...i będę siedział o tej porze pewnie w samolocie, popijał piwo i zerkał z radością na świat pode mną :-) Czas wydaje się płynąć jeszcze wolniej niż poprzednio. Zastanawiam się, co to będzie jak podejmę pewne decyzje, które sprawią, że nie tylko do końca życia będę jadł najtańsze parówki i mortadelę (tak zresztą już jest od dawien dawna), ale i będę zmuszony do zrezygnowania z mojej turystycznej pasji. Jakoś tego nie widzę :/ Może wtedy oddam się jedynie czytaniu książek. Wczoraj kupiłem dwie: Ta pozycja wydaje się być naprawdę fajna - tytuł mówi wszystko. To jest podróżowanie z jajem, zębem i czym tam jeszcze. Też bym tak chciał, marzy mi się czasem takie szalone budżetowe włóczęgostwo w poszukiwaniu siebie samego. Zabawne, że wszystko o czym autor pisze, rozpoczęło się w lutym 2004 roku, wtedy kiedy i ja miałem podobne "przeżycia", tylko, że zagospodarowałem je, niestety, w zupełnie inny sposób. Ta książka z kolei wydaje się być zupełnie inna - podobno jest słaba, ale i ją przeczytam od deski do deski. Kosiński to były siatkarz, biznesmen pracujący przez wiele lat w Czarnej Afryce. Podobno bardziej skupia się na opowiadaniu o swojej żonie i procesie produkcji pianki, niż na kontynencie jako takim, ale i tego jestem ciekawy. Przypomniało mi się, że szukałem kiedyś książki opowiadającej o bodajże serwisantach Stara pracujących w Kongo - ta jest pewnie podobna. Taka amatorska produkcja, którą autor pewnie sam sobie sfinansował. Nie szkodzi, i to przeczytam :-) A po Stambule może wrócę do Orhana Pamuka. Pierwsze podejście do jego dzieła, po angielsku, zakończyło się na bodaj setnej stronie...
Poriomania - zaburzenie osobowości skutkujące trudnym do powstrzymania popędem do podróżowania. Nie ukrywam, że cierpię na tą przypadłość. Cierpię to złe słowo. Mam zaszczyt je posiadać, ot co :-) Do Stambułu jeszcze trzy tygodnie, gdy nie trzeba to czas płynie powoli i leniwie i tak właśnie jest obecnie. Jestem raz że przemęczony, dwa że przygnieciony życiem, trzy że nie widzę światła w tunelu w jakim jestem. Potrzebuje kilkodniowego oderwania od tego wszystkiego, bo wybuchnę i nie dam żyć ludziom dookoła mnie :-) Przewodnik po Stambule leży na kupce książek i zaglądam do niego sporadycznie, ale na wyjazd czekam z niecierpliwością wielką. Zawsze chciałem zobaczyć to miasto. To tam przecież toczy się akcja jednego z moich ulubionych "bondów": Zerkam na plan lotu - do Turcji lecę Swissem, więc najpierw trzeba dolecieć do hubu w Zurychu. To wszystko sprawia, że najpierw lecę daleko na zachód, po to by stamtąd wracać daleko daleko na wschód. Nieco bez sensu ale za to tanio i mam nadzieję, że wygodnie. Poza tym, zaliczę nowe linie lotnicze i nowe lotnisko Zurich Kloten. Zawsze coś :-) Co z dalszymi wypadami na jesieni, to jeszcze nie wiem. Planowanie odkładam na później. Bilety są i czekają. Zobaczymy co podpowie mi fantazja i moja poriomania, hahahaha. Póki co, zastanawiałem się nad Panamą albo ew. Trynidadem. Opcja pierwsza tańsza i chyba bardziej możliwa do zrealizowania. Ale przewiduje, że do jesieni mogę zmienić zdanie jeszcze kilka razy. No wiecie, ta piromania robi ze mnie wariata :-)
Stambuł coraz bliżej - jeszcze tylko 30 bezsensownych, pustych, podobnych do siebie dni i wsiadam do samolotu w kierunku nowej przygody. Odliczanie do tego ostatnio jednak nieco przytłumione. Aer Lingus ściągnął kasę z konta, więc chyba można uznać, że we wrześniu mam kolejny transatlantycki lot przed sobą. Po chwilowej euforii przyszło jednak poważne pytanie "co z tym zrobić". Po Stanach podróżować? Nie stać mnie :-) To jest impreza nie na moją pustą kieszeń, o czym przekonałem się w lutym. I wbrew pozorom - dobrze to zapamiętałem. Może więc coś tańszego? Może. Ameryka Środkowa. Nic mi to zupełnie nie mówi. To taki region świata o którym wiem mało. A do tego, nigdy jakoś mnie tam nie ciągnęło. Małe państewka zapomniane przez cały "nowoczesny" świat, duszna atmosfera wiecznej rewolucji, tajna policja, biedna ludność, dzika przyroda - takie mam skojarzenia prosto z filmowych klisz. Chyba przyjdzie pora na poznanie nieznanego - bilety z JFK nie są drogie, a przez tydzień zdążę zapoznać się z key points Panamy czy Kostaryki. Dzisiaj nawet kupiłem przewodnik, co by sobie poczytać więcej - o ile Aer Lingus nie zabierze mi tego co mi tak wspaniałomyślnie dał tydzień temu!
... napisałem już o prawie wszystkich moich dotychczasowych wyjazdach, więc pora zacząć konfabulować na inne tematy :-) Zastanawiam się czasem gdzie bym chciał polecieć najbardziej, co zobaczyć, gdzie postawić stopę. Zazwyczaj, wszystko i tak wychodzi spontanicznie - jadę tam gdzie w ciągu minuty kupię bilet. A gdybym tak coś kiedyś sensownie zaplanował, to co by to mogło być? Moje subiektywne TOP10 miejsc w których nie byłem, a chciałbym być, poniżej - kolejność przypadkowa!
1. Hongkong & Makao Jeszcze dzieckiem będąc, niepomiernie fascynował mnie fakt, że tak daleko od Europy istnieją małe państwa-terytoria zależne, należące do Wielkiej Brytanii czy Portugalii. Kolonializm to moja pasja po dziś dzień. Z okowów dobrobytu i zależności od metropolii oba azjatyckie miasta już się uwolniły, co nie zmienia wcale faktu, że bardzo chciałbym je ujrzeć. 2. Trynidad & Tobago Znowu kolonializm - do tego jeden z bohaterów mojej niedokończonej pracy magisterskiej... Wyspiarski klimat, piękne plaże, lenistwo płynące z każdego kąta, spokój i aura dawnych przygód. Gdzieś tam pływały pirackie statki, na myśl o takich miejscach budzi się we mnie dziecko :-) 3. Japonia Inny świat, nowoczesność połączona z umiłowaniem tradycji. Tak to widzę. Zniósłbym nawet mangę, a po powrocie pewnie bym zaczął ja namiętnie kolekcjonować. 4. RPA Gdybym mógł cofnąć się w czasie, chciałbym zobaczyć Afrykę Południową, ale jeszcze sprzed lat "przełomu". Powiedzmy, że nie chodzi o aparheid. Chodzi o bezpieczeństwo. Niedawno miałem okazję kupić bilety za niewielką kwotę ale wizja obawy o własne zdrowie, skutecznie powstrzymała nawet moje szaleństwo. 5. Lizbona Europy mam już dosyć, ale stolicę Portugalii bym zobaczył chętnie. Kultury hiszpańskiej jakoś nie kocham, a Portugalia jawi mi się jako klejnocik będący w cieniu bardziej znanego i większego "brata". 6. Buenos Aires Wybrałbym się tam na kilka meczów piłkarskich. No bo fanem tanga to raczej nie jestem :-) 7. Damaszek i Syria Kultura arabska nie jest moją ulubioną, z całym szacunkiem. Jednak Damaszek to najstarsze nieustannie zamieszkałe miejsce na ziemi i chciałbym kiedyś jeno zobaczyć je z bliska. Niewiele brakowało a by się udało już w tym roku - tyle że jechać tam w czerwcu to samobójstwo. 8. Teheran i Iran Oś zła. Tyle to wiemy z telewizji. Stolica podobno piękna nie jest ale największym błędem jest powtarzanie cudzych opinii osób, które tam nigdy nie były. A Persowie to nie Arabowie bądź co bądź 9. Panama Powrót do dzieciństwa. Pamiętam, że nie rozumiałem zbieżności nazw linii lotniczych i niewielkiego państwa w Ameryce Środkowej. Obecna Panama ciągle wydaje się miejscem atrakcyjnym i wartym odwiedzenia. Szkoda tylko, że tak daleko :-) 10. Polinezja Francuska Nie wiem dlaczego. To wyspy na środku Oceanu Spokojnego, tak daleko od jakiegokolwiek stałego lądu, że może budzić to nawet i strach. Ja jednak lubię wyspy, a na tak niewielu byłem. Może pora to zacząć naprawiać?
I mógłbym tak bez końca - być może coś uda się zrealizować niebawem, kto wie :-)
Każda historia ma swój początek. Moja ma ich kilka :-) Pasja podróżowania tliła się we mnie od zawsze. W dzieciństwie zaczytywałem się w książkach Alfreda Szklarskiego i namiętnie studiowałem wszelkie mapy czy globusy jakie weszły w moje posiadanie. Od czasu do czasu czułem to dziwne podniecenie związane z poznawaniem nowych miejsc, aż w końcu...
Bilety do Monachium, pamiętam doskonale, kupiłem z czystego przypadku. Wybór mógłby paść na wiele innych miejsc, ale zadecydował ślepy los. Obiecałem sobie jednak, że jeżeli z tej "wyprawy" wrócę cały i zadowolony, to nie poprzestanę na jednym wyjeździe. Nie jest to destynacja szczególnie popularna wśród turystów i nie ma się czemu dziwić. Niemcy (tacy co to mieszkają w Niemczech właśnie) to generalnie bardzo niemili ludzie. W ich zwyczaju jest napadanie sąsiednich krajów, grabienie ich mienia i produkowanie brzydkich samochodów. Monachijczycy zaś (to są ludzie którzy nie dość, że są Niemcami to jeszcze mieszkają w Monachium właśnie) są tamtejszą awangardą gburowatości – w sumie, po wszystkim, cieszyłem się, że mnie nie rozstrzelali. Strzelanie do ludzi na ulicach to niemieckie hobby – są w tym mistrzami świata nieprzerwanie od 1939 roku. No i co można robić w takim mieście jak się tam już przyleci? Ja na sam początek, spontanicznie udałem się na mecz Bayernu Monachium. Nowy stadion zrobił na mnie wrażenie kolosalne. Stojąc na górze (najtańsze bilety kupione u konika) miałem lęk wysokości i wstając obawiałem się, że spadnę wprost na dół w objęcia Lukasa Podolskiego. Mniejsze wrażenie zrobiła cała reszta widowiska. Wynik 0:0, doping „sobie taki sobie”, a jak na tyle osób na trybunach to wręcz słaby. Po wszystkim zgubiłem się i obszedłem Allianz Arenę dookoła, w końcu dotarłem do metra i jechałem w takim ścisku, że jak to mawiam „nigdy nie byłem tak blisko kobiety jak wtedy”. Dodajmy jednak, że niemiecka kobieta ma wąsy, wielki brzuch i śmierdzi piwem. Jest też powszechnie stosowana do wyszukiwania trufli. Na tym filmie udało mi się uchwycić akurat tą chwilę kiedy część stadionu zaangażowała się w doping:
Tutaj zaś kobieta za mną (tubalny głos dodatkowo zniekształcany przez wąsy i brodę) angażuje się w śpiewanie:
Samo miasto jest w miarę ładne i może się podobać. Może ale nie musi, bo musi to na rusi. Zabytkowe centrum przyjemne – wieczorne spacery bardzo miłe. Na rynku dziesiątki budek z grzanym winem i kiełbasą w bułce na sto sposobów . Dla miłośników Adolfa H. obowiązkowa wizyta w Hofbrauhaus, czyli piwiarni którą sobie wódz upodobał szczególnie. Ja jej progów nie przekroczyłem, ale zza okien patrzyłem zziębnięty jak ludzie tam się bawią, jedzą i piją i piją i piją i piją i piją i piją i piją i piją. Niemcy obu płci wesoło stukali się kuflami a po solidnych łykach piwa, ocierali swoje wąsy i brody z zadowoleniem - kobiety takoż. Poza „starówką” i słynną katedrą (trochę jakby brudną) polecić można i inne miejsca. Kompleks olimpijski (nie że monachijczycy mają kompleks olimpijski ale że mają takie miejsce gdzie się odbywały Igrzyska w 1972) ciekawy, wciąż monumentalny, chociaż już mocno archaiczny. Taki przykład architektury minionej epoki. Stadion duży ale nie wiem jak tam można było grać w cokolwiek. Wiatr tak pizgał (za przeproszeniem), że co mniejszych zawodników chyba zdmuchiwało tam z murawy. Okolice Uniwersyteckie i Englischengarten też są godne polecenia – w parku jak w parku, dużo przebrzmiałej zieleni, błoto i podejrzane dwójki obśliniające się na ławkach w przerwie między zajęciami. Czy o takich Niemcach marzył Adolf H.? Wymieniać można jeszcze długo. Jak ktoś lubi sztukę i ją rozumie, to może pójść do jakiegoś muzeum. Pinakotekę sobie darowałem, ale do Muzeum Techniki, to i owszem, zawitałem. Tutaj znowu, wszystko nieco już stare, ale sala poświęcona lotnictwu zrobiła na mnie spore wrażenie. Ślinotok wywołany przekrojem Boeinga 707 (rozmiarów naturalnych) udało mi się zatamować dopiero po powrocie do Ojczyzny. Wyprawa do podmiejskiego Dachau była zaś przeżyciem wyjątkowo poważnym. Jesienna aura i kapuśniak z nieba dodatkowo wzmacniał siłę wyrazu tego miejsca. Spacery po mieście, nawet takie bezcelowe, też były miłe. Chociaż – bez rewelacji. Jak się dobrze przyjrzeć to widać było ślady zniszczeń po wojnie. Niby wszystko odbudowane za pieniądze ukradzione Polakom i Żydom ale ślad jednak pozostał. Kto szuka, ten go na pewno znajdzie. Jeżeli chodzi o lokum i jedzenie, to pierwsze miałem dość podłe. Spanie w 8 osobowym dormitorium też trzeba było jednak przeżyć choć raz w życiu (ten jeden raz zupełnie wystarczy, zapewniam). Jednej nocy w pokoju bawiły się pijane hiszpanki, innej - metalowcy. Wychodziłem rano, wracałem jak najpóźniej się dało. Co do jedzenia to jako były pracownik McDonald’s w każdym kraju w jakim jestem staram się sprawdzić czy rzeczywiście wszędzie hamburger smakuje tak samo (hamburger – no bo na Big Maca to mnie przecież nie stać by było!). Tam smakował całkiem dobrze. Poza tym, obiadowałem się w małej tajskiej restauracji. Każdego dnia szukałem jej godzinami, raz tam trafiałem a innym razem nie. Jej zagubienie w czasoprzestrzeni mnie zadziwiało, zupełnie jakby sama decydowała czy się pozwoli mi znaleźć czy też nie. To wprowadzało „element magiczny”. Nie mogę powiedzieć, że Monachium wspominam jakoś wybitnie. Takie pierwsze "koty za płoty" musiały odbyć się w miejscu bezpiecznym, czystym i spokojnym. A że powyższe zawsze łączy się z nudą, to i stolica Bawarii, w rankingu wypraw zajmuje miejsce na samym dole :-)
Dzisiaj niespodziankę zrobił nam system informatyczny Aer Lingusa, który przez pewien czas pozwalał bukować loty do NYC za zabawne kwoty. Nie byłbym sobą gdybym nie spróbował - przelew poszedł, wrzesień w New York City całkiem realny. O ile nie anulują biletu, nie każą sobie dopłacić brakującego tysiaka etc etc. To zabawne dwa razy w roku lecieć do Nowego Jorku, tym razem jeżeli się uda, to planowałbym raczej odwiedzenie innej części USA albo nawet coś bardziej szalonego - może Karaiby :P Szkoda tylko, że moja silna wola zmiękła jak przekłuty balonik. Miało być inaczej, ale tak to już bywa. Albo decyzja w 10 sekund albo wcale :-)
Dublin to miejsce dla mnie szczególne. W 2004 roku spędziłem w stolicy Irlandii wakacje, ciężko pracując i zbierając własnymi rękami owoce płynące z naszego wejścia do UE. Wespół z przyjaciółmi stanowiliśmy forpocztę nowożytnej emigracji. Dobre wspomnienia sprawiły, że Irlandia stała się dla mnie symbolem i piękną pamiątką na całe życie. Po ponad czterech latach miałem okazję wrócić na stare śmiecie i choć przez chwilę wspominać czasy mojego "eldorado" :-) W Irlandii zasiedzieli się moi najlepsi przyjaciele, więc weekendowy wyjazd do Dublina spędziłem w głównej mierze na spożywaniu alkoholu, rozmowach i wygłupach. Zdarzyło się nawet robić zdjęcia leżąc na zimnej posadzce chodnika, co jednak nie powinno nikogo dziwić w stolicy pijaństwa za jaką mam od dawna Dublin. Wypiłem kilka pint Guinnessa i cydru, szczególnie za tym drugim łkam czasem w nocy. Cydr smakuje mi szczególnie, szkoda że w Polsce znaleźć go trudno. Poza walorami towarzyskimi, przypomniałem sobie lato sprzed kilku lat spędzone w murach Baile Átha Cliath. Dublin nie jest piękny. Gdyby go obrać z moich dobrych wspomnień, okazałoby się, że to zadupie na krańcu Europy, które nie ma nic do zaoferowania zabłąkanym turystom. To oczywiście lekka przesada, zawsze coś się przecież znajdzie: a to Zamek, a to kilka/set kościołów, Trinity College, Halfpenny Bridge, rzeka Liffey czy w końcu Temple Bar. Ta ostatnia dzielnica bardzo urokliwa, aż trudno uwierzyć, że niewiele brakowało, by Irlandczycy ją sami sobie zburzyli w imię "zmian". Niedaleko miasta znajduje się moje ukochane miejsce - Howth. Howth to mała mieścina przylepiona leniwie do wzgórz, wrzosowisk i morza. Jest tam rybacki port, wciąż tętniący swoim własnym rytmem, nowoczesna marina na snobistyczne jachty, a atrakcją są foki, które bezczelnie pływają po terenie zagospodarowanym przez człowieka. Dookoła morze, na horyzoncie majaczą niewielkie wyspy, po niebie raz po raz przelatują samoloty lądujące w pobliskim porcie lotniczym. Czy można chcieć więcej? Można, owszem. Spacer po wrzosowych wzgórzach to jedno z najfajniejszych wspomnień z moich podróży. Cisza, spokój, wiatr od morza, wysokie klify i urwiska. Jeżeli dodamy do tego podróż do Dublina double deckerem na górnym pokładzie, mamy w efekcie wycieczkę idealną. A to wszystko blisko City Center. Dublin wspominam bardzo miło - to pierwsze miasto do jakiego trafiłem ponownie, nie licząc Wiednia. Można się było wzruszyć, widząc stare śmiecie po tylu latach. Co więcej, z wielką chęcią wpadnę tam ponownie - dla walorów towarzyskich uber alles, ale także po to by poszwendać się po O'Connell, Henry Street i przepastnych antykwariatach, które od 2004 roku rozrosły się tysiąckrotnie. No i napić się zimnego Cydru!!!
Stolica Francji to tzw. zestaw obowiązkowy. Pojechać, najlepiej z wycieczką bo się człowiek zgubić przecież może!, zobaczyć to i tamto, zrobić sobie zdjęcie na tle wieży Eiffla - takie marzenie każdej ustatkowanej rodziny. Moje nie. Takich miejsc zwykłem nie znosić. Mam inny gust od tzw. szerokich mas społeczeństwa. Ja lubię kurz Bangkoku, zapach metra Nowego Jorku, grzech Nowego Orleanu, pijaństwo Dublina, chaos Aten. Słodkie rzygowiny polane lukrem komercji zostawiam zazwyczaj do kontemplacji ich amatorom :-) Do Paryża jednak i ja w końcu się udałem. Nieco, poza planami, poleciałem tam z bratem. Taka forma nagrody za dobre oceny (dobre to oczywiście pojęcie względne). On pewnie był zadowolony, ale ja w sumie też. Potwierdziło się bowiem moje mniemanie, że stolica Żabolandii to danie zdecydowanie przereklamowane i niedosolone. Nie na moje podniebienie! Japońscy turyści miewają czasem chorobę zwaną "syndromem paryskim". Przylatują do Francji, by ujrzeć zapierające dech w piersiach miasto, a to co widzą jest dla nich rozczarowaniem na tyle dużym, że wpadają w depresję. Azjaci to dziwni ludzie i nawet przypadłości mają inne od naszych. Faktem jest jednak, że i mnie Paryż by pewnie nieco rozczarował, gdyby nie to, że jechałem tam już z negatywnym nastawieniem. Jest oczywiście piękny, monumentalny i nie można powiedzieć, że to miasto nudne czy szare. Nagromadzenie budowli musi wzbudzać szacunek. Francuzi mają stolicę godną swych mocarstwowych inspiracji i swej wspaniałej przeszłości. Nie będę wymieniał atrakcji - każdy je zna, jest ich sporo i część jest pewnie godna zobaczenia raz w życiu. Sęk w tym, że wszystko jest tak ładne, że aż sztuczne. Paryż sprawił na mnie wrażenie muzealne, podziwiałem eksponaty, a nie widziałem między nimi życia. Wszystko słodkie i wypucowane. Niby autentyczne a jednak tak sztuczne, że nużące już po chwili. Sprawiające wrażenie dekoracji ustawionych dla turystów, istniejące dla nich i dla obiektywów ich aparatów, a nie dla "tubylców". Nuda, zdecydowanie nuda. Trochę tak jak Luwr i inne muzea. Na początku zachwyt, ale po godzinie podziwiania kolejnych dzieł, człowiekowi już się nie chce... Jakieś ożywienie odczuwałem dopiero gdy skręcaliśmy ze ścieżek obowiązkowych, trafiając w mniej utarte miejsca. Montmartre i plac Pigalle - to pierwsze broni się klimatem, ta druga, dawna stolica grzechu, obecnie w formie upadłej i odrapanej, przynajmniej nie udaje, że jest nieskazitelna. Marais, dzielnica żydowska - tam życie toczy się inaczej. Przede wszystkim - tam było jakiekolwiek życie. Zupełnie inaczej sprawa miała się z La Defense. Dzielnica wieżowców, europejski Manhattan (zdecydowanie na wyrost, zdecydowanie!) położony jest na uboczu, daleko od centrum. Oglądany w sobotę robił wrażenie nader dziwne, wręcz kosmiczne. Wysokie szklane formy sięgały wysoko w górę, spacerowaliśmy pod nimi po zupełnie pustych alejach. Poza tygodniem pracy nie ma tam prawie nikogo. Z nieba lał się kapuśniak, doprowadzając do rezygnacji ze spaceru ostatnich zdesperowanych turystów. Wszystko wyobcowane i z aurą tlącego się gdzieś sekretu. Takie wieżowce ogląda się inaczej niż z poziomu zatłoczonej ulicy Nowego Jorku. Nie mówię, że lepiej - po prostu inaczej. Wizyta na szczycie wieży Eiffla to też pozytywne wspomnienie. W kolejce staliśmy co prawda jakieś dwie godziny ale w sumie było warto. Widok z góry imponujący - mój lęk wysokości był wystawiony na ciężką próbę. Jazda starą windą też jest sporym przeżyciem, szczególnie jeśli zerkając na uciekającą ziemię i rozrastający się horyzont, uzmysłowimy sobie, że to wszystko pochodzi jeszcze z XIX wieku. Dla Paryża jestem wyjątkowy surowy i oceniam go nisko. Bywałem w lepszych miejscach, które wspominam zdecydowanie cieplej. Być może po prostu wypada tam jechać na romantyczny weekend i wtedy wszystko wygląda lepiej :-)
Rzym, wieczne miasto. Zawsze je chciałem zobaczyć na własne oczy – co najmniej od czasów, gdy pacholęciem będąc zaczytywałem się w historii Imperium Romanum. Zastanawiałem się jednak, czy aby przypadkiem sława tego miejsca nie okaże się w bezpośrednim starciu jedynie sloganem reklamowym bez pokrycia? Z Paryża wróciłem niezbyt przekonany do jego wspaniałości, a jak było z Rzymem? Było dobrze. Pełen zachwyt – inaczej nie można. Miasto jest piękne, monumentalne siłą nagromadzonych zabytków. Momentami męczy natłokiem epok – w ciągu kilku chwil można przejść od starożytności przez średniowiecze i renesans do XIX-wiecznego stylu klasycystycznego. W pewnej chwili, człowiek przestaje reagować na nowe dla jego oczu widoki, po pewnym czasie kolejne urocze zaułki z imponującym bagażem historii stają się coraz bardziej i bardziej... niewidzialne dla oczu. To oczywiście nie zarzut, a raczej symbol bezbronności z jaką musimy się zmierzyć w nierównej walce z ogromem tego miasta. Można skupić się na „punktach obowiązkowych” – Colosseum, Watykan, Fontana di Trevi, hiszpańskie schody, Panteon, Łuk Triumfalny, Forum Romanum, uff, można się zmęczyć od samej deklamacji kolejnych nazw. Można też chodzić swoimi ścieżkami i bawić się jeszcze lepiej. Zasadniczo, gdzie się nie skręci i tak przygotować musimy się na zachwyt. Nawrót dziecięcej ciekawości, która każe nam iść dalej, by zobaczyć „co jest za rogiem” jest w Rzymie niemal gwarantowany. Mi osobiście szczególnie podobało się Zatybrze, które, od biedy nazwać można „starówką” – jak to jednak brzmi w mieście, które oddycha tysiącleciami swej historii? Dzielnica tym niemniej jest wysoce urokliwa, z wąskimi uliczkami, małymi kamienicami i lenistwem wyciekającym na ulice. Niegdyś było to swoiste „cwaniakowo”, okolica niezbyt bezpieczna, a obecnie... Cóż. Całe szczęście, że późna jesień jest poza sezonem turystycznym. Dzięki temu mieliśmy Zatybrze niemal dla siebie. Dla siebie. No właśnie. Zazwyczaj jeżdżę sam – lubię to nawet. Wtedy podróż staje się odpoczynkiem od zgiełku, chwilą dla siebie, testem sprawności i radzenia sobie na obcym terenie. Podróżowanie samotnie, to nie są już moje własne przemyślenia, wyostrza zmysły i sprawia, że człowiek więcej obserwuje z otoczenia. A więc – więcej chłonie i w efekcie coś z każdej samotnej wyprawy w nas pozostaje. Przychylam się do tych teorii. Rzym zwiedzałem w towarzystwie przyjaciół i też było fajnie, ale oczywiście inaczej. Nie byłem „mapowym” więc bezwolnie szedłem tam gdzie szli wszyscy, przez co, do ostatnich dni, gubiłem się dwieście metrów od hotelu. Nie mogę powiedzieć, bym Rzym zapamiętał topograficznie. Jeżeli zawitam tam ponownie będę jak dziecko we mgle, a zazwyczaj każde odwiedzone miejsce mam doskonale wykute w pamięci... W grupie zawsze raźniej więc chętniej kosztowaliśmy rzymskich wiktuałów. Kuchnia włoska to wiadomo, pierwsza liga światowa i po pobycie na miejscu muszę przyznać, że polubiłem ją jeszcze bardziej. Pizza na cienkim cieście, nawet jeżeli była to najtańsza Margarita, smakowała lepiej niż nasze „specjały” za dwa razy większe kwoty. Makarony, nawet jeżeli były podlane jedynie oliwą i pokruszone serem, smakowały lepiej od wszelkich lanserskich „pest”, które je się w Polsce „na lancz” (nieznoszę tej nowomowy). Najtańsze wina piło się w sporych ilościach z prawdziwą przyjemnością. Jedno wielkie La Dolce Vita, chce się żyć. Często przychodziliśmy do małej rodzinnej knajpki prowadzonej przez typowe włoskie archetypy – jowialny gospodarz z melodyjnym włoskim, jego żona, a raczej jej głos, bo jej samej chyba nigdy nie widzieliśmy na oczy :-) A gdzieś w tle wielka rodzina, gdzie zapewne większość osób jest bezrobotna i najzupełniej, bezczelnie szczęśliwa w życiu. A my w szarej Polsce pracujemy by żyć i coraz bardziej, żyjemy by pracować. Jakie to bez sensu... Poza zwiedzaniem, jedzeniem, piciem i kłóceniem się (to ostatnie wychodziło nam zdecydowanie najgorzej!), byliśmy też na meczu. Ślepy los wskazał nam pojedynek Lazio Rzym – Genoa. Niewiele brakowało a musielibyśmy obejść się ze smakiem. Po pierwsze, moim, nader wątłym logistycznie, pomysłem było udanie się na mecz na piechotę. Stadio Olimpico położony jest na rubieżach aglomeracji, ale „na mapie wyglądało to lepiej”. Zaszliśmy od złej strony i za nic w świecie nie mogliśmy znaleźć kasy biletowej, która sprzedawałaby jakiekolwiek bilety. Milczeniem pomijam pytanie cisnące się na usta – po co komuś kasy, w których nic nie można kupić. To są Włochy, kraj rządzi się innymi zasadami. Okazało się, po obejściu pół stadionu, że biletów przed meczem po prostu nie ma. Tylko dzięki zdolnościom Miśka, udało się ustalić, że „gdzieś tam” jest sklep, w którym można je jeszcze kupić. Nie wiem już jakim cudem, punkt znaleźliśmy i przyspieszając opowieść, znaleźliśmy się na miejscu. Stadion wielki, ale jak to we Włoszech bywa, w większości pusty. Sama kopanina na boisku jednakże, zastanawiająco elektryzująca! Działo się sporo, zaś typowego catenaccio wiele nie było. Autochtoni reagowali żywo, gorąco komentując każde zagranie, wstając, pukając się w czoło, pokazując piłkarzom jak mają się ustawić. Krótki kontakt wzrokowy wystarczał by dwie obce (a może i właśnie nie obce?) osoby zaczęły gorąco wymieniać ze sobą uwagi. Typowy południowy temperament, chociaż mam wrażenie, że do Grecji jednak im nieco brakowało :-). Ogólne wrażenia z meczu bardzo sympatyczne, ot taki inny świat, niby piknik ale jednak zupełnie odmienny od tego znanego mi z K6. Czy w tym miodzie może być jakaś łyżka dziegdziu? Może. Rzym jest turystyczną mekką i nawet w listopadowe dni zdarzało się tonąc w tłumie rozentuzjazmowanych przybyszy z całego świata. Najbardziej chyba to męczyło w Watykanie, gdzie trzeba było odstać cierpliwie swoje. "Spacer" po wnętrzach Stolicy Apostolskiej jest chyba najgorszym punktem całej wyprawy. Szło się w kondukcie tysięcy osób, bezwolnie poddając się osądom owego potężnego stwora społecznego. To on decydował za nas, co zobaczymy i gdzie skręcimy. Krążenie po kolejnych salach trwało może z godzinę, ale gdy na końcu dotarłem do Kaplicy Sykstyńskiej, powiem szczerze: byłem tak zmęczony i zniechęcony, że jej uroda przemawiała do mnie zza oparów siarki i złości :-). Pomyśleć co się dzieje gdy jest naprawdę pełen sezon! W Rzymie spędziliśmy kilka dni – bardzo miłych dni, dodajmy szczerze. Miasto jest rzeczywiście piękne, imponująca historia zerka na nas z każdego kąta i sprawia, że wyjeżdżając mamy wrażenie, że spędziliśmy tam za mało czasu. Wrócić do Rzymu? Z całą pewnością :-)
Nie minął ledwie miesiąc od Aten, a niezbadane wyroki fortuny (wsparte dodatkowo promocyjnymi cenami biletów lotniczych) skierowały mnie do Sztokholmu. Krótki odstęp między jednym a drugim, sprawił, że lecieć mi się strasznie nie chciało. Spokojny weekend w domu mocno kusił, wizja leczenia lekkiego podziębienia za pomocą słodkiego lenistwa wydawała się arkadią. Ale pomyślałem – nie można być pipką. Jak pomyślałem, tak zrobiłem. Sztokholmie – here I come :-) Wyprzedzając wszystko – oczywiście decyzji nie żałowałem. Miejsce okazało się świetne, kto wie czy nie lepsze od Aten i innych miast. Pogoda oczywiście nie rozpieszczała, był koniec marca i aura dostosowała się do pory roku - bez czapki dawałem radę ale bez rękawiczek już nie. Słońce jednak pięknie świeciło i do Polski wróciłem czerwony od niego i morskiego wiatru który niezmiernie kąsał mnie cały czas. Czasami padał deszcz ale śnieg, który widziałem zaraz po przylocie na ziemie szwedzką, zniknął bardzo szybko. Myślę, że gdybym był tam latem, ogólne wrażenia byłyby jeszcze lepsze. Sztokholm to miasto piękne. Typowa Skandynawia, a więc wzorowy porządek na ulicach, spokój, schludnie, czysto. Do tego dodajmy chłód, przede wszystkim taki wynikający z aury, ale także i ten tworzony przez zdystansowanych tubylców i mamy mniej więcej dobry obraz całości. Oczywiście, ten region Europy, od wieków omijały jakiekolwiek wojny, więc liczba zabytków i ich stan zachowania musi szczerze imponować. To co jednak utrzymało się przez wieki, było często niszczone przez pokojowo nastawiony szwedzki socjalizm - udało się na szczęście powstrzymać najbardziej szalone plany. Gamla Stan, czyli tamtejsze „stare miasto” zachwyca. Wszystko dobrze utrzymane, wąskie uliczki, piękne kamienice reprezentujące kilkaset lat historii Szwecji, tajemnicze zaułki – to wszystko tam jest. Co ważne, to autentyzm miejsca, bo ludzie tam żyją na codzień, istnieją nie tylko sklepy z pamiątkami, restauracje, bary czy małe galerie sztuki, ale i np. zakłady szewskie oraz inne przejawy ludzkiej aktywności, także tej bardzo prozaicznej. Można skręcić w bok od głównej wybrukowanej uliczki, by po chwili trafić w miejsce zupełnie puste, pozbawione ludzkich tłumów – tych zresztą w Gamla Stan, tak naprawdę, nigdy nie uświadczysz. Starówka jest, ma się przynajmniej takie wrażenie, nieco z boku miasta i wielkomiejski zgiełk omija ją bokiem. Miasto położone jest na wyspach. W centrum jest ich kilka i co ciekawe, każda z nich reprezentuje nieco inny styl zabudowy. Gamla Stan – stare miasto, jest jedną z nich. Inna wyspa zabudowana w drugiej połowie XIX wieku, to istny Paryż, czyli duże, bogate kamienice, szerokie trakty i ogólny klimat dobrze prosperującego ośrodka miejskiego. Na Djurgarden znajduje się Skansen, czyli pierwowzór wszelkich muzeów umieszczonych na „świeżym powietrzu”. W tym zresztą byłem i cóż mogę powiedzieć. Świnie łażące po błocie, kury łażące po błocie, kaczki łażące po błocie... Jakaś rewelacja to więc nie była, ale to może efekt tego, że podobnych widoczków w Polsce nam nie brak? Inna wyspa – Soder, to nieco nasza Praga, czyli cwaniakowo, zabudowana mniejszymi, wyraźnie biedniejszymi kamienicami, gdzie niegdyś mieszkała robotnicza część Sztokholmu. Z kolei malutka Kastelholmen kusiła spacerami, kiedyś to była baza marynarki wojennej, a obecnie składa się z parku i deptaka dookoła. I tak dalej i tak dalej – nawet wyspy turystycznie "nudne" miały coś w sobie. Dla mnie chyba najważniejsze było to, że wszędzie dookoła... było morze! No bo jak wyspy to i woda musi być. W Sztokholmie wody było dużo i to tej najlepszej, czyli słonej. W miasto wdziera się morze, jest ono wszędzie, kanały i mosty to chleb powszedni. To nie jest Wenecja, gdzie kanałem nazywa się brązowy ściek szerokości metra. Tutaj to słowo oznacza szeroki pas wody po którym pływają statki żeglugi morskiej, a wszystko liczone w setki, setki metrów. Robi to wrażenie kolosalne, bo tak naprawdę wszędzie czuć jego obecność, wszędzie jest woda i nie jest ona jakimś nieproszonym gościem, nie jest wroga ludziom, jest integralną częścią całego systemu. Nic dziwnego więc, że mimo surowej pogody, godziny długie spędzałem nad jego brzegiem, zaś moje ulubione miejsce to wyspa Riddelholmen, niewielka i choć położona w samym centrum, czasem miałem wrażenie, że jest tylko i wyłącznie dla mnie. Sztokholm to jednak nie tylko piękne kamienice, nie tylko stare miasto, nie tylko Grand Hotel i inne miejsca znane ze swych związków z Nagrodą Nobla. Szwecja to także socjalizm i jego ślady widać w architekturze, szczególnie w samym centrum. Znajdziemy tam nieco szarych, paskudnych budynków wybudowanych w latach 60-tych, które przypominają nam, że mimo wszystko jesteśmy w państwie, które „wie lepiej” od swoich obywateli, a przy okazji zabiera im 80% wypracowanych dochodów w imię ekonomii równości i dobrobytu. Szczególnie to ostatnie sprawia, że przekrój etniczny wygląda jak wygląda. Większość to emigranci, zaś prawdziwi skandynanowie są w mniejszości. Spotkać na ulicy nordyka to tak jak u nas spotkać na Nowym Świecie osobę ubraną w strój ludowy rodem z Cepelii – szansa niewielka. Nie byłbym sobą gdybym nie wybrał się na stadion. Wybór padł na AIK Solna Sztokholm, który swoje mecze rozgrywa na Rasundzie. Jak zawsze już, przynoszę pecha gospodarzom i oglądam kolejny remis! Kibicowsko jednak byłem pod sporym wrażeniem, może nie był to poziom Olimpiakosu ale szwedzka żywiołowość zaskoczyła mnie bardzo. Przed meczem szara (socjalistyczna!) dzielnica Solna i okolice samego stadionu są opanowywane przez kibiców. Rozliczne puby pękają w szwach, ścisk w piwnych ogródkach nie do opisania, wszędzie śpiewy, krzyki i tysiące pijanych tubylców. Policja bardzo spokojna, chociaż skuteczna – przeszukuje plecaki nieletnich i na ich oczach wylewa ich zawartość na bruk. A dodać trzeba, że wszelki alkohol jest tam bardzo drogi i widok wylewania puszki piwa musi boleć wyjątkowo. Kolejki do kas i wejść duże, stadion o pojemności ponad 30 tysięcy miejsc, zapełnia się w 100%. Doping bardzo dobry, kibice gości (Kalmar FF) obecni w dużej grupie, sam brałem nawet udział w pokazie ultras AIK, rzucając w górę confetti. Wszystko mogło się bardzo podobać, jedyna wada to... temperatura, mimo iż świeciło słońce, wyszedłem z Rasundy zamarznięty w połowie (to na szczęścia była moja gorsza połowa). Poniżej kilka filmików z tego meczu. Znowu siedziałem wysoko i kolejny raz miałem wrażenie, że jeden krok i wpadam w objęcia bliżej mi nieznanych piłkarzy obu drużyn:
O jedzeniu nie ma co wspominać – pamiętam jednak, że to tam właśnie jadłem najdroższe parówki w życiu. Smak nie pozostawał wątpliwości – to musi być robione z papieru toaletowego. Nocleg to był bajkodramat. Bajka bo klimatycznie było niezwykle, spałem bowiem na ... zacumowanej barce. Statek nieźle utrzymany, chociaż „pokój” baardzo mały, a było to czteroosobowe (sic!) dormitorium. I tu zaczyna się dramat, bo spanie w takiej ciasnocie, na górnej „koi” nie należy do szczególnie przyjemnych. Całe szczęście, że bywały noce gdy pokój był pusty lub prawie pusty i wtedy można było nieco odpocząć. Poranny prysznic w łazience też był ciężkim wydarzeniem, woda leciała ciepła ale dookoła było coś poniżej zera stopni, a przypominam, że się wybrałem tam już z własnym, prywatnym wirusem trawiącym moje trzewia. Wszystko to jednak sprawiało, że tym bardziej, wychodziłem wcześnie a wracałem bardzo późno i zwiedziłem miasto naprawdę "dogłębnie". Mimo, że poznałem je dobrze, ciągle mam ochotę pojechać tam ponownie – ale wtedy gdy jest tam jednak cieplej :-)
Wizyta w Atenach to, do tej pory, ciągle najbardziej szalony i spontaniczny wyjazd w mojej „podróżniczej” przygodzie. Powiedzieć, że było spontanicznie, to tak jakby nie powiedzieć nic. Wylot – po pracy w piątek po 22-giej. Powrót? Poniedziałek 7 rano i od razu do biura. Spanie? Tylko w sobotę. Może brak odpoczynku sprawił, że ateńska przygoda, choć krótka, wydaje mi się wyjątkową i tak mistyczną, że czasem się zastanawiam: czy ja tam naprawdę byłem? Gdy się spytamy kogoś jakie to tak naprawdę miasto, wszyscy powiedzą to samo: brzydkie, szare i nijakie. Zazwyczaj poznaje się je podczas jednodniowej wycieczki, która ma w planach zobaczenie wszystkich zabytków w ciągu kilku godzin letniego skwaru. Ateny, co brzmi paradoksalnie, nie są wcale ośrodkiem nastawionym na ruch turystyczny. Do 2004 roku trafiało tam mało turystów i dopiero ostatnio, powoli się to zmienia. Poniekąd wcale mnie ta kiepska opinia nie dziwi. Ateny to wszechobecny beton, miasto czasem poskładane tak chaotycznie i przypadkowo, że podziwiane ze szczytów wzgórz (jeżeli ma się szczęście i cokolwiek widać zza chmury smogu) potrafi szczerze rozbawić brzydotą swego ogromu. Ale może to sprawia także, że jest wyjątkowe – choć pudełkowate to jednak tak szczere i autentyczne w swym istnieniu, że w ten sposób ... kto wie czy nie najpiękniejsze? To co rzuca się w oczy to niesamowita symbioza zabytków antyku z nowoczesnością. Jedna ze stacji metra nazywa się Akropol. Wyjścia znajdują się tuż pod słynnym wzgórzem. Miałem przyjemność zwiedzać je sobotnim rankiem, jako pierwsza osoba tego dnia. Słońce grzało, temperatura dochodziła do magicznych dwudziestu stopni – a jeszcze kilka godzin wcześniej leniwie zerkałem na zimową pluchę w Polsce! Jestem laikiem ale grecka kultura nigdy nie budziła we mnie fascynacji. Akropol jednak zmienił to podejście, nie spodziewałem sie, że wszystko jest tak duże, ogromne i porażające w swym całokształcie. Inne zabytki powtarzają powyższy schemat dziwnej, niezaplanowanej symbiozy – Świątynia Zeusa znajduje się tuż obok ruchliwej ulicy w centrum miasta, przez teren Greckiej Agory niemal przejeżdża pierwsza linia metra (sama zresztą będąca już zabytkiem), starożytny stadion olimpijski zaś codziennie wdycha spaliny pobliskiej czteropasmówki. Przykłady można mnożyć – wśród betonu znajduje się wiele starożytnych perełek. Moje ulubione miejsce? Plaka, dzielnica małych białych domków pod Akropolem mnie zachwyciła. W porannym słońcu wszystko prezentowało się przepięknie – leniwe koty leżące na schodach, spacerujące psy, odgłosy radia dochodzące z półotwartych okiennic. Magia! Ale były i inne miejsca które pokochałem. Plac Syntagma, tam trafiłem w sobotę o trzeciej rano w pierwszej kolejności, ze swoimi Ebzonami zmieniającymi pompatycznie wartę przed budynkiem Parlamentu. Pireus, portowe miasto – dzielnica Aten, śmierdząca rybami i morzem. Nie byłbym sobą gdybym nie wybrał się nad jego brzeg. Larissa – tam mieszkałem w sympatycznym hoteliku obok stacji kolejowej, która kusiła tym by wsiąść w pociąg i ruszyć w ten piękny kraj. Jako fan piłki nożnej udałem się także na mecz – Olimpiakos Pireus zaprezentował się znakomicie pod względem kibiców i ... znowu nijako pod względem piłkarskim. Stadion piękny i nowoczesny, ale najważniejsze było to, że poczułem na czym polega południowa żywiołowość. Doping zaczął się przed meczem i trwał do samego końca. Wytrwałości i energii można im tylko zazdrościć. Filmiki nie są w stanie tego oddać – niestety ale w takich sytuacjach technika zawodzi:
To co rzuciło się w oczy od pierwszych chwil to ogrom bezpańskich psów jakie się po mieście wałęsały. W nocy mijałem witryny sklepowe pod którymi psiaki spały na posadzkach. W ciągu dnia te same zwierzaki kręciły się w tej samej okolicy, stadnie przechodząc przez ulicę albo biegając po parkach. W samym centrum (Syntagma) dużo marmuru. Zadziwiające ale kiedy tylko wysiadłem z lotniskowego busa uderzył mnie zapach. Może to się wydawać śmieszne ale była to woń starego wnętrza kościoła. Po wszystkim myślę, że to „wina” tej posadzki właśnie. W nocy była dodatkowo polewana wodą w ramach czyszczenia i w zamian „oddawała” ten specyficzny zapach, który tak dobrze zapamiętałem. Blisko tych miejsc był miejski park – siedząc na ławce zerkam na trawę a tam dziarsko maszeruje... rodzina żółwi. A to wszystko w centrum zakorkowanego i zatłoczonego miasta. Takie to są właśnie te Ateny... Grecja to kraina korków. Ruch kołowy wyraźnie nam pokazuje, że może i geograficznie to Europa ale mentalnie jesteśmy dużo dalej na południu. Prawami pieszego i sygnalizacją mało kto się przejmuje. Samochody zatrzymują się na światłach ale robią to bardzo niechętnie i niechlujnie. Standardem jest widok samochodu który staje na środku pasów. Przejścia są ale czasami znaleźć można perełki takie jak zebra do której ... nie ma dojścia. Czekając na światło można umrzeć ze starości. Jedna jedyna zaleta – w uciekaniu przed autami wszyscy są równi. Czy pop czy starsza babulina czy młodzieniec – każdy ma taką samą (dużą) szansę trafienia pod koła. Dobrze zapamiętałem też mój hotel w dzielnicy Larissa – skromny ale miły, szkoda tylko, że na trzy noce które w Atenach w sumie spędziłem, przespałem jedynie jedną ;-). Ot, młodość.