niedziela, 7 sierpnia 2016

6-7.08, Opole - robisz to dobrze

Opole okazało się miastem pełnym niespodzianek, do którego, co zanotowałem sobie starannie w swoim dzienniczku, trzeba będzie koniecznie wrócić całą rodziną. Tylko częściowo ów zachwyt wywołany był niskimi oczekiwaniami. O mieście tym nie wiedziałem zbyt wiele, kojarzyło mi się głównie z “polskimi” Niemcami, takimi jak Mirosław Klose, piłkarzami lokalnej Odry pokroju Józefa Młynarczyka oraz oczywiście z festiwalem piosenki. Na miejscu okazało się jednak, że Opole jest również zadbane, pełne zabytków i uporządkowane na miłą, teutońską modłę, co nieco tylko wzmocnioną naszym słowiańskim zamiłowaniem do pierdolnika przestrzennego.

Zjedliśmy z Gabrielą hotelowe śniadanie i ruszyliśmy przed siebie. To tylko brzmi prosto i niewinne, bo w rzeczywistości musiałem się trochę namęczyć, żeby chciała się ubrać, umyć zęby, zejść na dół, zjeść coś, wrócić do pokoju i wyjść. Na początku pogoda nam nie sprzyjała, ale gdy słońce już wyszło zza chmur, nie opuściło nas do zmierzchu. Humory nam generalnie dopisywały, chociaż pod koniec dnia, Gabrysia miała już dosyć.

Kolejny raz potwierdziło się, że w takim anturażu, architektura dodatkowo zyskuje na urodzie. Chociaż Stare Miasto w Opolu poradziłoby sobie w konkursie piękności nawet bez tego. Jest całkiem rozległe, zwarte, gęste organiczną rozbudową, która widać, że dokonywała się przez wieki, a nie dekady. Z jednej strony, jest podobne do aglomeracji Dolnego Śląska. Obowiązkowy Ratusz wygląda bowiem jak wyciągnięty z jakiegoś toskańskiego miasteczka pełnego renesansowych naleciałości. Kamienice są z reguły niskie, skromne, z barokowymi szczytami. Zachowało się trochę ceglanego, czerwonego gotyku na czele z imponującą Katedrą Podwyższenia Krzyża Świętego.





Z drugiej jednak strony, Opole jest trochę inne, wyjątkowe. Głównie ze względu na swoją głęboką symbiozę z wodą. Kanał Młynówka to dawne koryto Odry, które dzieli miasto, ale tak naprawdę, to właśnie nie dzieli, co je łączy. Jak już wspominałem niejeden raz, rzadka to rzecz na naszych ziemiach, bo my Polacy, wodę uważamy za wroga, a od wroga należy się odsunąć na właściwą odległość i przed nim zabezpieczyć (co nie jest takie znowuż głupie, w sytuacji gdy nieuregulowane koryta rzeczne wylewają praktycznie co sezon). Okoliczne zabudowania przeglądają się w tafli wody, nad którą przerzucono kilka przejść, w tym wyjątkowo piękny “Most Groszowy”. Okolica obok rzeki nazywana bywa, tylko nieco na wyrost, Opolską Wenecją. Jest tam naprawdę przyjemnie.


Drugą rzeczą, która mocno odróżnia Opole od innych miast “Ziem Odzyskanych” jest silny “dowód” na polskość tych ziem. W postaci najstarszego zabytku miasta jakim jest Wieża Piastowska. To pozostałość po Zamku Piastowskim, który co prawda wyburzono w okresie międzywojennym, ale protesty Mniejszości Polskiej w Niemczech pozwoliły zachować chociaż ją. Była wtenczas solą w oku niemieckich władz, które przez wieki niechętne były do przyznawania w jakikolwiek sposób, że ich tereny są zamieszkane nie tylko przez ludy czysto germańskie. Czego przykładem może być chociażby polityka wobec Słowian Połabskich, chociaż to już historia na inną okazję. Sama wieża robi wrażenie po dziś dzień, szczególnie, że przeszła gruntowny remont. Co ciekawe, towarzyszą jej modernistyczne zabudowania i to połączenie jednego z drugim pasuje stylistycznie, dodatkowo jeszcze podkreślając wiekowość głównej budowli. Jest to zresztą pocztówkowy symbol całej Opolszczyzny i niemy dowód na to, że powojenna zmiana granic była, akurat w tym przypadku, prawdziwym “powrotem do macierzy”.

Obok wieży zaś znajduje się kolejny, tym razem współczesny, symbol miasta. W amfiteatrze co roku (no prawie co roku) odbywa się słynny Festiwal Muzyki Polskiej. Który mi osobiście kojarzy się z PRL-em i tuzami ówczesnej estrady w postaci chociażby Mieczysława Fogga, Skaldów, Wojciecha Młynarskiego, Czesława Niemena czy Marka Grechuty (ten ostatni ma nawet klasyczne zdjęcie na tle wspomnianej wieży).

Czasem lubię sobie posłuchać takiej zakurzonej klasyki, więc miłym przeżyciem był dla mnie spacer po tym miejscu. Pomyślałem sobie, że dni festiwalowe muszą być w Opolu faktycznie wyjątkowe. Główna scena mieści się przecież dosłownie w centrum miasta. Gwiazdy nocują zapewne w pobliskich hotelach. Wszystko jest oddalone od siebie o dosłownie kilkanaście kroków. Żeby zrozumieć różnicę wystarczy porównać to do współczesnych festiwali, które odbywają się na pustych polach daleko od miast, gdzie gwiazdy i wielbiący ich motłoch stłoczeni są w oddzielnych zonach, praktycznie uniemożliwiając jakikolwiek kontakt. To ja wolę Opole.

Do Opola przyjechaliśmy również po to, by zaliczyć nasze kolejne ZOO. Trasa doń prowadząca znowuż wzmocniła mój świeży afekt do tego miejsca. Najpierw szliśmy wzdłuż zadbanego wybrzeża, potem weszliśmy w dzielnicę domków jednorodzinnych i po kwadransie byliśmy na miejscu. Bez problemu, bez wysiłku, bez błądzenia i bez kolejek. Obsługa była miła, przyjacielska i sympatyczna w sposób, który wywołuje w człowieku chęć odwzajemnienia się takim samym zachowaniem. Opole - robisz to dobrze.

Sam ogród to chyba najlepsze ZOO w jakim byłem w Polsce. Teren nie jest przesadnie duży, za to pełen zieleni, a wszelkie atrakcje są dosyć blisko siebie. Co ma spore znaczenie dla dziecięcych nóżek. Wybiegi i zwierzęta były zadbane, wybór spory, od zwierząt małych do dużych. Oczywiście Gabrieli to zupełnie nie interesowało. Największe zaangażowanie udało mi się wygenerować na placu zabaw. Największe podniecenie wywołała koparka. Ze zwierząt - prozaiczne króliki, które można było dotykać. Cóż, musimy tam po prostu wrócić.


Łaziliśmy tak przez cały dzień. Zatrzymaliśmy się na kawę, zjedliśmy niezły obiad, pobawiliśmy się w prowizorycznie rozstawionych na rynku “kulkach”. Opole nie jest co prawda turystyczne, ale różnych miejsc na popas w nim nie brakuje. To kolejny plus. Co tu dużo pisać, ten pobyt był nader przyjemny i będę go wspominał bardzo dobrze.

PS. Dopiero wieczorem w hotelu uzmysłowiłem sobie, że przecież już kiedyś byłem w Opolu. Tylko o tym zapomniałem. Lata temu trafiłem tam z okazji meczu wyjazdowego Polonii. Pamiętam, że jechaliśmy strasznie długo, że stadion był w lesie, a na miejscu “ochraniał” nas m.in. dżentelmen, którego z racji tuszy, nazywaliśmy Pasibrzuchem. Były jakieś przepychanki, gaz łzawiący, taka kibicowska klasyka, jednak w wydaniu łagodnym. W drodze powrotnej wywiązała się nerwowa atmosfera, ponieważ pod stadionem oczekiwał nas komitet powitalny lokalnego rywala, a przez całą trasę trwały zdaje się, że przymiarki do “szparingów” z chętnymi ekipami. Wspaniałe czasy. Dobrze, że już nie wrócą. Wyniku nie pamiętam. Konkretnej daty też nie, ale to była Pierwsza Liga, czasy nerwowego Wojciechowskiego i zdaje się, że padło coś koło rozczarowującego remisu.