środa, 31 października 2012

Zapach morza w Busan

Rankiem opuściłem mój miły hostel. Nie napisałem o nim ani jednego słowa, być może dlatego, że spałem już w tylu podobnych mu miejscach... Pokój był cichy, przyjemny i czysty, chociaż w porównaniu do moteli, rzucała się w oczy jego skromność. Która zresztą nie znajdowała uzasadnienia w cenie. Tak jak już napisałem, jeżeli kiedyś zawitam do Korei ponownie, zatrzymywać się będę tylko w motelach.

Kierunek – Busan. Planując podróż długo zastanawiałem się nad trasą i nad tym czy warto w niej uwzględniać to miasto. Z jednej strony, wszyscy je chwalili za takie rzeczy jak nocne życie i rozrywki (co mnie akurat umiarkowanie interesuje), dobrą kuchnię i bliskość morza. Z drugiej, między zdaniami można było wyczytać, że Busan jest nowoczesne, betonowe i prawie pozbawione zabytków poświadczających jego wielowiekową historię. Mimo wszystko, zwyciężyła ciekawość poznania jednego z największych portów kontenerowych świata oraz wizja zobaczenia na własne oczy Morza Wschodniego (w Japonii nazywanego Morzem Japońskim).

Przejazd autobusem trwał ponad trzy godziny. Jak na lokalne standardy to dosyć długo. Po drodze wjeżdżaliśmy w rozliczne tunele, które pozwalały nam przecinać wzniesienia szybko i bez wysiłku. Pojazd mknął po prostej trasie, zaś dookoła przyroda przeplatała się z cywilizacją. Widoki za oknem dziwiły mnie coraz mniej. Pola na których sianokosy uformowane były w białe bele przypominające, przepraszam, ale tampony. Małe miasta wylane z betonu. Zielone pagórki i lasy. Ich mnogość zadaje kłam tezom, że Korea Południowa to kraj przeludniony i wytrzebiony. Im dalej od Seulu, tym przyroda ma do powiedzenia coraz więcej. Trzeba tylko wiedzieć gdzie szukać.

Jako że w autokarze był telewizor, zerkam czasem na ekran. A na nim dzieją się istne dziwy, potwierdzające tylko, że zrozumieć duszę tego narodu jest bardzo ciężko. Szczególnie z naszej perspektywy. Miks wiadomości w serwisach stacji był przedziwny. Te ze świata składały się z rzeczy tragicznych (huragan w Nowym Jorku), smutnych (bezręka dziewczyna robi zakupy w sklepie spożywczym) albo spraw o podłożu kryminalnym (ujęcie bliżej nieokreślonej szajki w Wielkiej Brytanii). Jedno pasmo skandali, deprawacji i upadku moralnego. Obejrzałem i wcale nie chciałem wracać do tej dziczy, w której żyje „biały człowiek”. Widać, wiadomości mają na celu podniesienie morale i wzmocnienia dumy z bycia Koreańczykiem, czyli homo civicus. Wydarzenia krajowe składały się w większości z samych sukcesów, przetykanych od czasu do czasu niewinnymi głupotami (vide pierwsza na świecie dynia, na której można grać w Tetrisa). Tutaj telewizja uczy i bawi ucząc. Naukowe wykresy obrazowały więc wzrost produkcji tego czy innego wytworu rodzimej ekonomii, specjaliści radzili jak się odżywiać, jak pracować, jak odpoczywać, jak żyć. Była to jedna wielka propaganda sukcesu, ale mnie owa nachalna i naiwna forma niezbyt przypadła do gustu.

W Busan szybko trafiam do mojego motelu. Oczywiście bez stosownej mapki byłoby to praktycznie niewykonalne. Mój pokój nieco mnie rozczula tandetą i oryginalnym stylem z początku lat 90-tych ubiegłego wieku. Tak jak poprzednio, mam jednak swój duży telewizor oraz komputer. Jest też czysto. Jako że nie przyjechałem tutaj delektować się takimi rzeczami, szybko wychodzę na trwający do późnego wieczora rekonesans miasta.

Po kilku dniach na prowincji, musi minąć chwila aż moje zmysły przyzwyczają się znowu do szumu dzikiej metropolii. Busan liczy sobie 3,5 miliona mieszkańców – pod względem liczby ludności to drugie miasto w kraju. Śródmieście nie było jednak szczególnie imponujące. Brakowało w nim wielkich, nowoczesnych wieżowców, czy też śmiałych rozwiązań architektonicznych. Jednocześnie jednak czułem się w nim dobrze, ze względu na bardziej humanitarną skalę. Zabudowa (w większości) miała swoje lata i widać po niej było, że od swego powstania miała charakter czysto utylitarny. W końcu, Busan to nie jest miasto naukowców, poetów, filozofów czy artystów. Busan to handel – to nie tylko największy port w Korei Południowej, ale i piąty port kontenerowy świata. Od Hamburga, którego rozmiary i rozmach niedawno przecież mnie zachwyciły, jest większy, bagatela, dwa razy. Jego znaczenie i przepustowość przestają dziwić, gdy zdamy sobie sprawę, że Korea Południowa, w sensie geopolitycznym, jest wyspą. Wszystkie towary eksportowane i importowane, transportowane są drogą morską (tanio) czy też lotniczą (drogo), ponieważ nie istnieje żadne lądowe połączenie z resztą świata. Busan więc to strategiczny punkt dla gospodarki całego kraju.



Kierując się w stronę wody, w pierwszej kolejności trafiłem do tutejszego Chinatown. I tu zdziwienie. Dookoła mnie bowiem mnóstwo białych twarzy. I to nie zwykłych białych, ale naszych – słowiańskich. Nie wiem jaki odsetek marynarskiej braci stanowią Rosjanie, ale w Busan jest ich mnóstwo. W barach, restauracjach, salonach masażu (jasne) – wszędzie obowiązuje cyrylica, wszędzie szumi śpiewny rosyjski jako lingua franca. Dzielnica cieszy się umiarkowaną sławą, szczególnie po zmroku. Oczywiście, nie oznacza to, że jest tam niebezpiecznie, a jedynie nieco obskurnie. Towarzystwo postawnych pijanych marynarzy nie każdemu musi przecież odpowiadać.



To w Busan znajduje się ponoć największe centrum handlowe (wszech)świata. Niedaleko portu znajduje się inne, zdaje się, że niewiele mniej imponujące. Jak sugeruje nazwa należy ono do Lotte, potężnego konglomeratu japońsko-koreańskiego. Przedsięwzięcia tej mega korporacji można znaleźć w Korei niemal na każdym kroku. Produkują, sprzedają i świadczą usługi w wielu sektorach gospodarki. Ich macki trafiły nawet do Polski, gdzie, jeżeli ktoś nie pamięta, przejęły jedną z ikon znad Wisły, markę E.Wedel. Według planów rozwoju, Lotte ma postawić w Busan m.in. wieżę oraz całą aluminiowo-szklaną dzielnicę wieżowców.


To jednak dopiero za jakiś czas. Tuż obok stalowego giganta w środku, którego zamknięty jest świat luksusowych marek, rozpoczyna się miejsce dla którego warto do Busan przyjechać nawet z drugiego końca świata. Targ rybny Jagalchi. Według wielu, najbardziej śmierdzące miejsce na ziemi. To oczywiście gruba przesada, ponieważ Azja jest w stanie zaoferować znacznie bardziej sensacyjne doznania... Ale jako reklama – hasło brzmi dobrze.

Targ zaczyna się niewinnie – od uliczek ze sklepami, które sprzedają sieci rybackie, boje, żyłki i im podobny asortyment. Kawałek dalej jednak zaczyna się prawdziwa uczta dla wszystkich zmysłów. Najbogatsi sprzedawcy mają swoje stoiska pod dachem, w hali. Po wejściu do środka w nozdrza uderza ów słynny zapach morza i jego mieszkańców, który towarzyszy mi już przez cały czas obcowania z Jagalchi i jego okolicami. Asortyment jest porażający. Nie jestem w stanie nazwać większości tego co widzę. Są tu nie tylko ryby, owoce morza, ośmiornice, kałamarnice, ale także nieokreślone skorupiaki, muszle, a nawet coś co nazywa się „penis fish” i... przypomina to co przypomina. Można tu zobaczyć i kupić chyba wszystko. Sprzedawcy kroją zamówione ryby, wyławiają kolejne z pojemników, podlewają je wodą, uzupełniają zapasy. Ciężka, cuchnąca praca wre w najlepsze mimo popołudniowej pory. Krążyłem wokół stoisk i z dziecięcą ciekawością obserwowałem to wszystko co się działo dookoła mnie.









Na targu można zrobić zakupy, ale także zjeść. Wchodząc do innej hali trafiłem na wiele restauracji. Wszystkie były proste, a chętni mogli sami wskazać co sobie życzą na posiłek. Jako że nie jadłem niczego konkretnego od postoju pomiędzy Jeonju a Busan, szybko zdecydowałem się usiąść przy losowo wybranym stoliku. Właściciel sprawiał wrażenie, że co nieco mówi po angielsku. Jak się jednak okazało, było to mylne wrażenie. Opanował głównie liczby, szczególnie jedną, o czym przekonałem się chwilę później. Pozostało mi więc znowu oprzeć się na sile i wymowie gestów. Pan pokazał mi szarą, płaską rybę – pokiwałem głową na tak. Pan pokazał mi małą ośmiornicę – pokiwałem głową na nie. Po chwili na moim stoliku pojawiły się przystawki. Tym razem, po raz pierwszy, bez kimchi. Było za to kilka pokrojonych warzyw w asyście małż oraz krewetek. Wszystko świeże, smaczne, ale o ile lubię krewetki, nikt mnie nie przekona do tych snobistycznych gili zaczepionych na muszlach.

Główne danie składało się z talerza surowej ryby pokrojonej w drobne paski. Do tego sos sojowy, sos wasabi oraz talerz zieleniny do zawijania wszystkiego w kuleczkę. Nie do końca tego się spodziewałem, ale w końcu niespodzianki to esencja podróżowania. Było smacznie i z pewnością zdrowo. Nieco się jedynie skwasiłem gdy przyszło do płacenia. 20.000 wonów (ca. 60 zł) to niemała kwota. Co prawda, jedzenie było warte swojej ceny, ale spodziewałem się zapłacić o jakieś pięć tysięcy mniej. Niestety, właściciel uparcie powtarzał dwadzieścia i dwadzieścia. Może nie znał innej liczby?

Po posiłku wróciłem na targ. Oprócz hal, składa się on z mnóstwa uliczek i alejek, wzdłuż których, pod gołym niebem, rozstawili się sprzedawcy. Jest tu brudniej i biedniej niż w halach, ale jednocześnie jeszcze bardziej klimatycznie. Kawałek dalej wędkarze moczą kijki tuż obok zacumowanych kutrów. Zerkam w wodną kipiel i nie mogę się nadziwić: na dole rzeczywiście aż roi się od ryb. Ciekawe czy ten urobek trafia na sprzedaż czy też może zabierany jest do domu?


W swoim zwyczaju, długo wałęsałem się po tych okolicach. Krążyłem między stoiskami, zaglądałem do rozlicznych garkuchni, patrzyłem na pracę kucharzy i sprzedawców. Srebrne ryby błyszczały w świetle żarówek, kłęby pary unosiły się nad garnkami z nieokreśloną zawartością, kraby wierciły się pośród trocin.











Byłem też świadkiem zabawnego zdarzenia. Jeden ze sprzedawców miał kubełki, w których trzymał ośmiornice. Kotłowało się w nich okrutnie, a po chwili jedna wyskoczyła na zewnątrz. Szybkimi ruchami zaczęła się oddalać, dopóki inny sprzedawca nie przegonił jej z powrotem. Wrzucił ją do wody, ale ośmiornica, widać z zacięciem podróżniczym, po chwili znowu z niego uciekła. Tym razem, nie niepokojona przez nikogo pokuśtykała w innym kierunku i... zniknęła mi z oczu. Zacząłem wtedy uważnie zerkać pod własne nogi, a w nocy śniły mi się koszmary z wielką ośmiornicą w roli głównej, która wyłazi spod łóżka.


Wiedziony blaskiem neonów trafiłem do handlowego śródmieścia. Niewiele różniło się ono od Seulu. Było tam pełno sklepów, butików, ale również ulicznych straganów z tandetą i szybkim jedzeniem. W porównaniu do Jeonju czy Gongju, było tu gęsto od budynków i ludzi. Te wąskie uliczki to dosłowne ucieleśnienie moich wyobrażeń o nowoczesnej Azji.



Pomiędzy dachami prześwitywała podświetlona wieża Busan. Ma ona około 120 metrów wysokości i powstała w 1973 roku. Za jakiś czas zostanie zapewne zburzona, gdy powstanie planowana już Lotte Tower, a staruszek sprzed dekad przestanie być potrzebny. Konstrukcja już dzisiaj nieco odstaje od standardów XXI wieku, ale jej kształt mnie akurat bardzo się podobał. Ma on w sobie pewne nawiązania do koreańskiej tradycji i budzi miłe memu sercu skojarzenia z latami 70-tymi, gdzie wszystko było mniej plastikowe niż obecnie. Postanowiłem wjechać na samą górę, tym bardziej, że taka przejażdżka nie kosztowała dużo. Dopiero gdzieś w połowie jazdy windą przypomniałem sobie, że mam lęk wysokości i zazwyczaj źle znoszę przebywanie w małych przestrzeniach zawieszonych wysoko ponad ziemią.



Na górze czułem,że konstrukcja nieznacznie się rusza. Być może to z nerwów ruszało mi się w głowie, a być może rzeczywiście konstrukcja pozwala na pewne odchylenia odczuwalne dla błędnika. Popatrzyłem się na morze świateł pode mną, a kilka widoków sprawiło, że nogi mocniej się pode mną ugięły. Z ulgą zjechałem na dół.



Powoli wróciłem do motelu. Dałem sobie spokój z metrem i znowu zdałem się na własne nogi. Część drogi pokonałem przejściem podziemnym. Nazywa się ono Gwangbok i liczy sobie dobre kilkaset metrów długości. Mroźną zimą czy też upalnym latem pewnie docenia się je jeszcze bardziej. Nie żeby było ono jakoś szczególnie imponujące, ale dodaje co nieco do ogólnego obrazu rozmachu Korei Południowej.

Zahaczyłem jeszcze o wieczorne Chinatown i... szybko się stamtąd zmyłem. Panowała tam przygnębiająca pustka i cisza, przecząca sławie tego miejsca. Pod barami i salonami masażu przesiadywały blondwłose damy o urodzie, która jasno sugerowała, że przeciętny rosyjski marynarz nie jest wybredny. Jako że moja słowiańska uroda oraz długa broda mogły sugerować, że jestem właśnie takim amatorem damskich wdzięków, uciekłem chybcikiem.


Wieczór zakończyłem, jakżeby inaczej, stosownym napojem. Tym razem ze sklepowej lodówki wyciągnąłem wino ryżowe. Smak? Tak jakby zalać ryż wodą i zostawić na kilkanaście dni. Popijałem ten niskoalkoholowy specyfik, oglądałem koreańską telewizję i zacząłem czuć, że połowa wyjazdu właśnie się zbliża...

wtorek, 30 października 2012

Spacerując pomiędzy końskimi uszami

Rano, chciałoby się napisać, że skoro świt, zerwałem się, żeby odwiedzić kompleks zabytków położony tuż obok mojego hostelu. Gyeonggijeong powstał w 1410 roku i stanowi jeden z diamentów w koronie dziedzictwa po dynastii Joseon. Otoczony murem teren składa się, co za niespodzianka, pięknego parku i rozrzuconych po nim budynków różnej maści oraz proweniencji. Są tu zarówno świątynie, jak i dawne spichlerze czy też domy pogrzebowe, gdzie członkowie królewskiej świty przygotowywani byli na ostatnią podróż ku niebiosom. Znaleźć tu można również portret króla Taejo, jedyny zachowany z kilku oryginałów, które przechowywane były w całym kraju niczym relikwie. Towarzyszą temu piękne drzewa, urocze ścieżki, a nawet mały bambusowy gaj (nie mylić z gejem). Chociaż wszystko to, tak jakby, już widziałem, bo kompleksy takie jak ten są wszystkie do siebie podobne, spędziłem tam miłe kilkadziesiąt minut. Usiadłem na ławce, zjadłem kanapki kupione na śniadanie (sprzedają takie smaczne i tanie w każdym sklepie), popiłem kawą z automatu (ciepłą!) i kolejny raz zadumałem się nad urokiem Korei. To nie jest czołowa destynacja turystyczna, ale nie przypominam sobie innego miejsca, gdzie byłbym tak blisko własnych myśli i tak blisko prawdziwego odpoczynku, i to mimo tego, że każdego dnia pokonywałem na własnych nogach liczne, ciężkie kilometry.





Mógłbym tam pewnie spędzić jeszcze długie godziny. Gapić się na zwiedzających, wystawiać twarz w kierunku słońca, koić uszy szumem liści po których przemykał wiatr. Ale przede mną była długa droga do głównej atrakcji tego dnia, Parku krajoznawczego Maisan, oddalonego o kilkadziesiąt kilometrów.




Na dworzec (ten na który przyjechałem wczoraj) trafiłem po małych kłopotach. Tym razem uparłem się na komunikację miejską. Ale nie za bardzo wiedziałem jakim autobusem jechać. Mogłem co prawda wrócić do hostelu po zostawione w pokoju kartki, gdzie wszystko sobie zapisałem, ale … miałem wrażenie, że tam tylko czeka na mnie mój brodaty rodak, pełen dobrych porad na temat wszystkiego. Pomyślałem więc, że lepiej nie kusić losu i swoim sposobem zaczepiłem kilku Koreańczyków pytając ich do jakiego autobusu powinienem wsiąść. Kiedy zawiódł każdy mi znany język (polski, angielski dla początkujących i hiszpański na poziomie dwulatka z Ameryki Południowej), zacząłem używać rąk, wydawać dźwięki imitujące autobus dalekobieżny, aż w końcu zlitowała się nade mną miła studentka, która wepchnęła mnie do poprawnej linii i przypilnowała, bym wysiadł tam gdzie trzeba.

Już bez przygód dotarłem do Jinan, małej mieściny, która rozłożyła się blisko dwóch wzniesień będących naczelną atrakcją Parku. Pełen dobrych emocji wsiadam do taksówki, w której przez kilka dobrych minut próbuję wytłumaczyć kierowcy, gdzie chcę żeby jechał. Do Parku są dwa wejścia. Jedno, dalsze i drugie znacznie bliższe. Jak się okazuje, reprezentanci tej zacnej procesji są wszędzie tacy sami. Być może, pewnego dnia, napiszę książkę o moich mrożących krew w żyłach podróżach po zakątkach tego świata. Tytuł już jest - „Naciągany na (prawie) wszystkich kontynentach”. Koreański taksówkarz zgrywał głupka, a że był w tym dobry, poddałem się i zostałem zawieziony pod drugie wejście, płacąc trzy razy więcej. Koreańczycy tak bardzo starają się wszystkim udowodnić, że należą do elity kontynentu (na równi albo powyżej Japończyków), ale jak widać, czasem im jeszcze przysłowiowa słoma z butów wychodzi. Trudno.

Złość minęła mi szybko. Wejście „południowe” czyli dalsze jak się okazało jest zdecydowanie ciekawsze od „północnego” czyli bliższego. Od razu zaatakowały mnie różnorakie atrakcje z gatunku rozrywki ludycznej. Na głodnych czekały prowizoryczne restauracje, stoiska z błyskotkami, maściami, ziołami i lekami na wszelkie dolegliwości. Grała głośna muzyka, a chętni mogli zmierzyć się w różnych zabawach takich jak np. rąbanie drewna. Wszystko to jak żywo przypominało mi Perfumową Pagodę w Wietnamie i handlowy rozgardiasz którym tamta była otoczona. Także dlatego, że zwiedzających było sporo i wszyscy, poza mną, wyglądali jakby za chwilę mierzyć się mieli co najmniej z podejściem pod Czomolungmę.




Dla miłośników pieszych wędrówek w błocie i pod górę zwanych trekkingiem, Korea Południowa to istny raj na ziemi. Dużych, zadbanych parków narodowych jest kilkanaście. Mniejszych pomników przyrody o różnym statusie jest tyle, że nikt ich chyba nie policzył. Górki, pagórki, wąwozy, lasy, wyspy – mapa kraju jest pełna małych punkcików, które przyciągają tłumy. Sami Koreańczycy to miłośnicy tego typu aktywności i traktują temat bardzo, bardzo poważnie. Nawet jeżeli chodzi o przejście się prostą ścieżką pośród gąszczu drzew, lokalni turyści zakładają odpowiednie buty, mają na sobie odpowiednie spodnie, kurtki, czapki, okulary, rękawiczki i nie ruszają się bez odpowiednich, a jakże, kijków. W swoich odpowiednich plecakach mają z pewnością nie tylko zapas prowiantu, ale i zapewne kompas, GPS, zestaw odpowiedniej pierwszej pomocy... Producenci sprzętu tylko zacierają ręce. Korea to jedyny kraj w jakim byłem (może w innych nie zauważyłem), gdzie ich reklamy puszczane są w telewizji na skalę masową, konkurując zasięgiem i częstotliwością z ofertą telefonów komórkowych, samochodów i kosmetyków. Tu kochają trekking na równi z taekwondo!

Choć nie byłem jak widać odpowiednio przygotowany, jakoś dotarłem do pierwszych zabudowań. Świątynia Geumdangsa ze złotym dachem skrzyła w słońcu, skutecznie maskując słodką tandetę jaką tworzyła wspólnie z posągami, stupą i... pierwszym wcieleniem Buddy jakie spotkałem w tym kraju. Była to przyjemna odmiana od kompleksów zabytków, które zaczęły zlewać mi się w jedno wspólne doświadczenie. Tutaj przynajmniej było inaczej.






Kawałek dalej znajdowało się jezioro. Na jego tafli kołysała się restauracja otoczona wianuszkiem rowerów wodnych w kształcie łabędzi. Było po sezonie, więc zwierzęta podrygiwały na falach w anemicznym tańcu. Nagle i mnie zrobiło się melancholijnie na duszy.



Czy może być coś bardziej smętnego niż zamknięty po sezonie letni resort? Miejsce stworzone by cieszyć, było teraz opuszczone i zapomniane. Odrapana farba schodziła ze ścian niemal z wyrzutem, deski trzeszczały pod naporem moich stóp, jasno dając mi do zrozumienia, że komuś nieco się przytyło. Mimo ciepłej i pięknej pogody, od czasu do czasu, powiało już prawdziwym chłodem, pokazując, że koreańskie zimy należą do surowych i długich. Miałem wrażenie, że każdego dnia przed nią uciekałem, zresztą, nader skutecznie. Atakowała mnie jednak czasem, szczególnie gdy schodziłem ze słońca.

Wizytówką całego Parku są wzmiankowane już dwie góry (kształtem przypominają końskie uszy) oraz kompleks świątynny Tapsa. Ten drugi prezentuje się tyleż pięknie, co surrealistycznie. Zupełnie jakby stworzył to jakiś szalony artysta i to nie na potrzeby religijne, a dla zrealizowania swojej chorej wizji. Z jednej strony – wysoka, lita skała strzelająca na kilkadziesiąt metrów wzwyż. Obok zbocza, na końcu ręcznie kutych schodków, przycupnęła zaś urocza świątynia, pięknie wpisująca się w krajobraz. Mistyczna, a jednocześnie skromna i pobożna, o ile można tak mówić w przypadku Buddyzmu. O jej popularności świadczyły tłumy pielgrzymów. Ludzie modlili się, palili kadzidełka, robili sobie zdjęcia, tudzież po prostu stali i patrzyli się w zachwycie.






Tapsę wyróżnia nie tylko piękne położenie, ale i rozliczne kamienne pagody, ułożone ręką Yi Gap Jonga, mnicha, który poświęcił temu dziełu trzydzieści lat swego życia. Podobno do ich stworzenia używał jedynie siły własnych rąk, bez narzędzi i jakichkolwiek innych ułatwień.

Jednak w moim przypadku jego Opus Vitae szybko przegrało z inną ciekawostką rodem ze współczesności. Automat do przepowiadania przeszłości! Nie byłem w stanie się oprzeć, tym bardziej, że całość była w pełni profesjonalna. Musiałem włożyć do specjalnej dziury rękę, gdzie aparat fotograficzny zrobił jej zdjęcie, a superszybkie procesory natychmiast poddały je dogłębnej analizie. Po chwili maszyna wypluła wydruk z dokładnym opisem tego co mnie czeka. Niestety, po Koreańsku. Postanowiłem, że wyniki oprawię w ramkę i zostawię na kilkadziesiąt lat w spokoju. Na starość zaś zaniosę to do tłumacza i sprawdzę czy wszystko się spełniło. Mam tylko nadzieję, że nie ma tam moich szczęśliwych numerków w totolotka.

Dla mnie oczywiście był to żart, ale ludność tubylcza traktowała sprawę wróżenia z dłoni bardzo poważnie. Przede mną z urządzenia korzystała para emerytów (z wyglądu – właśnie zmierzali w stronę K2, tylko przypadkiem zahaczając o Maisan). Pan mocno obsztorcował swoją żonę za to, że źle włożyła dłoń i istniało zagrożenie, że jej wróżba zostanie stworzona na podstawie zdjęcia jej paznokci a nie linii papilarnych. Potem oboje usiedli nad swoimi wynikami i bardzo uważnie je analizowali, głośno komentując z marsowymi minami. Widać, poważna sprawa.

Potem przyszła pora na przemarsz pomiędzy jedną górą a drugą. Najpierw należało pokonać milion stopni w górę, co było dosyć męczące. Ale jakże przyjemne. Potem milion stopni w dół. Nie ma to jak się nieco spocić i zdyszeć na świeżym, rześkim powietrzu. Maszerowałem więc głośno sapiąc, z przylepionym do twarzy głupkowatym uśmiechem. Obok mnie to samo robiły małe dzieci, ludzie po osiemdziesiątce, kobiety w ciąży... Wszyscy oczywiście ubrani w swoje profesjonalne stroje z goretexu i c**j-wie-texu. Przy nich wyglądałem i czułem się jak kretyn, albo niczym hipster trekkingu.


Sam Park Maisan okazał się rozkosznym miejscem. Co prawda, ze względu na prace konserwacyjne nie można wejść na same wzniesienia, ale i tak dzień uznałem za niezwykle przyjemnie spędzony. W innym kraju, owe „końskie uszy” zostałyby podniesione do rangi bardzo ważnej atrakcji turystycznej, tymczasem w Korei cieszą się jedynie lokalną, skromną popularnością. Książkowe przewodniki poświęcają parkowi kilka linijek, a z lapidarnych zdań ciężko wywnioskować czy warto się tu wybrać czy też można sobie śmiało odpuścić. Maisan, podobnie jak i cały kraj, cierpi na swoiste problemy z promocją i autokreacją. To tylko daje do myślenia. Być może w Korei kryje się jeszcze wiele takich perełek, zupełnie zapomnianych i pomijanych przez współczesność, która buzuje tuż obok?

Do Jinan wracam piechotą. Nawet gdybym chciał pojechać autobusem czy taksówką, nie było takiej możliwości. Parking świecił pustkami, a drogą wiodącą do miasta prawie nikt nie jeździł. Wejście „północne” było niemal opuszczone, jeżeli nie liczyć skromnego, acz głośnego stoiska z koreańską muzyką pop.



Mimo iż z każdym metrem dookoła przybywało zabudowań, szło mi się lekko, radośnie i... samotnie. Znowu pogrążyłem się w rozmyślaniach. Zastanawiałem się co powiem, gdy ktoś mnie zapyta jaka jest Korea. Nie byłem w stanie znaleźć sensownej odpowiedzi, która nie przerodziłaby się w długi, nudny monolog. Było w niej bowiem tak dużo sprzeczności. I brutalny modernizm, niszczący na swojej drodze wszystko co nie ma siły się bronić. I archaiczne resztki, często zupełnie irracjonalne i budzące skojarzenia z azjatycką biedotą w innych regionach tego kontynentu. Z jednej strony, na mojej drodze nie pojawiały się miejsca wybitne, ale z drugiej, w zachwyt wpadałem obserwując codzienną pospolitość. Chociażby, samo Jinan, miasto nijakie, a jednocześnie ciekawe w swej prowincjonalności i zwykłości.


Po szczęśliwym powrocie do Jeonju, wróciłem do siebie znowu na piechotę. Tym razem wyszło nieco krócej. Po drodze obserwowałem życie dużego miasta. Krzątaninę na handlowych ulicach, ludzi przemykających z pracy do domów, frajerów stojących w korkach, ot, zwykłe obrazki, jednak jakże zapadające w pamięć.



Nie mogąc znaleźć rozsądnej knajpy, zjadłem kolację w miejscu zupełnie nijakim - a na nią „barbarzyńskie galbi”, czyli takie podane w metalowej foremce, już usmażone, pokrojone i wymieszane z warzywami. Smaczne, ale pozbawione klimatu.

Potem przez długi czas wędrowałem przez wąskie uliczki. Poczekałem aż wszyscy spacerowicze skryją się przed chłodem nocy w domach i jeszcze raz napawałem się klimatem dookoła. Na każdych wakacjach, poza tymi które spędzam z Anią, mam taki właśnie zwyczaj, że wędruję godzinami bez celu. Pewnie czasem przypominam wtedy zbitego psa. Jestem samotny, ale ludzi raczej unikam. Czasem spojrzę się na kogoś dłużej, szczególnie gdy takowy osobnik je coś ciekawego. Mimowolnie zatrzymuję się przy oknach do restauracji i zaglądam ludziom do talerzy, w głowie licząc ile musieli zapłacić za swoje dania. Ale tak naprawdę, obserwuję, a raczej chłonę wszystko, jakbym chciał zapamiętać jak najlepiej co tylko można. Uznałem, że nocne Jeonju warto zabrać ze sobą w formie wspomnień i obrazków w głowie, więc do hostelu wróciłem bardzo późno.







Po moich dwóch podejściach do Sonju, tym razem zdecydowałem się na lokalne wino jako towarzystwo na wieczór w pokoju. Jeonju Moju okazało się strzałem w dziesiątkę. Smak był delikatny, chociaż aż za słodki. Za to - absolutnie orientalny. Trudny do rozpracowania. Czułem w nim tak suszone owoce, jak i przyprawy, być może z cynamonem czy goździkami włącznie. Procentów co prawda oferowało Moju niewiele (1,5%!), ale sącząc ów napój leżałem na łóżku i przelewałem na papier refleksje z tego długiego dnia. Dwanaście godzin na nogach po raz kolejny, a jutro Busan!