiąc, kilka razy dałem się skusić na jakieś “rekrutacje” do firm-krzaków podobnego typu. Czułem wtedy zażenowanie i przypomniałem sobie to wstydliwe uczucie owego dnia. Zapałałem też mocniejsza miłością do mojej pracy, która tak swoją drogą mnie nie opuściła podczas urlopu, bo każdej nocy siedziałem nad komputerem do drugiej/trzeciej rano. Wspominam o tym z kronikarskiego obowiązku.

***

Hotel był więc dziwny. Wystawny, ale i nieco jarmarczny. Przyciągający różne osoby. Z ogromnym potencjałem, bo w punkt adresującym żywą w wielu z nas, potrzebę blichtru, przepychu ponad stan i swoje możliwości. Ale jego największą wadą, o ile można tak powiedzieć, był kontrast jakim odcinał się na tle reszty Janowca.

Janowiec to miasteczko upadłe. Czyli ośrodek, który utracił prawa miejskie i już ich nie odzyskał. Trochę też jest to Polska w pigułce. Pachnąca węglem nawet poza sezonem zimowym. Głośna niczym klekot wysłużonego silnika TDI. Ciężko liczącą każdy grosz (“Nie ma już Pani tego salami za 15 zł?” - usłyszałem w tamtejszym sklepie spożywczym, w tym dokładnie momencie, w którym pomyślałem, że z oferowanych wędlin żadna nie wzbudza zaufania swoim wyglądem oraz podejrzanie niską ceną). No i o kontrowersyjnej urodzie, zdominowanej przez pierdolnik z lat PRL, dodatkowo wzmocniony pierdolnikiem w wydaniu współczesnym. Z zabytków znajdują się tam dwa kościoły. Jeden barokowy, drugi klasycystyczny. Oba jednak nijakie, chociaż o pewnej wartości historycznej, szczególnie, że z pierwszym z nich związany był Adam Naruszewicz. Tak, ten Adam Naruszewicz, o którym każdy z nas uczył się w liceum i którego dokonania wyparowały wraz z maturą i kasztanami.


Jest też ryneczek, zupełnie pozbawiony urody, za to o rozległych funkcjach handlowo-usługowych. Można bowiem na nim zatankować (do listy zabytków dodać można dystrybutory paliwa z lat międzywojennych, ponoć najstarsze w Europie), kupić meble, ubrać się w lumpeksie, no i zadzwonić z budki telefonicznej. Widok tej ostatniej mnie szczególnie zadumał, zniknęły bowiem z krajobrazu Polski tak nagle, że nie zdążyłem się zorientować, dopóki nie ujrzałem tego okazu z Janowca. Ciekawe czy działa. A jak działa, to jak można w niej płacić.


***

Mówisz Janowiec - myślisz araby. Stadnina w Janowcu to najstarsza państwowa stadnina koni, obiekt naszej dumy i przez wiele lat, szczególnie w PRL-u, źródło stałego dopływu dewiz. Od lat, raz do roku jesteśmy karmieni mediowymi doniesieniami o słynnej aukcji, na którą zjeżdżają się na zakupy milionerzy z całego świata. Gwiazdy muzyki pop siedzą stolik w stolik z krezusami z Półwyspu Arabskiego. Ci ostatni nigdy nie żałują pieniędzy na konie, szczególnie, że jak stanowi ponoć Koran:


“Kto hoduje konie, będzie wynagrodzony na równi z tym, co pości w dzien, a noc całą na modłach trawi”.


Czyli - za konie płaci się ceny godne, jak swojemu, bo Allah wszystko widzi.

Akurat w tamtym okresie stadnina była gorącym tematem w mediach z innego powodu. Wybory i tsunami “Dobrej Zmiany” przyniosły także przetasowania we władzach tej spółki. Nowy prezes miał być niekompetentnym ignorantem, odchodzący zaś - obiektem politycznej zemsty maluczkich, do tego, ostoją porządku i uczciwości. Coroczna aukcja poszła fatalnie, konie nagle zaczęły zdychać, krowy dawały kwaśne mleko, a koza urodziła koźlaka z trzema głowami. Po wioskach widziano bajarza, który grał na bałajajce i zapowiadał, że wkrótce noc zapanuje nad światem, a słońce już nigdy nie wzejdzie zza horyzontu. Jednym słowem, dramat i armageddon. Przynajmniej według Gazety Wyborczej.

Fakt jest taki, że tego lata przeciętny Polak do i tak szerokiego repertuaru swoich kompetencji, obok wybitnego znawstwa polityki, piłki nożnej, sposobów użycia parawanów (to przecież był hit lata wcześniej) czy skoków narciarskich, mógł jeszcze dodać kompetencje z zakresu hodowli koni arabskich. Każdy wiedział najlepiej. Znowu wszyscy kłócili się ze wszystkimi, a wygłaszane opinie w temacie wydarzeń w stadninie były wystarczające do tego, by określić czy ktoś jest z sił postępu czy może z obozu brunatnej zagłady.


Spacery po stadninie pozwalały na wszystko spojrzeć z innej, trzeciej perspektywy. Poza reprezentacyjną halą, gdzie odbywają się aukcje i inne rauty, teren ten jest bowiem zapuszczony. Zapuszczony latami zaniedbań. A nawet chyba dekadami. Budynki stajni są co prawda urocze, ale cała reszta… To skansen. W najgorszym tego słowa znaczeniu. Racja, że miejsca takie jak to nie muszą być piękne. Ale powinny być przynajmniej zadbane. A w Janowcu panuje słodki, polski pierdolnik. Obok wybiegów walają się stare opony, stoją ledwo jakieś rudery i inne wysypiska. Ogrodzenia pamiętają czasy prezydenta Mościckiego. Na terenie znajduje się hotel i restauracja. Weszliśmy do tej ostatniej i uciekliśmy przerażeni wyglądem tego miejsca. Ania do wieczora nic nie chciała jeść, a przez kolejne miesiące najskuteczniejszym argumentem w małżeńskich sporach było pogrożenie jej tym, że wrócimy do Janowca i pójdziemy tam na dwudaniowy obiad.


Trochę szkoda. Bo oglądanie koni, mimo estetycznych niedostatków dookoła, było przyjemne i jest to chyba jedyny powód dla którego mógłbym kiedyś do Janowca wrócić. Ale raczej nieprędko to się wydarzy, bo z całym szacunkiem, w Polsce znaleźć można wiele ciekawszych miejsc, przynajmniej wg mnie.


niedziela, 7 sierpnia 2016

6-7.08, Opole - robisz to dobrze

Opole okazało się miastem pełnym niespodzianek, do którego, co zanotowałem sobie starannie w swoim dzienniczku, trzeba będzie koniecznie wrócić całą rodziną. Tylko częściowo ów zachwyt wywołany był niskimi oczekiwaniami. O mieście tym nie wiedziałem zbyt wiele, kojarzyło mi się głównie z “polskimi” Niemcami, takimi jak Mirosław Klose, piłkarzami lokalnej Odry pokroju Józefa Młynarczyka oraz oczywiście z festiwalem piosenki. Na miejscu okazało się jednak, że Opole jest również zadbane, pełne zabytków i uporządkowane na miłą, teutońską modłę, co nieco tylko wzmocnioną naszym słowiańskim zamiłowaniem do pierdolnika przestrzennego.

Zjedliśmy z Gabrielą hotelowe śniadanie i ruszyliśmy przed siebie. To tylko brzmi prosto i niewinne, bo w rzeczywistości musiałem się trochę namęczyć, żeby chciała się ubrać, umyć zęby, zejść na dół, zjeść coś, wrócić do pokoju i wyjść. Na początku pogoda nam nie sprzyjała, ale gdy słońce już wyszło zza chmur, nie opuściło nas do zmierzchu. Humory nam generalnie dopisywały, chociaż pod koniec dnia, Gabrysia miała już dosyć.

Kolejny raz potwierdziło się, że w takim anturażu, architektura dodatkowo zyskuje na urodzie. Chociaż Stare Miasto w Opolu poradziłoby sobie w konkursie piękności nawet bez tego. Jest całkiem rozległe, zwarte, gęste organiczną rozbudową, która widać, że dokonywała się przez wieki, a nie dekady. Z jednej strony, jest podobne do aglomeracji Dolnego Śląska. Obowiązkowy Ratusz wygląda bowiem jak wyciągnięty z jakiegoś toskańskiego miasteczka pełnego renesansowych naleciałości. Kamienice są z reguły niskie, skromne, z barokowymi szczytami. Zachowało się trochę ceglanego, czerwonego gotyku na czele z imponującą Katedrą Podwyższenia Krzyża Świętego.





Z drugiej jednak strony, Opole jest trochę inne, wyjątkowe. Głównie ze względu na swoją głęboką symbiozę z wodą. Kanał Młynówka to dawne koryto Odry, które dzieli miasto, ale tak naprawdę, to właśnie nie dzieli, co je łączy. Jak już wspominałem niejeden raz, rzadka to rzecz na naszych ziemiach, bo my Polacy, wodę uważamy za wroga, a od wroga należy się odsunąć na właściwą odległość i przed nim zabezpieczyć (co nie jest takie znowuż głupie, w sytuacji gdy nieuregulowane koryta rzeczne wylewają praktycznie co sezon). Okoliczne zabudowania przeglądają się w tafli wody, nad którą przerzucono kilka przejść, w tym wyjątkowo piękny “Most Groszowy”. Okolica obok rzeki nazywana bywa, tylko nieco na wyrost, Opolską Wenecją. Jest tam naprawdę przyjemnie.


Drugą rzeczą, która mocno odróżnia Opole od innych miast “Ziem Odzyskanych” jest silny “dowód” na polskość tych ziem. W postaci najstarszego zabytku miasta jakim jest Wieża Piastowska. To pozostałość po Zamku Piastowskim, który co prawda wyburzono w okresie międzywojennym, ale protesty Mniejszości Polskiej w Niemczech pozwoliły zachować chociaż ją. Była wtenczas solą w oku niemieckich władz, które przez wieki niechętne były do przyznawania w jakikolwiek sposób, że ich tereny są zamieszkane nie tylko przez ludy czysto germańskie. Czego przykładem może być chociażby polityka wobec Słowian Połabskich, chociaż to już historia na inną okazję. Sama wieża robi wrażenie po dziś dzień, szczególnie, że przeszła gruntowny remont. Co ciekawe, towarzyszą jej modernistyczne zabudowania i to połączenie jednego z drugim pasuje stylistycznie, dodatkowo jeszcze podkreślając wiekowość głównej budowli. Jest to zresztą pocztówkowy symbol całej Opolszczyzny i niemy dowód na to, że powojenna zmiana granic była, akurat w tym przypadku, prawdziwym “powrotem do macierzy”.

Obok wieży zaś znajduje się kolejny, tym razem współczesny, symbol miasta. W amfiteatrze co roku (no prawie co roku) odbywa się słynny Festiwal Muzyki Polskiej. Który mi osobiście kojarzy się z PRL-em i tuzami ówczesnej estrady w postaci chociażby Mieczysława Fogga, Skaldów, Wojciecha Młynarskiego, Czesława Niemena czy Marka Grechuty (ten ostatni ma nawet klasyczne zdjęcie na tle wspomnianej wieży).

Czasem lubię sobie posłuchać takiej zakurzonej klasyki, więc miłym przeżyciem był dla mnie spacer po tym miejscu. Pomyślałem sobie, że dni festiwalowe muszą być w Opolu faktycznie wyjątkowe. Główna scena mieści się przecież dosłownie w centrum miasta. Gwiazdy nocują zapewne w pobliskich hotelach. Wszystko jest oddalone od siebie o dosłownie kilkanaście kroków. Żeby zrozumieć różnicę wystarczy porównać to do współczesnych festiwali, które odbywają się na pustych polach daleko od miast, gdzie gwiazdy i wielbiący ich motłoch stłoczeni są w oddzielnych zonach, praktycznie uniemożliwiając jakikolwiek kontakt. To ja wolę Opole.

Do Opola przyjechaliśmy również po to, by zaliczyć nasze kolejne ZOO. Trasa doń prowadząca znowuż wzmocniła mój świeży afekt do tego miejsca. Najpierw szliśmy wzdłuż zadbanego wybrzeża, potem weszliśmy w dzielnicę domków jednorodzinnych i po kwadransie byliśmy na miejscu. Bez problemu, bez wysiłku, bez błądzenia i bez kolejek. Obsługa była miła, przyjacielska i sympatyczna w sposób, który wywołuje w człowieku chęć odwzajemnienia się takim samym zachowaniem. Opole - robisz to dobrze.

Sam ogród to chyba najlepsze ZOO w jakim byłem w Polsce. Teren nie jest przesadnie duży, za to pełen zieleni, a wszelkie atrakcje są dosyć blisko siebie. Co ma spore znaczenie dla dziecięcych nóżek. Wybiegi i zwierzęta były zadbane, wybór spory, od zwierząt małych do dużych. Oczywiście Gabrieli to zupełnie nie interesowało. Największe zaangażowanie udało mi się wygenerować na placu zabaw. Największe podniecenie wywołała koparka. Ze zwierząt - prozaiczne króliki, które można było dotykać. Cóż, musimy tam po prostu wrócić.


Łaziliśmy tak przez cały dzień. Zatrzymaliśmy się na kawę, zjedliśmy niezły obiad, pobawiliśmy się w prowizorycznie rozstawionych na rynku “kulkach”. Opole nie jest co prawda turystyczne, ale różnych miejsc na popas w nim nie brakuje. To kolejny plus. Co tu dużo pisać, ten pobyt był nader przyjemny i będę go wspominał bardzo dobrze.

PS. Dopiero wieczorem w hotelu uzmysłowiłem sobie, że przecież już kiedyś byłem w Opolu. Tylko o tym zapomniałem. Lata temu trafiłem tam z okazji meczu wyjazdowego Polonii. Pamiętam, że jechaliśmy strasznie długo, że stadion był w lesie, a na miejscu “ochraniał” nas m.in. dżentelmen, którego z racji tuszy, nazywaliśmy Pasibrzuchem. Były jakieś przepychanki, gaz łzawiący, taka kibicowska klasyka, jednak w wydaniu łagodnym. W drodze powrotnej wywiązała się nerwowa atmosfera, ponieważ pod stadionem oczekiwał nas komitet powitalny lokalnego rywala, a przez całą trasę trwały zdaje się, że przymiarki do “szparingów” z chętnymi ekipami. Wspaniałe czasy. Dobrze, że już nie wrócą. Wyniku nie pamiętam. Konkretnej daty też nie, ale to była Pierwsza Liga, czasy nerwowego Wojciechowskiego i zdaje się, że padło coś koło rozczarowującego remisu.

piątek, 5 sierpnia 2016

05.08, Walczenie z Weltschmerz z pomocą Opola

Po powrocie z wakacji zwyczajowo odczuwam “weltschmerza”. Objawia się on tym, że od razu chciałbym pojechać gdzieś znowu. Lubię swój dom, miasto i dzielnicę, ale jeszcze bardziej, lubię po prostu podróżować. Nieważne czy daleko czy blisko. Ważne żeby być w drodze, poznawać nowe, tudzież, przypominać sobie stare. Słowem, mieć o czym napisać i co wspominać. Po powrocie z tegorocznych, letnich wakacji odczuwałem dodatkowo głębokie poczucie niesprawiedliwości i niedosytu. Postanowiłem coś z tym zrobić, szczególnie, że sierpień zapowiadał się na bardzo pogodny, ale i fatalny pod względem zawodowym. Trzeba więc było korzystać, póki istniała taka możliwość. Nie minęło więc wiele czasu, gdy kolejny raz spakowałem bagaż i ruszyłem przed siebie. Tym razem tylko z Gabrielą. Kierunek - Zawsze Polski, Śląsk Opolski.

Wyjechaliśmy po pracy, w piątek wieczorem. Przez wiele kilometrów trasa wiodła ekspresówkami. Było więc wygodnie, ale i nudno. W pewnym momencie moja nawigacja stwierdziła, że pora to zmienić. Słuchając się jej ślepo, skręciłem w bok i zaczęła się przygoda. No, taka mała przygoda, ale dobre i to. Sunąłem w mroku nocy przez lokalne dróżki, ciemne lasy, bezkresne pola i nieznane mi zupełnie wsioła. Na przykład, Radostów Pierwszy i Drugi. Albo przez wieś Łubnice, której zabudowania ciągnęły się długo, a pustka dookoła sprawiła, że mimowolnie dusiłem mocniej pedał gazu. Na polach nadal pracowały kombajny, które były podświetlone i z daleka wyglądały co najmniej niepokojąco.

Wjazd do Województwa Opolskiego trudno przegapić. Nawet nocą. Tablice informacyjne zrobiły się bowiem dwujęzyczne, co podobnie jak na Kaszubach, nadaje pewnego kolorytu naszej szarej i płaskiej rzeczywistości (obecnie, co dziesiąty mieszkaniec Opolszczyzny deklaruje, że jest Niemcem). Wjazd do samego miasta był spokojny i cichy. Opole spało. Pierwsze wrażenie - zaskakująco tu czysto, schludnie, porządnie. Zameldowaliśmy się w hotelu o 23-ciej, chwilę porozrabialiśmy w pokoju i smacznie poszliśmy spać.