
Wyjechaliśmy po pracy, w piątek wieczorem. Przez wiele kilometrów trasa wiodła ekspresówkami. Było więc wygodnie, ale i nudno. W pewnym momencie moja nawigacja stwierdziła, że pora to zmienić. Słuchając się jej ślepo, skręciłem w bok i zaczęła się przygoda. No, taka mała przygoda, ale dobre i to. Sunąłem w mroku nocy przez lokalne dróżki, ciemne lasy, bezkresne pola i nieznane mi zupełnie wsioła. Na przykład, Radostów Pierwszy i Drugi. Albo przez wieś Łubnice, której zabudowania ciągnęły się długo, a pustka dookoła sprawiła, że mimowolnie dusiłem mocniej pedał gazu. Na polach nadal pracowały kombajny, które były podświetlone i z daleka wyglądały co najmniej niepokojąco.

Wjazd do Województwa Opolskiego trudno przegapić. Nawet nocą. Tablice informacyjne zrobiły się bowiem dwujęzyczne, co podobnie jak na Kaszubach, nadaje pewnego kolorytu naszej szarej i płaskiej rzeczywistości (obecnie, co dziesiąty mieszkaniec Opolszczyzny deklaruje, że jest Niemcem). Wjazd do samego miasta był spokojny i cichy. Opole spało. Pierwsze wrażenie - zaskakująco tu czysto, schludnie, porządnie. Zameldowaliśmy się w hotelu o 23-ciej, chwilę porozrabialiśmy w pokoju i smacznie poszliśmy spać.
